niedziela, 21 października 2007
sobota, 20 października 2007
cisza wyborcza
Dostałam właśnie od niewidzianego od kilku lat kolegi z liceum taką oto wiadomość na gg:
Cześć!
Czy wiesz, że czasami warto głosować na duże partie (tj. te z wyższym poparciem), które mają szanse pokonać inne duże partie, których się nie lubi, niż na partie z mniejszym poparciem, nawet jeśli te są Ci bliższe poglądowo?
Zawsze był zaangażowany politycznie, ale żeby sobie w takiej chwili o mnie przypomnieć? ^^;
I cóż, niestety, ale tak właśnie mam zamiar zrobić. Shikata ga nai.
Bo w tych wyborach trzeba głosować nie za, ale przeciw.
Cześć!
Czy wiesz, że czasami warto głosować na duże partie (tj. te z wyższym poparciem), które mają szanse pokonać inne duże partie, których się nie lubi, niż na partie z mniejszym poparciem, nawet jeśli te są Ci bliższe poglądowo?
Zawsze był zaangażowany politycznie, ale żeby sobie w takiej chwili o mnie przypomnieć? ^^;
I cóż, niestety, ale tak właśnie mam zamiar zrobić. Shikata ga nai.
Bo w tych wyborach trzeba głosować nie za, ale przeciw.
sobota, 13 października 2007
szkola sie zaczela
Wstałam dziś o 19.50. O dziewiętnastej pięćdziesiąt, kurcze!
Cierpię na coś w rodzaju jetlaga. Nie jest to jetlag tak stricte, bo nie chce mi się spać konkretnie o 7 godzin później niż w pl czasie czy coś. Chodzi o to, że prawie wcale nie chce mi się spać, a jak się kładę, to z kolei mogę spać o każdej porze i tak długo, jak mi się spodoba. Gospodarka rabunkowa na moim organizmie w Jpn właśnie wychodzi. 3 miesiące życia bez podziału na dzień i noc skutecznie pozbawiły mnie "rytmu doby".
W środę po szkole czytałam gazetę. Lubie czytać na leżąco, więc sie wpakowałam w dresik, a siebie w dresiku wpakowałam do łóżka. Jak poczytałam, to było mi tak wygodnie i ciepło, i fajnie, że postanowiłam się zdrzemnąć godzinkę, czy dwie (nie dlatego, że chciało mi się spać, tylko dlatego, że było mi wygodnie). Spałam prawie 6 godzin, bo nie ustawiłam budzika. Zapomniałam, że to nie jest jak zawsze, że się sama obudzę po jakimś czasie. I tak cały dzień minął.
No ale to co dziś się stało, to już zupełne przegięcie. Poszłam spać o 4 (bo wcale nie byłam senna). Najpierw obudziłam się o 8, to sobie pomyślałam, no spoko, tak do 10 możesz pospać. Więc potem się obudziłam o 13.45, ale strasznie mi się chciało spać (wiem, dziwne), wiec powiedziałam sobie jeszcze chwilka... i się obudziłam, jak już było ciemno.
Ech, żebym ja chociaż dzień zmarnowała na oglądaniu dram, ale przespać?!?!
Jest jeden plus tego- nie mam problemów ze wstawaniem rano, nawet o 7-8 ^_^ To znaczy, jak dzwoni budzik, to jestem tak średnio szczęśliwa, ale wstaje i czuje sie dobrze, i jestem gotowa do gambarowania.
Poza tym, to sobie nic nie mogę zorganizować czasowo. Wszędzie się spóźniam, i to nie o 5 minut, ale 10-20...
We wtorek wstałam o 7.30. Miałam na 11, ale obudziłam się tak jakoś wcześnie, poleżałam trochę i stwierdziłam, że w sumie, to jestem wyspana i mogę wstawać. Po czym się spóźniłam 15 min. na tą 11 do szkoły! I to na pierwszą moją lekcją z naszą nową japońską lektorką. Obciach >_< W piątek wstałam planowo o 8. Miałam na 9.30. Wiec... miałam zamiar iść na tramwaj o 9.33. Nie wiem, jak sprytnie to obliczyłam. Pewnie to dlatego, że jak mamy na 11 to jeżdżę tramwajem o 10.33. No i się 20 minut spóźniłam. Potem popołudniowy wykład na 15.30, przybyłam 12 minut spóźniona. Tym razem się zasiedziałam przed komputerem. Na szczęście pan wykładowca odwołał. Lubię go. Okazało się, że w naszej sali mają zajęcia zaoczni, ktoś źle ułożył plan. Wiec pan policzył nas i zaocznych, i wyszło, że tamtych jest więcej, więc nas puścił do domu. Nie wziął pod uwagę, że połowa osób przyszła spóźniona. Lepiej dla nas. W ogóle to jeszcze tego pana nie widziałam, ale już go kocham. Przedmiot się nazywa "teoria przekładu". Co rok mamy taki jakiś około branżowy przedmiot, jak to było wcześniej z językoznawstwem, teorią literatury, metodologiami badawczymi, a teraz translatoryką. Ale w tym roku nie kończy się to examem, jak zwykle, a tylko zaliczeniem. I kochany pan wykładowca powiedział, że za obecność da zaliczenie. I to jeszcze nie jak zwykle, że można nie być 2 razy, tylko 30% nieobecności zalicza. A jak ktoś będzie miał więcej, to musi napisać referat. Można więc wcale nie chodzić (długość referatu zależy od ilości nieobecności). No czasami nawet na japonistyce coś może się dziać dobrze ^_^ Same wykłady z tego przekładu też ponoć ciekawe, choć nie byłam jeszcze, to sama ocenić nie mogę.
