wtorek, 28 sierpnia 2007

tokijski Disneyland

Wczoraj pojechałam z Magdą (moją polską współlokatorką) do Tokyo Disney Resort.
Dostać się tam z Roppongi można szybciej i taniej niż przypuszczałam (metro do Hatchobori 160y, pociąg JR do Maihama 210y, całość około 45 minut w jedną stronę).
Sam bilet całodzienny do TDR to 5800y. Więc wycieczka wyszła mnie jakieś 7500y (ok 160zł). Na szczęście udało mi się tym razem nic nie kupić, prócz jadzenia i picia. Choć różnego rodzaju myszkomikowe i kocie uszka (opaski, spinki i różne inne bajery) były bardzo kuszące.

Dzień był gorący, ale nie bardzo gorący jak zwykle. (W tym roku został pobity Japoński rekord ciepła, kilka dni temu było 40,9 stopni w cieniu, wcześniejszy rekord to 40,8 ;p należy też zaznaczyć, e ze względu na wilgotność temperatury odczuwalne są znacznie wyższe, wiec mimo, że 40 stopni może nie robi jakiegoś wielkiego wrażenia, to jednak jest to okropne). Za to było bardzo wilgotno. Przez tą wilgoć cały czas mam takie nieprzyjemne uczucie bycia brudną. Wcale nie pocę się aż tak dużo, ale wszystko jest takie jakieś wilgotnawe i skóra też jest taka jakaś lepka w dotyku, więc już po kilku minutach od wyjścia z domu zaczyna się myśleć o prysznicu. Jest to strasznie męczące. Wyłażą mi zaraz żyły na rękach, puchą stopy.
Pogoda i tak była łaskawa, bo około godz 20 zrobiło się nieco chłodniej i naprawdę przyjemnie. A dzisiaj zaczął padać deszcz (i się ciut ochłodziło, ale tylko ciut), więc jestem bardzo wdzięczna wielce szacownym kami (japońskim bóstwom), że ten deszcz pada dzisiaj, a nie wczoraj. Bo stanie w gigantycznych kolejkach w deszczu byłoby chyba jeszcze gorsze niż stanie w upale.

No właśnie, kolejki. To rzecz, którą zapamiętam najlepiej. Na wszystkie fajne atrakcje trzeba było czekać po 100-130 minut! koszmar. A przecież był poniedziałek, a nie weekend. No ale wakacje, dzieciaki nie w szkole, to sie włóczą. To czekanie było straszne. Okropnie męczące. Około godziny 15 padałyśmy już na cyce, byłyśmy bardzo rozdrażnione, rozważałyśmy możliwość szybszego powrotu do domu, marudziłyśmy nieustannie (Magda bardziej niż ja!! ;D) i stwierdziłyśmy, ze ten disneyland w ogóle był kiepskim pomysłem. Ale potem stałyśmy w kolejce w tunelu pod ziemią, gdzie była klima, a wiec chłodno i sucho i jakoś odżyłyśmy, a przejażdżka była fajowa (taka łódka, która płynie, płynie to na powierzchni, to w tunelu, a potem spada niemal pionowo w dół i robi wielkie chlup! (musieliście widzieć w TV). W czasie spadania robi się zdjęcie, ale kosztuje takie 1050y, więc nie kupiłyśmy, bo to jednak lekka przesada jest... -_-' Oprócz tego, że Magda się strasznie bała i nie chciała już jechać na niczym, było fajnie. Potem poszłyśmy stać w kolejnej giga kolejce (nasępne 2 godziny prawie) i jak już tam wchodziłyśmy, to chciała zrezygnować. Na szczęście kazałam jej jechać i koniec. A był to super ekstra rollercoaster-rakieta, gdzie sie jedzie strasznie szybko, ostrych zakrętach, pod dużym kątem w niemal całkowitej ciemności, a wszędzie wyświetlane są gwiazdy i inne kosmiczne czary-mary. Więc całą jazdą Magda krzyczała "Cudownie! Jak pięknie!", a ja jej niekiedy wtórowałam. Warte to było czkania i sprawiło, że odżyłyśmy i wstąpił w nas zapał i nowa energia. Jak wyszłyśmy było już ciemno i zaczynała się właśnie wieczorna parada (disnejowskie postacie na platformach rozświetlonych tysiącami światełek tańczą i machają do tłumów). Ludzie poszli się gapić, więc do atrakcji średniego kalibru kolejki były na ok 10 minut. Przejechałyśmy się dwa razy karuzelą-filiżankami z Alicji w krainie czarów (także zapewne znane z widzenia z TV) i klasyczną karuzelą z konikami. Poszłyśmy na moment obejrzeć tą paradę, przejechałyśmy się jeszcze jedną łódką, zobaczyłyśmy końcówkę ostatniego występu (z fontannami, wybuchami ognia i odrobią fajerwerków- dość widowiskowe) i ruszyłyśmy w stronę domu.

