wtorek, 31 lipca 2007

z JPN

Właśnie mijają 3 tygodnie, jak moja stopa stanęła na japońskiej ziemi.
Trochę szkoda, że nie piszę na bieżąco, bo moje odczucia co do różnych spraw zmieniają sie ciągle, i taki zbiorowy wpis nie może ich oddać.
Zresztą wczoraj i przedwczoraj miałam mały kryzys, ale dziś jest już dobrze.

Mieszkam w Azabu (stacja metra Azabujuuban), które się mieści dosłownie przy Roppongi. Pracuje na Roppongi (z mieszkania do pracy idę 7 minut). Jakby spojrzeć na mapę to jest to' gdzieś miedzy Roppongi Hills a Tokyo tower .

Ogólnie dni mi mijają dosyć nudnie. Pracuję od 8 do 3-4 rano. Po pracy zupełnie nie chce mi się spać. Ale ani nie jeżdżą pociągi, ani autobusy aż do po 5 rano. Zresztą gdzie bym miała tak wcześnie jechać, skoro wszytko jest zamknięte. Więc idę na net, albo czasem do klubu (hehe z pracy w klubie do klubu). Śmieszna sprawa, ale tutaj kluby i imprezownie są najpełniejsze właśnie około 4 rano, kiedy u nas robi sie zupełnie pusto. W klubie zawsze znajdzie się ktoś chętny do postawienia drinka, albo kilku ;D tyle, że ja nie mam ochoty pić. Chociaż i tak na szczęście i tak nie piję tak dużo w pracy jak sie bałam. Więc daje radę. No ale jak sobie kogoś poderwę w klubie, to jest szansa, że mi postawi jakieś pyszne śniadanko w japońskiej knajpce :D Ale tylko raz mi sie zdarzyło tak. Najczęściej to mnie mój menadżer na jakieś jedzenie po pracy zabiera i skrupulatnie wykorzystuję to, by regularnie napełniać sobie brzuszek pysznym jedzonkiem. Czasami też jakiś klient z mojego klubu zabierze mnie gdzieś po pracy na jedzonko, ale nie często. Zasadniczo czasem aż zaczynam myśleć, że kupienie sobie jedzenia jest dziwne.

Jak już dotrę do mieszkania, to kładę sie spać. Nie zawsze mogę zasnąć od razu. I nie ważne kiedy sie położę, śpię do 18-19 i nie mam dosyć. (na ogol zasypiam ok 8)
Jak się z kimś umówię przed pracą, to wstanie o tej 14-15 jest dla mnie prawdziwą torturą. Z tego tez względu niewiele zwiedzam i mam to okropne poczucie marnowania czasu (a i tak jestem w tym tygodniu umówiona 5 razy w ciągu 7 dni). Rano po pracy tryskam energią (taaak, bardzo ciężko tu pracuję ;P , ale tak to jest, klub jest dość nowy i raczej pustawy, pracuję średnio 2-3 godziny, a przez 5 godzin siedzę na tyłku i nic nie robię, albo książkę czytam), ale nie mogę jej nijak spożytkować, a po południu jestem nie do życia niemalże.

No ale dałam radę pojechać na Harajuku i zobaczyć cosplay'e oraz Meiji jingu (świątynie ku czci cesarza Meiji), a potem przejść się po Omoesandou i do Shibuya ale jedynie w okolicy dworca.

Bym tez w Asakusa na jakimś matsuri (festiwal/święto) czy czymś i wśród tłumów przewielkich spotkałam sempai Magdę ( z roku wyżej, obecnie na stypendium monbu (jap. ministerstwa oświaty) w Saitama (miasto tuż nad Tokio z dość dobrym uniwerkiem))...
12 mln ludzi w Tokio, plus turyści itd, a ja wpadam na niewidziana od roku koleżankę tak zupełnie przypadkiem...
Mamy się spotkać jakoś niedługo. Strasznie się cieszę, bo generalnie czuje sie trochę samotna i zupełnie nie mam z kim pogadać na takie nasze japonistyczne tematy i wyrazić swój zachwyt komuś, kto będzie wszytko rozumiał. Większość tutejszych gaijinów (a jest ich tu peeeeeełno) wcale nie jest zachwycona. Może nie to, że nie lubią Jpn, ale to kraj jak kraj dla nich. No ale oni są tu w biznesach, itp, i mało ich to wszystko obchodzi. A inne dziewczyny, które tu pracują często mówią, że wręcz nie lubią Japonii, ani jedzenia, ani ludzi.

Jestem rozczarowana Roponngi. To nie jest Japonia. Sami gaijini, w moim klubie Japończycy to może 30% klientów. To samo na ulicy, przynajmniej w godzinach, kiedy ja żyję (za dnia jest ich więcej). I zdecydowanie brakuje japońskiego klimatu. Nawet Japończycy są mniej japońscy- nawykli do ciągłego kontaktu z gajdzinami. Japońskiego wiec sobie tu raczej nie poćwiczę. Nawet menegerowie klubów tutejszych i barmani to w zdecydowanej większości obcokrajowcy. Japończycy powinni sie czuć dyskryminowani.
A jak idę ulica, to ciągle zaczepiają mnie Nigeryjczycy (pełno ich tu, nie wiadomo skąd...) z "how are you baby". Mnóstwo też jest Brazylijczyków, no ale to zrozumiale (swojego czasu Japończycy licznie emigrowali do Brazylii właśnie).

Kupiłam sobie Harrego Pottera nowego. Jest cudny (chociaż to on wpędzał mnie w ponury humor ostatnimi dniami). Miałam poczekać, aż wrócę do kraju, bo siostra-totalna-maniaczka kupuje i po pl i po ang, ale sie złamałam. Teraz nie wiem, jakim cudem wytrzymałam tydzień i jak w ogóle mógł mi przyjść do głowy pomysł z czekaniem. Najpierw zaczęłam czytać szybko, żeby przeczytać już i zaraz, ale teraz staram się czytać jak najwolniej, bo bardzo nie chce, żeby już sie skończyło...... bardzo, bardzo nie chce. TT
Pewnie następnym razem będzie o HP ^^

Nom, na dziś to koniec.