Generalnie się zapowiada, że nieco mniej będzie do nauki w tym roku. Przedmioty na które trzeba się uczyć to japoński, krzaki i ... w sumie tyle. Nie ma literatury, nie ma innych dziwów. Za to zrobiło się więcej przedmiotów, do których trzeba się przygotowywać... i to będzie taihen. Są wiec tłumaczenia, na które musimy przygotować text wstępnie (przygotować, to znaczy wysłać wykładowcy mailem) przed zajęciami a po zajęciach wysłać poprawioną wersję ostateczną. Koniec nicnierobienia jak u pani M. Dopuszczalna jedna nieobecność, za każdą następną dodatkowy text do przetłumaczenia T_T. Na cale szczęście zajęcia są co 2 tyg po 4 godziny, wiec przygotowywać się trzeba co 2 tyg.
Na pani prof K. robimy ta samą książkę co w zeszłym roku, tylko od początku a nie od środka. Lepsza książka niż artykuły z gazet, imho, ale to nie jest taka zupełnie prosta powieść...
Na krzaki z dr M., którego niecierpię, też się trzeba najpierw w domu przygotowywać, posprawdzać słówka itd, a do tego jeszcze są zadania domowe. Tak, będzie mi brakować pani dr M., oj będzie. Na egzaminie obowiązuje "wszystko" jak powiedział pan M. T_T Do tego na tych zajęciach widać wyższość sempajek, które wróciły z Japonii. Są od nas o 5 klas lepsze. No od reszty o 3 klasy, ode mnie o 5 klas.
Jedynie pani profesor K. od Chin wygląda luzowo jak w zeszłym roku. Były zajęcia w tym tyg, nastepne za miesiąc. Powiedzieliśmy jej o tej międzynarodowej konferencji japonistycznej, która jest za 2 tyg w Krk, sugerując, że wszyscy idziemy i nas nie będzie, a potem zaś święto zmarłych i też nas nie będzie, i zajęcia są za miesiąc. W tym roku będziemy się zajmować pochodzeniem poszczególnych krzaków, więc zapowiada się fajnie i interesująco ^__^ Każdy raz w roku ma przygotować 6 krzaków, więc się nie napracujemy. I znów nie ma examu tylko zaliczenie nie na ocenę.
Chińskiego jeszcze nie było, zacznie się od następnego tygodnia. No ale po panu Fu to wiadomo, można się spodziewać tylko dobrego :D
Nowa lektorka nazywa się Uryuu. Ma ok. 50 lat (naturalnie wygląda młodziej). Jest całkiem miła i nawet uśmiecha się niefałszywie (to znaczy nie z grzeczności bo tak trzeba). Mówi wyraźnie i tak, że ją słychać, i tak, że wiadomo do kogo, i tak, że wiadomo czy mówi, czy pyta. Rozumiem 95% tego co mówi, więc jest dobrze. Do każdych zajęć jest przygotowana (ale też wygląda na to, że sama będzie wymagać). Zasadniczo to dała nam rozpiskę na ileś tygodni naprzód, co będziemy robić. Nie mamy konkretnego podręcznika, tylko ksera z różnych podręczników, plus czasem artykuły z gazet o podobnej tematyce. Sama zrobiła wordlisty i to z ang tłumaczeniem. Dodatkowo są też komenty w postaci kontekstu użycia, jakieś przykładowe zdania. I to nie tylko nowe słówka, ale też całkiem zwykłe i nam znane. Oszczędził mi tym kupę pracy! W czwartek był pierwszy quiz. Był znacznie łatwiejszy, niż się obawiałam (podpisywanie czytań znaków i kilka pytan o treść testu, wypełnienie tabelki, wybranie odpowiedniego słowa) i znałam odpowiedzi na WSZYSTKO^^ Oczywiście pewnie zrobiłam ileś tam błędów z głupoty i roztrzepania, ale się spodziewam bardzo dobrego wyniku. Jeszcze zobaczymy jak surowo ocenia ^^; Zapowiada się, że będzie dawać więcej zadań domowych niż Sugou.
Exam bedzie taki, że 20% oceny to wyniki quizów, 10% to speach, 70% exam właściwy. Chyba mi to pasuje. Zaliczenie od min. 70% w każdej części.
U S. tak jak na 2 roku. Niewiele się zmieniło. Tylko robimy z nią inną książkę. Nie kontynuujemy tej zeszłorocznej. Będziemy trochę listeneingów robić.