niedziela, 26 sierpnia 2007

matsuri podejście drugie

Dziś ponownie poszłam na matsuri na Azabu juuban. Tym razem poszłam tam nie sama, lecz z moją współlokatorką Magdą; obie wystroiłyśmy się w zakupione przeze mnie w piątek yukaty, więc już od samego rana (a właściwie popołudnia^^;) miałyśmy zabawę w ubierani się i wiązanie obi.

Jak szłyśmy na matsuri, to w Roppongi wszyscy sie za nami oglądali- hehe, role sie odwróciły, normalnie to m się gapimy na nich :P

Było straaaaasznie tłoczno, bardziej niż w piątek. Choć dzień nie był aż taki gorący (tak dla odmiany), to było nam gorąco z powodu tłumów, wielkiej ilości stoisk z jedzeniem, co najczęściej oznacza gril albo blat do smażenie- obydwa emitują masę ciepła, i jeszcze z naszym yukatowym strojem. Nastrzelałyśmy kupę zdjęć (głównie jedzeniu), posmakowałyśmy różnych różności (yakisoba, kukurydzy gotowanej, takich śmiecznych ciasteczek- smakowały zupełnie jak gofry i sądzę, że były z gofrowego ciasta, banana w czekoladzie, pieczonego ziemniaka. Na morskie potwory się nie skusiłyśmy). Zrobiłyśmy też kilka filmików.

piątek, 24 sierpnia 2007

matsuri

Dawno nie pisałam, chociaż mam teraz stały net. Po pierwsze edytuję stare posty, co zabiera znacznie więcej czasu niż zakładałam. Po drugie ja teraz ogólnie mam mało czasu i mało śpię, jako że jak mam towarzystwo, to ciągle gadam, albo gdzieś łazimy (chociażby do pobliskiej piekarni, w której jest normalne, pyszne pieczywo smakujące właściwie jak w Polsce, tyle, że jest tam tego tysiąc rodzajów (głównie bułki i ciastka, chleba mało jest), croissanty, bułki z serem na wierzchu, bagietki z całkiem smakowitą kiełbaską w środku (de best), wszystko! Wielka wada piekarni: ceny. Np wspomniana bagietka (a właściwie pół bagietki) z kiełbaską kosztuje jakoś tak, nie pamiętam dokładnie, ze 250 yenów, czyli ponad 6 zł (dla porównania cheeseburger w maku to 100 yenów). Ale jest takie dobre, że kupuję T_T Dobrego jedzenia nigdy nie umiem sobie odmówić...)
O moim braku czasu na komputer najlepiej chyb świadczy fakt, że mam net od tygodnia i widziałam w tym czasie 1 odcinek dramy tylko!