Gomen, za nudy wpis, to głównie dla osób nie studiujących z nami w tej chwili ^^
Cierpię na coś w rodzaju jetlaga. Nie jest to jetlag tak stricte, bo nie chce mi się spać konkretnie o 7 godzin później niż w pl czasie czy coś. Chodzi o to, że prawie wcale nie chce mi się spać, a jak się kładę, to z kolei mogę spać o każdej porze i tak długo, jak mi się spodoba. Gospodarka rabunkowa na moim organizmie w Jpn właśnie wychodzi. 3 miesiące życia bez podziału na dzień i noc skutecznie pozbawiły mnie "rytmu doby".
W środę po szkole czytałam gazetę. Lubie czytać na leżąco, więc sie wpakowałam w dresik, a siebie w dresiku wpakowałam do łóżka. Jak poczytałam, to było mi tak wygodnie i ciepło, i fajnie, że postanowiłam się zdrzemnąć godzinkę, czy dwie (nie dlatego, że chciało mi się spać, tylko dlatego, że było mi wygodnie). Spałam prawie 6 godzin, bo nie ustawiłam budzika. Zapomniałam, że to nie jest jak zawsze, że się sama obudzę po jakimś czasie. I tak cały dzień minął.
No ale to co dziś się stało, to już zupełne przegięcie. Poszłam spać o 4 (bo wcale nie byłam senna). Najpierw obudziłam się o 8, to sobie pomyślałam, no spoko, tak do 10 możesz pospać. Więc potem się obudziłam o 13.45, ale strasznie mi się chciało spać (wiem, dziwne), wiec powiedziałam sobie jeszcze chwilka... i się obudziłam, jak już było ciemno.
Ech, żebym ja chociaż dzień zmarnowała na oglądaniu dram, ale przespać?!?!
Jest jeden plus tego- nie mam problemów ze wstawaniem rano, nawet o 7-8 ^_^ To znaczy, jak dzwoni budzik, to jestem tak średnio szczęśliwa, ale wstaje i czuje sie dobrze, i jestem gotowa do gambarowania.
Poza tym, to sobie nic nie mogę zorganizować czasowo. Wszędzie się spóźniam, i to nie o 5 minut, ale 10-20...
We wtorek wstałam o 7.30. Miałam na 11, ale obudziłam się tak jakoś wcześnie, poleżałam trochę i stwierdziłam, że w sumie, to jestem wyspana i mogę wstawać. Po czym się spóźniłam 15 min. na tą 11 do szkoły! I to na pierwszą moją lekcją z naszą nową japońską lektorką. Obciach >_< W piątek wstałam planowo o 8. Miałam na 9.30. Wiec... miałam zamiar iść na tramwaj o 9.33. Nie wiem, jak sprytnie to obliczyłam. Pewnie to dlatego, że jak mamy na 11 to jeżdżę tramwajem o 10.33. No i się 20 minut spóźniłam. Potem popołudniowy wykład na 15.30, przybyłam 12 minut spóźniona. Tym razem się zasiedziałam przed komputerem. Na szczęście pan wykładowca odwołał. Lubię go. Okazało się, że w naszej sali mają zajęcia zaoczni, ktoś źle ułożył plan. Wiec pan policzył nas i zaocznych, i wyszło, że tamtych jest więcej, więc nas puścił do domu. Nie wziął pod uwagę, że połowa osób przyszła spóźniona. Lepiej dla nas. W ogóle to jeszcze tego pana nie widziałam, ale już go kocham. Przedmiot się nazywa "teoria przekładu". Co rok mamy taki jakiś około branżowy przedmiot, jak to było wcześniej z językoznawstwem, teorią literatury, metodologiami badawczymi, a teraz translatoryką. Ale w tym roku nie kończy się to examem, jak zwykle, a tylko zaliczeniem. I kochany pan wykładowca powiedział, że za obecność da zaliczenie. I to jeszcze nie jak zwykle, że można nie być 2 razy, tylko 30% nieobecności zalicza. A jak ktoś będzie miał więcej, to musi napisać referat. Można więc wcale nie chodzić (długość referatu zależy od ilości nieobecności). No czasami nawet na japonistyce coś może się dziać dobrze ^_^ Same wykłady z tego przekładu też ponoć ciekawe, choć nie byłam jeszcze, to sama ocenić nie mogę.
Generalnie się zapowiada, że nieco mniej będzie do nauki w tym roku. Przedmioty na które trzeba się uczyć to japoński, krzaki i ... w sumie tyle. Nie ma literatury, nie ma innych dziwów. Za to zrobiło się więcej przedmiotów, do których trzeba się przygotowywać... i to będzie taihen. Są wiec tłumaczenia, na które musimy przygotować text wstępnie (przygotować, to znaczy wysłać wykładowcy mailem) przed zajęciami a po zajęciach wysłać poprawioną wersję ostateczną. Koniec nicnierobienia jak u pani M. Dopuszczalna jedna nieobecność, za każdą następną dodatkowy text do przetłumaczenia T_T. Na cale szczęście zajęcia są co 2 tyg po 4 godziny, wiec przygotowywać się trzeba co 2 tyg.
Na pani prof K. robimy ta samą książkę co w zeszłym roku, tylko od początku a nie od środka. Lepsza książka niż artykuły z gazet, imho, ale to nie jest taka zupełnie prosta powieść...
Na krzaki z dr M., którego niecierpię, też się trzeba najpierw w domu przygotowywać, posprawdzać słówka itd, a do tego jeszcze są zadania domowe. Tak, będzie mi brakować pani dr M., oj będzie. Na egzaminie obowiązuje "wszystko" jak powiedział pan M. T_T Do tego na tych zajęciach widać wyższość sempajek, które wróciły z Japonii. Są od nas o 5 klas lepsze. No od reszty o 3 klasy, ode mnie o 5 klas.
Jedynie pani profesor K. od Chin wygląda luzowo jak w zeszłym roku. Były zajęcia w tym tyg, nastepne za miesiąc. Powiedzieliśmy jej o tej międzynarodowej konferencji japonistycznej, która jest za 2 tyg w Krk, sugerując, że wszyscy idziemy i nas nie będzie, a potem zaś święto zmarłych i też nas nie będzie, i zajęcia są za miesiąc. W tym roku będziemy się zajmować pochodzeniem poszczególnych krzaków, więc zapowiada się fajnie i interesująco ^__^ Każdy raz w roku ma przygotować 6 krzaków, więc się nie napracujemy. I znów nie ma examu tylko zaliczenie nie na ocenę.
Chińskiego jeszcze nie było, zacznie się od następnego tygodnia. No ale po panu Fu to wiadomo, można się spodziewać tylko dobrego :D
Nowa lektorka nazywa się Uryuu. Ma ok. 50 lat (naturalnie wygląda młodziej). Jest całkiem miła i nawet uśmiecha się niefałszywie (to znaczy nie z grzeczności bo tak trzeba). Mówi wyraźnie i tak, że ją słychać, i tak, że wiadomo do kogo, i tak, że wiadomo czy mówi, czy pyta. Rozumiem 95% tego co mówi, więc jest dobrze. Do każdych zajęć jest przygotowana (ale też wygląda na to, że sama będzie wymagać). Zasadniczo to dała nam rozpiskę na ileś tygodni naprzód, co będziemy robić. Nie mamy konkretnego podręcznika, tylko ksera z różnych podręczników, plus czasem artykuły z gazet o podobnej tematyce. Sama zrobiła wordlisty i to z ang tłumaczeniem. Dodatkowo są też komenty w postaci kontekstu użycia, jakieś przykładowe zdania. I to nie tylko nowe słówka, ale też całkiem zwykłe i nam znane. Oszczędził mi tym kupę pracy! W czwartek był pierwszy quiz. Był znacznie łatwiejszy, niż się obawiałam (podpisywanie czytań znaków i kilka pytan o treść testu, wypełnienie tabelki, wybranie odpowiedniego słowa) i znałam odpowiedzi na WSZYSTKO^^ Oczywiście pewnie zrobiłam ileś tam błędów z głupoty i roztrzepania, ale się spodziewam bardzo dobrego wyniku. Jeszcze zobaczymy jak surowo ocenia ^^; Zapowiada się, że będzie dawać więcej zadań domowych niż Sugou.
Exam bedzie taki, że 20% oceny to wyniki quizów, 10% to speach, 70% exam właściwy. Chyba mi to pasuje. Zaliczenie od min. 70% w każdej części.
U S. tak jak na 2 roku. Niewiele się zmieniło. Tylko robimy z nią inną książkę. Nie kontynuujemy tej zeszłorocznej. Będziemy trochę listeneingów robić.
Gomen, za nudy wpis, to głównie dla osób nie studiujących z nami w tej chwili ^^
sobota, 6 października 2007
jest!
Jest! Jest moja walizka!
Tak się ucieszyłam, że nawet na nią nie spojrzałam. Malowałam już przed sobą najczarniejsze wizje, że nigdy się nie znajdzie, a już z pewnością, że nie tak szybko.
Dopiero jak kurier pojechał, to zobaczyłam,że na zerwaną rączkę, coś tak rozprute, urwane podpórki itd... Mogłam złożyć reklamację, może dostałabym jakieś odszkodowanie.
Zresztą, nawet przepraszam nie usłyszałam, a moja koleżanka, której Air France zgubił bagaż, dostała wraz z walizką kupon rabatowy na bilet.
Tak się ucieszyłam, że nawet na nią nie spojrzałam. Malowałam już przed sobą najczarniejsze wizje, że nigdy się nie znajdzie, a już z pewnością, że nie tak szybko.
Dopiero jak kurier pojechał, to zobaczyłam,że na zerwaną rączkę, coś tak rozprute, urwane podpórki itd... Mogłam złożyć reklamację, może dostałabym jakieś odszkodowanie.
Zresztą, nawet przepraszam nie usłyszałam, a moja koleżanka, której Air France zgubił bagaż, dostała wraz z walizką kupon rabatowy na bilet.
w domu
No i jestem.