W ten weekend na Azabujuuban (jakieś 10-15 minut piechotą stąd) jest matsuri, czyli coś w rodzaju festynu. Oczywiście poszłam dziś i wybiorę się tam raz jeszcze jutro lub w niedzielę. Taki festyn to fajowa sprawa. Tłumy ludzi, spora cześć w yukatach. Sama też kupiłam sobie dwie kolejne yukaty (coś jak letnie kimono zrobione z bawełny), zieloną i ciemnoczerwoną, oraz 3 obi (pas)(a co sobie będę żałować). Wydałam dość dużo kasy, ale raz się żyje.
Matsuri oznacza wielką, wielką ilość straganów z jedzeniem wszelakim. Najpopularniejsze są szaszłyki ze stworzeń wszelakich, od kurczaka i krowy, przez tuńczyki na ośmiornicach innych morskich potworach skończywszy. Potem grillwane ryby (ale grillowane w taki fajny sposób (w swoim czasie zobaczycie na zdjęciu). Niesamowicie popularne jest też yakisoba, czyli smażony makaron gryczany z smażoną kapustą i sosikiem, i często jajkiem sadzonym na wierzchu. Pyyycha. Następnie opisywane już wcześniej takoyaki. Gotowna kukurydza w kolbach. Tsukemono (pikle z różnych warzywek, najpopularniejsza jest biała japońska rzodkiew, ogórek, kapusta, pędy bambusa). Okonomiyaki. Pieczone kalmary. Małże w różnej postaci. Ciastka i krakersy ryżowe. Banany w czekoladzie na patyku. Znana i z naszych festynów wata cukrowa :D WSZELKIE napoje alokoholowe, sprzedawane zarówno na butelki, jak i kubeczki. Lody z kruszonego lodu polanego syropem.
Na matsuri jest też bębniarz grający na taiko. Ludzie tańczą w wielkim kółku tradycyjny taniec do śmiesznej muzyki ;P Są jakieś konkursy, loterie, zabawy i przedstawienia dla dzieci.
Na ulicach są porozwieszane lampiony. Wszyscy chodzą z wachlarzami rozdawanymi przechodniom- z jednej strony logo matsuri, z drugiej sponsorzy. Takie wachalrze najczęściej są zatknięte za obi (pas) yukaty.
Matsuri to także mnogość pięknych chłopców, tym piękniejszych, że niekiedy w yukatach. Niestety o ile dziewcząt w yukatach jest bardzo dużo, to niestety faceci jakoś mniej się do tego garną, a ci co się zdecydują są na ogół właśnie z ubraną w piękną yukatę dziewczyną. Zresztą to chyba jest taka prawidłowość, że faceci rzadko chodzą na festyny sami lub grupkami kolegów- raczej z dziewczynami, zaś grupek radosnych, wystrojonych dziewczyn jest dużo.

Inna miła sprawa. Mamy nową współlokatorkę. Z Izraela. I (przynajmniej po jednym dniu) wydaje się super miła i fajna. Interesuje sie designem i japońską modą, dlatego tu przyjechała i chciałaby zostać. Jest tu 3 dni i myśli o papierowym małżeństwie dla wizy (nie wiem, na ile serio...^^;). Mówi:"ale fajnie będzie, wrócę za 2 miechy do kraju, znajomi spytają- i co robiłaś w Jpn- a ja powiem- a wiecie, hajtnęłam się :P" Jak widać są istoty bardziej nawiedzone ode mnie.
Do tego jest chętna do jeżdżenia i zwiedzania.

sobota, 18 sierpnia 2007

nowy komputer, nowe mieszkanie

Przeprowadziłam się. mieszkam teraz na Roppongi dokładnie na przeciwko Roppongi Hills.
Mieszkanie takie średnie. Niby duże, bo 6 pokoi, ale pokoiki malutkie, mój nie ma chyba nawet 8m2, stoi w nim piętrowe łóżko, za to nie ma szafy (bo też i gdzieżby ją postawić niby), więc łóżka górnego używam jako szafy. Poza tym nie mam też ona w tym pokoju. Ani klimy, tylko wiatrak T_T Czuje sie trochę jak w akademiku. Mieszkają tutaj 3 (niezbyt miłe) Rosjanki, ja i jeszcze jedna (miła) Polka. 2 pokoje są wolne.
Jest też jedna rzecz, którą kocham. Lustro. takie oszukane lustro, które wydłuża sylwetkę, przez co wyglądam na wysoką i bardzo smukłą. Jest cudne i muszę sobie takie w domu sprawić, a zawsze będę mieć dobre samopoczucie.
No to mam stałe, kradzione łącze z bezprzewodowym netem.