Podróż prawie mnie zabiła, ale co nie zabija to wzmacnia. Wstałam w czwartek o 19 i poszłam do pracy (tak, pracowałam do ostatniej chwili T_T). W pracy nuda. Meli mnie puścić godzinę wcześniej, ale na sam koniec zrobiło się bizi i nie dało rady. Więc w sumie nie miałam nawet czasu się pożegnać z (nie tak znowu licznymi) znajomymi. Szybkie zakupy w DonKim. W domku czekało mnie jeszcze pakowanie. (Nie zdążyłam do końca się spakować przed pracą). Oczywiście ogarnęła mnie lekka panika, bo miałam 1,5 h do wyjścia, a tyle rzeczy do spakowania. Walizka ciężka, jakbym wiozła zwłoki. Nie mogłam jej dopiąć. W końcu zostawiłam trochę rzeczy (miałam w osobnej torbie przygotowane rzeczy, które mogę ewentualnie zostawić, jak mi na lotnisku powiedzą, że za ciężka walizka, ale w końcu od razu to zostawiłam, bo nie mogłam dopiąć walizki).
Droga na autobus była okropna, wszystko takie ciężkie, że myślałam, ze mi rączki odpadną. W końcu byłam dużo przed czasem i musiałam czekać 20 min na autobus. Na lotnisku dostałam prawie zawału serca, jak położyłam walizkę na wagę, a tam wyświetla 26,9 kg. No ale ani pani za biurkiem, ani pan pakowacz nie powiedzieli ani słowa, nakleili naklejkę i tyle. Za to czekała mnie niemiła niespodzianka, musiałam dopłacić za bilet 195zł, za przebookowanie go na później (a mój szef mówił, że wszytko opłacone, bo to on przebookowywał). Potem jeszcze szybkie zakupy na lotnisku. Strasznie mi się nie chciało łazić, bo nadal miałam koszmarnie ciężki plecak, torebkę wypchaną książkami i torbę, ale miałam kilka zamówień, więc nie było rady. Shikata ga nai. Więc jeszcze nakupowałam trochę omiyage. Sobie kupiłam dość piękną kokeshi (drewnianą lalkę). Wiem, że to masowa produkcja, ale i tak jest absolutnie śliczna. Długo też miałam rozkminkę, czy nie kupić dziecięcej yukaty, bo były takie śliczne i tanie (posezonowa wyprzedaż). W końcu kupiłam kokeshi, a nie chciałam rozmieniać kolejnego mana, bo potem mi drobnych w kantorze nie przyjmą. A poza tym, kiedy ja będę mieć dziecko wysokie na 110 cm? Jeszcze zdążę do Jpn pinć razy w te i we wte pojechać ;D
W samolocie rozczarowanie- nie było ekraniku przy każdym siedzeniu, jak w Swissairze (którym leciałam do Jpn, wracałam Lufthanzą), tylko telewizory z przodu. Siedziałam tak, że niestety patrzyłam pod kątem jakichś 75 stopni i mnie szyja bolała. No ale nie puszczali znowóż takich interesujących filmów. Jedynie Smipsonowie byli fajni. Był polski dubbing do wyboru, co mnie zdziwiło, ale był tak koszmarny- sam dubbing zły a tłumaczenie koszmarne, że nie dałam ady nawet 5 minut oglądać i zmieniłam na angielska wersję. Obejrzałam sobie też 2 odcinki dramy na moim piękym notebooku.
Udało mi się też chwilę zdrzemnąć. A zasadniczo to nie umiem spać w pociągach/samolotach/samochodach i innych środkach lokomocji.
Jedzenie było dobre ^_^ Tu Lufthanza wyryw ze Swissair.
Sama podróż minęła mi bardzo szybko, aż się sama zdziwiłam. Jak leciałam do Japonii to po 10 godzinach już umierałam, a tu nim się spostrzegłam, już byliśmy na miejscu.
Przesiadka w Frankfurcie bez prolemów, w Wawie byliśmy 10 minut później. I stało się coś strasznego zgubili moją walizkę!!!!!! AAAAaaaa T_T
Nie mam się w co ubrać, nie mam kosmetyków. Nie ma flaszek i herbaty na omiyage. Nie ma przemyconego jedzenia (z którego część powinna teraz leżeć w lodówce- między innymi konnyaku albo renkon- korzeń lotosu.) Miałam dziś robić yakisoba dla Izy i Bartka, ale nici z tego.
Ogólnie cieszę się, ze jestem w domu,ale brak walizki skutecznie zepsuł mi humor!
Podróż prawie mnie zabiła, ale co nie zabija to wzmacnia. Wstałam w czwartek o 19 i poszłam do pracy (tak, pracowałam do ostatniej chwili T_T). W pracy nuda. Meli mnie puścić godzinę wcześniej, ale na sam koniec zrobiło się bizi i nie dało rady. Więc w sumie nie miałam nawet czasu się pożegnać z (nie tak znowu licznymi) znajomymi. Szybkie zakupy w DonKim. W domku czekało mnie jeszcze pakowanie. (Nie zdążyłam do końca się spakować przed pracą). Oczywiście ogarnęła mnie lekka panika, bo miałam 1,5 h do wyjścia, a tyle rzeczy do spakowania. Walizka ciężka, jakbym wiozła zwłoki. Nie mogłam jej dopiąć. W końcu zostawiłam trochę rzeczy (miałam w osobnej torbie przygotowane rzeczy, które mogę ewentualnie zostawić, jak mi na lotnisku powiedzą, że za ciężka walizka, ale w końcu od razu to zostawiłam, bo nie mogłam dopiąć walizki).