Dlatego też dzisiaj ponownie pojechałam do Akihabary i sprawiałam sobie notebooka, dość wypasionego dodam. Sam wygląd ma wypasiony, dość bardzo stylowy, poza tym jest na pilota i ma wszystko to, czego się wymaga od średniego komputera stacjonarnego. Wprawdzie marzył mi sie taki mały słodziutki i kawaii notbook 13 lub 12 cali, ale porównawszy ceny (12 calówki z wypatrzonych przeze mnie promocji kosztowały od 119ooo yenow do 125000y, zaś moja zabawka kosztowała mnie ledwie 82 tys, czyli niecaly 1900zl), zdecydowałam sie na 14 cali jednak. Wada mojej nowej zabawki- waga, aż 2,5 kg, co przy niewielkich rozmiarach jest dość dużo TT. techniczne dane: 14,1 cali, widescreen, RAM 1 GB, Dysk 120 GB, NVIDIA GeForce Go 6150, nagrywarka DVD duallayer, 3 usb, czytnik kart przeróżnych, net bezprzewodowy, ma wbudowana kamerkę, pilota i inne bajery, procesor, kurcze, nie pamiętam (ale coś w rodzaju AMD Turion64 x2 1,80) i nie mogę znaleźć tego modelu nigdzie w necie (HP Pavilion dv2000 rx692avaahf). Zainteresowanych odsyłam do sieci po szczegóły i zdjęcia. Japoński windows vista na licencji, i instrukcja obsługi tylko po jap. nie ułatwiają mi życia, oj nie... (zwłaszcza, że nie miałam jeszcze okazji bawić się vistą w cywilizowanym języku i wszystko jest dla mnie nowe, vista dość znacznie się różni od XP, przynajmniej na pierwszy rzut oka)
Za to zrobiłam sobie polskie literki i ogólnie jakość moich wpisów powinna teraz znacznie wzrosnąć.
Sam zakup był bardzo spontaniczny i mało przemyślany (na zasadzie, a wiec co dzisiaj mamy w promocji), i nie wiem, czy nie przepłaciłam, czy coś, no ale chciałam kompa i neta, i mam. W PL taka zabawka to i tak jakieś 3 tys, więc raczej sie opłacało. Choć nadal mi smutno, że nie jest to taki malutki laptopik... Bo w sumie mnie stać, ale rozsądek rzekł: dziewczyno, nie przesadzaj, ta zabawka też jest pikna i o 50% tańsza.

środa, 15 sierpnia 2007

Wszystko mnie boli. I to nie od słońca, tak jak sie spodziewałam, tylko mięśnie. Wczoraj nic mnie nie bolało, ale dzisiaj strasznie. Jednak brak kondycji musi wyjść wcześniej czy później. A zrobiłam ponad 20 kilometrów pieszo w pon i wt. Z czego spora cześć po schodach, jako iż Japończycy lubią budować swoje świątynie i chramy w górach i trzeba sie najczęściej wspinać setkami schodów.

Wczoraj i dzisiaj pracowałam w innym klubie bo mój był zamknięty w obon (święto zmarłych, miasta pustoszeją, wszyscy jadą do rodzin, choć święto trwa 3 dni, dużo firm robi sobie wolne cały tydzień). Szczerze, wolałabym po prostu nic nie robić, a nie iść do innego klubu, który jest otwarty (jest jeden własciciel i kilkanaście klubów, i czasami dziewczyny są przesuwane do innego, jak gdzieś jest za mało, albo nie ma ani jednej białej, albo coś) no ale przynajmniej dostałam dodatkowa kasę, nie dużo, bo nie dużo, ale zawsze coś.

Poza tym nadal jest obrzydliwie gorąco .

wtorek, 14 sierpnia 2007

gooooraco!!!