Droga na autobus była okropna, wszystko takie ciężkie, że myślałam, ze mi rączki odpadną. W końcu byłam dużo przed czasem i musiałam czekać 20 min na autobus. Na lotnisku dostałam prawie zawału serca, jak położyłam walizkę na wagę, a tam wyświetla 26,9 kg. No ale ani pani za biurkiem, ani pan pakowacz nie powiedzieli ani słowa, nakleili naklejkę i tyle. Za to czekała mnie niemiła niespodzianka, musiałam dopłacić za bilet 195zł, za przebookowanie go na później (a mój szef mówił, że wszytko opłacone, bo to on przebookowywał). Potem jeszcze szybkie zakupy na lotnisku. Strasznie mi się nie chciało łazić, bo nadal miałam koszmarnie ciężki plecak, torebkę wypchaną książkami i torbę, ale miałam kilka zamówień, więc nie było rady. Shikata ga nai. Więc jeszcze nakupowałam trochę omiyage. Sobie kupiłam dość piękną kokeshi (drewnianą lalkę). Wiem, że to masowa produkcja, ale i tak jest absolutnie śliczna. Długo też miałam rozkminkę, czy nie kupić dziecięcej yukaty, bo były takie śliczne i tanie (posezonowa wyprzedaż). W końcu kupiłam kokeshi, a nie chciałam rozmieniać kolejnego mana, bo potem mi drobnych w kantorze nie przyjmą. A poza tym, kiedy ja będę mieć dziecko wysokie na 110 cm? Jeszcze zdążę do Jpn pinć razy w te i we wte pojechać ;D
W samolocie rozczarowanie- nie było ekraniku przy każdym siedzeniu, jak w Swissairze (którym leciałam do Jpn, wracałam Lufthanzą), tylko telewizory z przodu. Siedziałam tak, że niestety patrzyłam pod kątem jakichś 75 stopni i mnie szyja bolała. No ale nie puszczali znowóż takich interesujących filmów. Jedynie Smipsonowie byli fajni. Był polski dubbing do wyboru, co mnie zdziwiło, ale był tak koszmarny- sam dubbing zły a tłumaczenie koszmarne, że nie dałam ady nawet 5 minut oglądać i zmieniłam na angielska wersję. Obejrzałam sobie też 2 odcinki dramy na moim piękym notebooku.
Udało mi się też chwilę zdrzemnąć. A zasadniczo to nie umiem spać w pociągach/samolotach/samochodach i innych środkach lokomocji.
Jedzenie było dobre ^_^ Tu Lufthanza wyryw ze Swissair.
Sama podróż minęła mi bardzo szybko, aż się sama zdziwiłam. Jak leciałam do Japonii to po 10 godzinach już umierałam, a tu nim się spostrzegłam, już byliśmy na miejscu.
Przesiadka w Frankfurcie bez prolemów, w Wawie byliśmy 10 minut później. I stało się coś strasznego zgubili moją walizkę!!!!!! AAAAaaaa T_T
Nie mam się w co ubrać, nie mam kosmetyków. Nie ma flaszek i herbaty na omiyage. Nie ma przemyconego jedzenia (z którego część powinna teraz leżeć w lodówce- między innymi konnyaku albo renkon- korzeń lotosu.) Miałam dziś robić yakisoba dla Izy i Bartka, ale nici z tego.
Ogólnie cieszę się, ze jestem w domu,ale brak walizki skutecznie zepsuł mi humor!
środa, 3 października 2007
koniec tuż tuż
Jeszcze tylko 1 dzień...
Chodzę regularnie na zakupy, kupuję głównie omiyage, alkohol, jedzenie. Byłam też ponownie na Akihabarze, kupiłam kilka rzeczy. Jestem więc szczęśliwą posiadaczką słownika elektronicznego Casio Ex-word XD-SW6500. Warto było czekać do ostatniej chwili, bo od końca sierpnia (kiedy ten model miał premierę), staniał prawie 6000y (140zł). Zapłaciłam 24000, co jest ceną bardzo mnie satysfakcjonującą ^_^ Słownik Gosi staniał ponad 4000y. Aparat Izy w czasie ledwie 3 tygodni staniał o 6500y. Cóż, widać po miesiącu elektroniczna zabawka staje się tu starociem ;P I jak tu nie kochać Japonii.
Nie jestem jeszcze spakowana i nie wiem, jak ja mam to wszystko wpakować do mojej walizki. Do tego ciągle się martwię, że będę mieć nadbagaż i będę musiała zostawić jakieś umeshu (pyszne wino śliwkowe) i nie wiem, co jeszcze... A teraz, zamiast się pakować, piszę to.