Mamy tu fale opałów. Nie do zniesienia jest niemalże. 35 stopni codziennie, Tokijski beton rozgrzany jak patelnia, nawet nocą właściwie nie ma zmiany w temperaturze. I oczywiście wilgotno. W telewizji tez w kółko o tym mówią.
I jeszcze się trochę spiekłam na słońcu, mimo, iż unikam raczej słońca. Coś mi sie zdaje, że jutro będę cierpieć.

Byłam wczoraj i dziś w Kamakura i na Enoshimie. Opisze wycieczkę innym razem niestety. Nastrzelałam pełno zdjęć (moim nowym aparatem, prosto z Akihabary, Nikon s500, niecałe 25000 yenow, na nasze jakieś 560-570 zł), ale nie mam jak ich zgrać z aparatu. Na sam koniec padła bateria, wiec kilku fajnych rzeczy nie mam na fotkach.
Enoshimie zdecydowanie polecam osobą wybierającym się do Japonii :D

Ze spraw innych- będę się przeprowadzać do innego mieszkania, bo w tym nie mogę mieszkać sama, się nie kalkuluje, a nie ma innej dziewczyny. Nie cieszy mnie ta wiadomość ani trochę.

sobota, 11 sierpnia 2007

Megumi

Odwiedziła mnie Megumi. Przyjechała po południu i została na jedną noc. Potem pojechała do domu, do Fukushimy na obon (święto zmarłych).

Bardzo miło spędziłyśmy czas po roku niewidzenia się. Głównie siedziałyśmy u mnie w pokoiku (czyli w klimatyzacji >_<), plotkowałyśmy, wspominałyśmy stare dobre czasy i zajadałyśmy się dobrymi rzeczami. W pewnej chwili Megumi powiedziała "Jej, ale bym sobie żurku zjadła) i mi się przypominało, że przywiozłam z Polski żurek w torebce. W prawdzie to nie to samo co prawdziwy, ugotowany na zakwasie, ale i tak ugotowałam i sobie zjadłyśmy^^ Dostałam też omiyage- japońskie ryżowe słodycze.

Przeszłyśmy się też po Roppongi. Potem niestety musiałam iść do pracy. Poszłyśmy jeszcze do supermarketu i po kolei pytałam o każdą rzecz pokazując paluchem "a co to?" jak dzieciak jakiś. Uwielbiam chodzić do supermarketu i oglądać japońskie jedzenie, choć w większości nie mam pojęcia na co właściwie patrzę. Poza tym oglądałyśmy w supermarkecie małe prostokątne patelnie specjalnie do smażenia tamagoyaki (taki rodzaj japońskiego omleta, słodki i z sosem sojowym, dobry^^), bo chciałam taką kupić i poradzić się, jaka jest dobra. A następnego dnia dostałam prostokątną patelnię w prezencie. Megumi kupiła ją jak byłam w pracy. Czyż to nie słodkie? strasznie się ucieszyłam oczywiście.
Bardzo bym chciała, żeby do mnie wpadła, jak będzie wracać z domu, ale chyba się nie uda.

wtorek, 7 sierpnia 2007

gadzety

Dzień wypłaty jest już bliski.
Siedzę nad stertą ulotek z denshijisho (słownikami elektronicznymi) i aparatami fotograficznymi. I nie mogę nic wybrać. Na aparatach się nie znam zupełnie, nawet nie wiem, jaka firma najlepsza. Szukam jakiegoś kompaktu z przedziału cenowego 800-1200 zł. Jak ktoś może poradzić coś, może ma model z którego jest zadowolony, albo ma jakieś rady czym się kierować przy wyborze, to będę wdzięczna.

A denshijisho to jeszcze większy problem, bo po pierwsze są dwa rodzaje słowniki ogólnie i takie do nauki ang. Te do ang mają lepsze słowniki jap-ang i ang-jap, no i oczywiście sporo innych słowników, te ogólnie mają często jakieś bajery w rodzaju encykopedii i więcej słowników japońsko- japońskich, ale słabsze słowiki jap-ang i ang-ang.
Poza tym jest tu taki bajer Sharpa, co ma wbudowany telewizor i kosztuje w Shibuya 5 manow, ale w Akihabarze na pewno taniej będzie, przy obecnym kursie jena można sobie pozwolić. Oczywiście podoba mi sie taki gadżet (ma tez mp3 itp), no ale ma nieco słabsze słowniki...
Aaaaaa, nie wiem, co wybrać!!!!!
Aneczko, powiedz, jaki model masz słownika, to jest casio wordtank ile? I czy jesteś zadowolona bardzo, średnio, czy polecasz? On ma ten bajer rysowania kanji rysikiem?
W tej chili przychylam sie do Sharpa, ale nadal rozważam casio.
Jakby ktoś maił jakieś rady albo upatrzonego coś ciekawego niech koniecznie da znać. Mogę też komuś kupić, jeśli mi kasy starczy. To nie ciężkie.

A jeszcze marzy mi się taki mały laptop, z ekranikiem 12 lub 13 cali. Słodka zabawka.

Tak jakby wydam pierwsza wypłatę prawie co do grosza, a właściwie yena.

poniedziałek, 6 sierpnia 2007

Spotkania po latach

Ten tydzień upłynął mi pod znakiem spotkań po latach.

Najpierw sempai Magda, która jakiś czas temu spotkałam zupełnie przypadkowo w Asakusie. To strasznie dziwne, że w tym wielkim Tokio można kogoś spotkać tak przypadkowo.
No wiec w ten piątek spotkałyśmy sie w Shinjuku, żeby połazić trochę po mieście. Shinjuku to głownie sklepy i kluby, nie bardzo jest co zwiedzać, ale i tak było fajnie. No i Magda jest fanka j-rocka i viual-kei, więc mi pokazała kilka specjalistycznych sklepów (totalny odjazd ;D) i sklepów z gothic-lolitkowymi ubrankami. Akurat były przeceny (choć ceny i tak powalają) i nawet może bym sie skusiła, ale nadal jestem przed wypłatą. Cała wypłatę przeznaczę na elektronikę, więc nim wreszcie będę mieć kasę przeceny dawno się skończą.

Kupiłyśmy też sobie lody o smaku anko (słodkiej czerwonej fasoli z której wyrabia się tradycyjne słodycze). Nawet niezłe, ale chyba zostanę przy naszych ;P

W Shinjuku jest też pełno host-klubów, więc podziwiałyśmy hostów łapiących klientki na ulicy. Niestety gajdzinek nie zaczepią. Pewnie nie mówią po ang ;P No ale na Roppongi też jest nieco hostów, więc nie był to widok aż tak nowy. Magda mówi, że na Shibuya ją kiedyś zaczepili :D

Spotkałyśmy się też w niedzielę, ponieważ mój penfriend (o czym za moment) podarował mi darmowe zaproszenia do muzeum, które sie znajduje tutaj na Roppongi 国立新美術館 (Kokuritsubijutsukan, Nowe Muzeum Narodowe) i ta niedziela była ostatnim dniem, więc trzeba było wykorzystać, ne.
Była to wystawa współczesnego Shodou (kaligrafii). Pełno tego, weeeelka wystawa. Mam kilka fotek, jak Magda mi je wyśle, to pokażę. Samo muzeum też jest bardzo wypasione i wielkie (zwłaszcza jak się już człowiek przyzwyczai do klitkowatości wszelkich japońskich pomieszczeń) i dość nowe (2002 rok), więc sam budynek też jest ciekawy.
No a potem jeszcze poszłyśmy do mnie na ploteczki wszelakie. :D
Generalnie o tego mi było trzeba, wygadać się i pogadać z kimś, kto ma podobne zainteresowania, i wiedzę, i miłość do Japonii. Życie w Tokio samemu to strasznie zwałowa rzecz. Samotność w wielkim mieście, w dzielnicy setek klubów. Trzeba mieć jakieś towarzystwo, koniecznie, a nie go szukać, bo myślę, że w Roppongi nie da się znaleźć.