Nie chciało mi się nigdzie jechać w tym tygodnu, tylko spać. Zaczynam rozumieć "bezsenność w Tokio". Albo leżę godzinami i nie śpę, albo nachodzi mnie fala senności , np w ten pponiedziałek spałam 13 godzin. Za to mam sny! To znaczy wiem, ze sny ma się zawsze, ale ja nigdy nie pamiętam, co mi się śniło. A tutaj mam bardzo płytki sen, własciwie tylko drzemki o najróżniejszych porach dnia i nocy bez żadnej zasady, i może przez to codziennie pamiętam co mi się śniło. Przynajmniej tuż po przebudzeniu. Potem w czasie dnia mogę co najwyżej przywołać jakąś jedna scenę. Ale jak mi się coś miłego śni i się obudzę, to jestem jakaś taka zadowolona i dobrze nastawiona do świata. często tak mam,że jak mi sie coś złego śni, to jak wstaję, to jestem zmęczona i rozdrażniona, nawet jeśli nie pamiętam, co mi się śniło. Teraz pierwszy raz doświadczam tego w druga stronę- śni mi się coś fajnego i dobrze się czuję (poza tym, że jestem ciągle niewyspana ^^;).
Więc nigdzie ostatnio nie jeździłam i teraz oczywiście żałuję. Nagle sobie myślę, mogłam pojechać tu, albo tam... Miałam nawet propozycję jechać od onsenu (gorące źródła), albo do Nikkou (gdzie też podobno jest onsen). Chyba o tym nie pisałam wcześniej, ale napisał do mnie pewnego razu na mixi.jp (japońskie grono.netp) koleś, który, miedzy innymi, zajmuje sie pisaniem ebooków. I pisał coś o Polsce, gajdzinach, a zwłaszcza o tym jak gajdzińskie kobitki postrzegają japońskich facetów ;D No i potrzebował materiałów do książki. Padło na mnie. Za kilka krótkich rozmów z nim (widzieliśmy się chyba 5 razy, gadaliśmy też 2 razy na skype) dostałam 30000y. Plus jakieś pyszny obiad za każdym razem :D A że dla dobrego jedzenia mogę wiele... :D Potem spotkałam się z nim już nie biznesowo, tylko tak sobie (czytaj: chciałam znów iść na koreańskie jedzenie). No i on właśnie mówił, żebym nie siedziała w ostatni wolny dzień w domu, tylko pojechała gdzieś na wycieczkę, on zaprasza >_< Nauczona złym doświadczeniem, postanowiłam odmówić, mimo pokusy wielkiej. W końcu onsenu tu jeszcze nie zaliczyłam. A poza tym, to jakoś nie specjalnie go lubię. Jest zupełnie nie japoński, za dużo gada i ma zbyt wysokie mniemanie o sobie. I oczywiście próbował mnie poderwać >_< Nie dałam mu cienia złudzeń, ale nigdy nie wiadomo, co na takiej wycieczce...
Za to się wyspałam.
Nie zwiedziłam nic ciekawego, ale za to najadłam się pyszności wszelakich na zapas. Byłam więc 2 razy na yakiniku (grilowane mięsko najczęściej wołowe, które się grillje samemu na takim małym grillu gazowym wbudowanym w stół, dostaje się gotowe przyprawione i pięknie ułożone pokrojone na apetyczne plasterki misęczka, a potem można sobie piec. Plasterki są cieniutkie i pieką się szybko, więc nie czeka się długo. Jest to świetna zabawa jak się jest w małej grupce. I jest pyszne.
Byłam też ponownie na jedzeniu koreańskim. Tym razem takie średnie było, bo było strasznie pikantne i właściwie pikanty to był jedyny smak, jaki to posiadało. Można sobie był zjeść, ale nie zaliczę tego to udanych wyborów.
A w Akihabarze, w przerwie między jednym elektronicznym sklepem a drugim, jadłam wafuu (styl jap.) burgera. Takiego podawanego na gorącej żeliwnej tacce, gdzie tłuszcz jeszcze pryska, polanego sosem teriyaki i majonezem, z jakimiś smaczni kiełkami i kukurydza w maśle jako surówką. To wszystko dopełnione oczywiście michą ryżu i zupą, tym razem nie miso, tylko czymś smakującym zupełnie jak nasz rosół,tyko nieco gęstsze, jakby ktoś ciut żelatyny wsypał. Tłuste to wszystko strasznie było, ale dobre^^. Oprócz tego nadal niemal codziennie jem gyuudon lub McDonaldsa. Nie myślcie sobie, że ciągle tylko jakieś pyszne eksperymenty szamam. Tyle Maka ile w Jpn zjadłam, to nie zjadłam jeszcze w całym życiu. Już dawno nadrobiłam zgubione w czasie największych upałów kilogramy.
Chodzę regularnie na zakupy, kupuję głównie omiyage, alkohol, jedzenie. Byłam też ponownie na Akihabarze, kupiłam kilka rzeczy. Jestem więc szczęśliwą posiadaczką słownika elektronicznego Casio Ex-word XD-SW6500. Warto było czekać do ostatniej chwili, bo od końca sierpnia (kiedy ten model miał premierę), staniał prawie 6000y (140zł). Zapłaciłam 24000, co jest ceną bardzo mnie satysfakcjonującą ^_^ Słownik Gosi staniał ponad 4000y. Aparat Izy w czasie ledwie 3 tygodni staniał o 6500y. Cóż, widać po miesiącu elektroniczna zabawka staje się tu starociem ;P I jak tu nie kochać Japonii.