W czw i pt był u mnie mój penfriend. Choć własciwie to skype-friend, bo maile piszemy sporadycznie, a głownie skypujemy. Trochę to dziwne spotkać kogoś po ponad 2 latach internetowej znajomości. Poszliśmy razem do świątyni Zozoji, gdzie było pełno posażków Jizo ubranych w (na ogol) czerwone czapeczki i mająych wiatraczki w ręce. Takie posażki strzegą dusz zmarłych dzieci (głownie z aborcji). Miałam też szczęście, bo do samej świątyni można było wejść (najczęściej wchodzi sie na teren świątyni i po schodkach świątyni/chramu tylko, a nie do wnętrza. A w środku odbywała się jakaś buddyjska uroczystość za kogoś zmarłego, więc mogłam przyjrzeć się mnichom stukającym w takie dziwne cosie i recytującym przy tym sutry.

Potem byliśmy na Tokyo Tower. Nic to specjalnego. No ale mam przywieszkę do komórki z tą wierzą (która jest niemalże replika wierzy Eiffela (jak to sie pisze??), więc jak wiecie, jak wygada paryska, to wiecie też jak tokijska ;P) . Zrobiłam też pierwsze purikura (takie małe śmieszne naklejane zdjęcia, które można ozdabiać różnymi pierdołkami)

A dzisiaj spotkałam sie z Rena (dla tych, którzy nie pmiętają, to jedna z 3 Japonek, które studiowały w Krakowie, jak byłam na pierwszym roku, koleżanka z roku Megumi i Ayi)

Byłyśmy umówione w Shibuya, pod Hachiko (pomnik sławnego pieska) oczywiście.(to była u moja druga wizyta w shibuya). Pokręciłyśmy się po okolicy, w tym weszłyśmy do sklepu z elektroniką i zebrałam tam kilogram ulotek o elektronicznych słownikach i aparatach cyfrowych, Dziś w nocy będę to studiować, bo wszytko w krzakach naturalnie. p
Potem jadłyśmy bardzo pyszne jedzenie (kurczak z ryżem z takim dobrym sosem (szit, że też akurat ni zapamiętałam nazwy) i zupka miso, i tsukemono (pikle) z daikonu (dużej białej rzodkwi). Potem znów się kręciłyśmy i poszłyśmy na Dougenzaka, wzgórze słynnego z dużej ilości rabuhoteru (hoteli na godziny zwanych hotelami miłości). Dziwne to dla mnie bardzo, ale w Roppongi podobno nie ma hoteli miłości! I na Shibuye trzeba jechać ;P ale w sumie nie tak daleko ;P
Na koniec poszłyśmy zrobić zdjęcia w purikura :P

Spotkania po latach- cudna sprawa. Ale najbardziej niecierpliwie czekam na spotkanie po lecie. Bo tęsknię bardzo.

sobota, 4 sierpnia 2007

rzecz o mieszkaniu

Mieszkam w dwupokojowym mieszkanku, z czego na szczęście trafił mi sie pokój większy. Mam normalne łózko, a nie futon.To mieszkanie kosztuje, zdaje się, 130.000 yenow miesięcznie plus rachunki, ale na szczęście nie ja za to place, tylko klub. Dzieliłam je do niedawna z inna dziewczyną z Polski, ale ona wróciła do kraju- nie podobało jej się. No cóż, nie jest to praca, o jakiej sie marzy.
Więc tymczasowo mieszkam sama, co jest bardzo wygodne.
Mieszkanie jest jedyna rzeczą, jaka mnie tu nieco zdziwila. Tak poza tym, to już o wszystkim czytałam w necie, głównie na blogach innych japonistów.
No więc szok nr 1: pralka stoi na... BALKONIE i ponoć jest to zupełnie normalne.
W łazience rura spod umywalki i wanny urywa sie zanim wchodzi w podłogę i woda normalnie cieknie sobie po posadzce do odpływu. To tez ponoć normalne, ale ja tam sie poczułam, jakbym do jakiegoś braku cywilizacji trafiła. Wanna jest oczywiście mała, kwadratowa a nie prostokątna i głęboka. Kibelek jest na szczęście europejski, ale bez tych wszystkich bajerów, z których słynie Japonia. Za to w pracy i w knajpach są takie z bajerami. Trafiłam też w izakai (japoński restauracjo-pub) na taki japan-style (czyli dziura w podłodze ;P)

Co jest bardzo niefajne to ROBALE (w tym karaluchy) i myszy w mieszkaniu. Bleh. Choć teraz już się przyzwyczaiłam do tego i nawet mi tak nie robi. Zwłaszcza, że nie gotuje nic prócz wody, bo albo jadam w knajpach, albo kupuje jakieś bento (lunch box) albo sushi. Takie gotowe jedzenie jest tutaj zadziwiająco tanie w porównaniu do reszty cen, a to tego w większości smaczne. A jeszcze leszy patent to to, że wieczorem, tak po 19-20 są przeceny świeżego jedzenia w supermarkecie i można dostać sushi (futomaki, 8 sztuk) za ciut ponad 200 yenow, czyli 5 zeta. Wegetarianie poniżej 200 y. (Cóż, to co przywieziono do sklepu rano, wieczorem nie jest już świeże, trzeba przecenić ;P)
Tak więc najwyżej kanapki czasem robie.

Mam w pokoju telewizor, ale wszytko co bym chciała oglądać (czytaj- dramy) leci, kiedy jestem w pracy T_T. Smutna historia. No czasem oglądam wiadomości. I zdarza mi sie jakieś powtórki dram trafić w dzień, no ale jak nie oglądam wszystkich epów, to nie ma sensu... wiec głównie w celu ćwicznia słuchania. Ale ostatnio i tak wolę spać niż oglądać TV.

Nie ma normalnych drzwi, tylko przesuwane. Jedynie wejściowe sie otwierają jak nasze. Nawet balkownowe drzwi i okna są przesuwane, a na dodatek nie mają klamek ani nic, wiec jeśli ktoś chce zamknąć to musi kupić specjalny zamek (choć jak dla mnie wygląda on mało solidnie). W pokoju mam kilme (bez tego nie da się tu żyć) i wiatraczek- niekiedy wiatraczek lepszy niż klima, bo od klimy łatwo sie przeziębić. Ale wiatraczek hałasuje. Na początku używałam wiatraczka, ale teraz jednak wole klime, bo wydajniejsza i jeszcze powietrze robi się takie jakby świeższe i mniej wilgotne. Nawet jak spię zostawiam najczęściej włączoną klimę. Dobrze, że ni ja płace rachunki, bo tylko sobie wyobrażam, ile to prądu zżera.

W kuchnio-przedpokoju mam lodówkę z zamrażarka, zlew i małą kuchenkę z takim śmiesznym piekarnikiem (mały, niski na jakieś 5-10 cm, szeroki na jakieś 15-20, za to dość długi). Zdaje się, że to do pieczenia ryby. Ja robie w tym tosty, bo tutejszy chleb jest równie niefajny co brytyjski (no może jap jest ciut lepszy, bardziej watowaty i miękki, ale ma lepszy smak- co nie znaczy, ze bardziej podobny do chleba, raczej do ciasta drożdżowego, tylko mało słodkiego). No w każdym razie nadaje sie to tylko do tostów.
Jest też mikrofalówka. Ogrzewam w niej sporadycznie gyouza (japońskie-a la chińskie-pierożki), innego zastosowania na razie brak. Jak to wygodnie jadać na mieście :D
I to wszystko- brak jakiegokolwiek blatu czy stołu, co jest nieco uciążliwe, bo jem albo w łóżku albo stojąc przy półkach.

Wchodzi się oczywiście do genkanu, potem jest stopień i reszta mieszkania. Nie mam tatami (mat, które tradycyjnie wyściełają japońską podłogę), tylko deski. Dość to wygodne, bo łatwo sprzątać, choć nie powiem, żebym sprzątała często ;P Z drugiej strony to też i nie bałaganię wiele, bo albo jestem w pracy albo śpię.