Nie jestem jeszcze spakowana i nie wiem, jak ja mam to wszystko wpakować do mojej walizki. Do tego ciągle się martwię, że będę mieć nadbagaż i będę musiała zostawić jakieś umeshu (pyszne wino śliwkowe) i nie wiem, co jeszcze... A teraz, zamiast się pakować, piszę to.
Nie chciało mi się nigdzie jechać w tym tygodnu, tylko spać. Zaczynam rozumieć "bezsenność w Tokio". Albo leżę godzinami i nie śpę, albo nachodzi mnie fala senności , np w ten pponiedziałek spałam 13 godzin. Za to mam sny! To znaczy wiem, ze sny ma się zawsze, ale ja nigdy nie pamiętam, co mi się śniło. A tutaj mam bardzo płytki sen, własciwie tylko drzemki o najróżniejszych porach dnia i nocy bez żadnej zasady, i może przez to codziennie pamiętam co mi się śniło. Przynajmniej tuż po przebudzeniu. Potem w czasie dnia mogę co najwyżej przywołać jakąś jedna scenę. Ale jak mi się coś miłego śni i się obudzę, to jestem jakaś taka zadowolona i dobrze nastawiona do świata. często tak mam,że jak mi sie coś złego śni, to jak wstaję, to jestem zmęczona i rozdrażniona, nawet jeśli nie pamiętam, co mi się śniło. Teraz pierwszy raz doświadczam tego w druga stronę- śni mi się coś fajnego i dobrze się czuję (poza tym, że jestem ciągle niewyspana ^^;).
Więc nigdzie ostatnio nie jeździłam i teraz oczywiście żałuję. Nagle sobie myślę, mogłam pojechać tu, albo tam... Miałam nawet propozycję jechać od onsenu (gorące źródła), albo do Nikkou (gdzie też podobno jest onsen). Chyba o tym nie pisałam wcześniej, ale napisał do mnie pewnego razu na mixi.jp (japońskie grono.netp) koleś, który, miedzy innymi, zajmuje sie pisaniem ebooków. I pisał coś o Polsce, gajdzinach, a zwłaszcza o tym jak gajdzińskie kobitki postrzegają japońskich facetów ;D No i potrzebował materiałów do książki. Padło na mnie. Za kilka krótkich rozmów z nim (widzieliśmy się chyba 5 razy, gadaliśmy też 2 razy na skype) dostałam 30000y. Plus jakieś pyszny obiad za każdym razem :D A że dla dobrego jedzenia mogę wiele... :D Potem spotkałam się z nim już nie biznesowo, tylko tak sobie (czytaj: chciałam znów iść na koreańskie jedzenie). No i on właśnie mówił, żebym nie siedziała w ostatni wolny dzień w domu, tylko pojechała gdzieś na wycieczkę, on zaprasza >_< Nauczona złym doświadczeniem, postanowiłam odmówić, mimo pokusy wielkiej. W końcu onsenu tu jeszcze nie zaliczyłam. A poza tym, to jakoś nie specjalnie go lubię. Jest zupełnie nie japoński, za dużo gada i ma zbyt wysokie mniemanie o sobie. I oczywiście próbował mnie poderwać >_< Nie dałam mu cienia złudzeń, ale nigdy nie wiadomo, co na takiej wycieczce...
Za to się wyspałam.
Nie zwiedziłam nic ciekawego, ale za to najadłam się pyszności wszelakich na zapas. Byłam więc 2 razy na yakiniku (grilowane mięsko najczęściej wołowe, które się grillje samemu na takim małym grillu gazowym wbudowanym w stół, dostaje się gotowe przyprawione i pięknie ułożone pokrojone na apetyczne plasterki misęczka, a potem można sobie piec. Plasterki są cieniutkie i pieką się szybko, więc nie czeka się długo. Jest to świetna zabawa jak się jest w małej grupce. I jest pyszne.
Byłam też ponownie na jedzeniu koreańskim. Tym razem takie średnie było, bo było strasznie pikantne i właściwie pikanty to był jedyny smak, jaki to posiadało. Można sobie był zjeść, ale nie zaliczę tego to udanych wyborów.
A w Akihabarze, w przerwie między jednym elektronicznym sklepem a drugim, jadłam wafuu (styl jap.) burgera. Takiego podawanego na gorącej żeliwnej tacce, gdzie tłuszcz jeszcze pryska, polanego sosem teriyaki i majonezem, z jakimiś smaczni kiełkami i kukurydza w maśle jako surówką. To wszystko dopełnione oczywiście michą ryżu i zupą, tym razem nie miso, tylko czymś smakującym zupełnie jak nasz rosół,tyko nieco gęstsze, jakby ktoś ciut żelatyny wsypał. Tłuste to wszystko strasznie było, ale dobre^^. Oprócz tego nadal niemal codziennie jem gyuudon lub McDonaldsa. Nie myślcie sobie, że ciągle tylko jakieś pyszne eksperymenty szamam. Tyle Maka ile w Jpn zjadłam, to nie zjadłam jeszcze w całym życiu. Już dawno nadrobiłam zgubione w czasie największych upałów kilogramy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)