środa, 19 marca 2008
Farewell party
Było miło bardzo i wesoło bardzo. Sporo wina, trochę dziwnego alkoholu domowej roboty (ostatnio ilość alkoholu domowej roboty w moim otoczeniu wzrasta- a to wino od Kacpra, a to ryżowe wino Anki, teraz ta nalewka, po drodze tyko ominął nas obiecany ajerkoniak Fedzi...). Najlepsze w tym zaś było umeshu (!!!), którego resztka się gdzieś uchowała (osobiście uważam to za wręcz niewiarygodne, by umeshu mogło sie gdziekolwiek uchować......... w sumie to wręcz niedopuszczalne ;D). Nasza gospodyni spóźniła się tylko godzinkę, bo musiała do fryzjera iść (przed Nihonem trzeba się wszak zrobić, by poderwać tego syna prezesa- za co toastów wiele zostało wniesionych). Fryzura wyszła bardzo udana, a fryzjerce należą się brawa, bo dostała wydrukowane zdjęcie j-rockowego muzyka (średnio wyraźne) i hasło "tak ma być" :D
Potem znów przeglądałyśmy różne gazety z bogatej kolekcji, nie obyło się bez teledysków z ciachami, ploteczek, wspominek i planowania jak najszybszego wyjazdu do Jpn... Jadłyśmy czipsy i ciastka- standardowo, oraz pyszne i błyskawiczne w przygotowaniu spaghetti- niestandardowo (muszę je wypróbować też^^). Odbyło się sto (bardzo niedyskretnych) pytań do... Fedzi. Itd. Miałam wracać ostatnim tramwajem o 23, co bardzo staranie zaplanowałam, wiec pojechałam oczywiście nocnym o 3.00 ^_^
wtorek, 18 marca 2008
sensei, nie chcemy się uczyć, chodźmy na kawę!
No takie dni jak dziś, mogłyby być codziennie. Zajęcia na 11, jak w każdy wtorek. Na Uryuu przygotowywaliśmy się do タスクi analizowaliśmy różne wykresy i grafy. Lepsze to niż nudna czytanka z 1000nowych krzaków i słów.
Powiedzieliśmy Panu Fu, że nie chcemy zajęć i byśmy poszli gdzieś, z okazji Easter i tego, że jedna koleżanka wyjeżdża, i w ogóle. Tak naprawdę to nie musiało być przecież żadnego powodu ;D Pan Fu się zgodził ochoczo i pomaszerowaliśmy do Starego Portu- to już chyba taka tradycja^^. Nim wszyscy zajęli miejsca, poszli kupić sobie kawę/czekoladę/ herbatę, whatever, poczekali na swoje zamówienia przy barze, zajęło to sporo czasu. Ja akurat postanowiłam pójść kupować, jak wszyscy wrócą. Więc siedziałam sobie tuż obok pana Fu, ale tak tuż tuż tuż… I on mnie popukał po ramieniu (kyaaa!) i zaczął ze mną gadać. Kiedy się zaczynają wakacje, co mam zamiar robić itp., a potem, że on jeszcze raz będzie jechał do Gdańska, bo jego rodzina przyjedzie (no tu mi się akurat 3 razy smutniej zrobiło ;D) i że będzie chciał, żeby mu pomóc wynaleźć jakieś miejsca do spania i do zwiedzania. Ale chodzi mi o to, że tak sobie gadaliśmy we dwoje tylko, nie na forum klasy, nie jako część grupy przy stoliku czy na imprezie, nikt nas nie słuchał… Tyko ja i on ^_^ siedzieliśmy sobie bliziutko, on patrzył mi w oczy, ja jemu. Ach… to było niemal metafizyczne!
Potem wszyscy wrócili do stolika i gadałyśmy sobie o kolorach włosów, farbowaniu, wyjazdach do Japonii i plotkowałyśmy, a Pan Chińczyk, Paulina i Czarek gadali o polityce. Taki uroczy podział mieliśmy ^_~
A potem miał być japoński, ale namówiliśmy panią Sakmoto, żebyśmy poszli na kawę (イースター、イースター) i się, ku mojemu zaskoczeniu, od razu zgodziła. A jeszcze jej powiedzieliśmy o godzinach dziekańskich jutro i się ucieszyła bardziej od nas chyba :D (A ja się ucieszyłam 2 razy nawet. W ogóle to nie wierzyłam, że dostaniemy te godziny, a tu przychodzę do szkoły i wisi kartka, że w środę od 13, i dopiero potem ktoś powiedział, że po świętach też jest wolne, do 13, czego ja nie doczytałam, więc się mogłam ucieszyć ponownie drugą dobrą wiadomością ^_^). Panią Sakamoto zabraliśmy tym razem do Dyni, a ja usiadłam blisko niej, żeby móc dobrze słyszeć i z nią gadać, taka byłam pilna, o! Jednak była dość zmęczona, przez co mniej gadatliwa, niż zwykle, i nie było żadnych „naukowych” słówek na dziś. Za to się dowiedziałam wreszcie, do czego służy 抹茶 (rodzaj sproszkowanej zielonej herbaty) z solą, której kiedyś użyłam by zrobić macchowe lody, bo nie doczytałam na etykietce, a nie przyszło mi do głowy, że to można z solą pomieszać. Otóż dodaje się to do tempury jako posypkę!
poniedziałek, 17 marca 2008
★
★Moja nowo-zakupiona klawiatura okazała się beznadziejna i musiałam kupić nową. A że miałam bardzo surowe wymagania, to wynalazłam inną w sklepi hen daleeeeeeko. Tak więc poniedziałek upłynął mi na podróży na Daleką Północ (tak daleko na północy Krk to ja jeszcze nie byłam), do miejsca, o którym sądziłam, że tam żadnej cywilizacji być nie może… Nie myliłam się aż tak wiele, bo mym oczom okazało się… wielkie blokowisko rozciągające się aż po horyzont, choć ku mojemu wielkiemu zdziwieniu dojeżdzały tam nawet tramwaje, ale tylko takie nie jeżdżące do centrum, o egzotycznych numerach jak 16 (no widzieliście kiedy tramwaj o takim numerze w Krk?!). Klawiaturę kupiłam fajową (też taką malutką) i tanio. Jedyny mankament (dopiero dziś spostrzegłam): nie ma prawego crtl! No i nie mogę teraz zamieniać języka z jap. na pl z klawiatury, tyko musze myszką klikać na pasku języków T_T. W moim przypadku to dość ważna funkcja była, ale ustawię sobie jakiś inny skrót klawiszowy potem i dam radę.
Przy okazji wyprawy na Północ, byłam w Lidlu. A trzeba wam wiedzieć, że Krk to nie jest cywilizacja jak 3miasto i znaleźć Lidl to nie jest prosta sprawa (każdy Lidl w Krakowie jest oddalony od mojego mieszkania o ponad 30 minut jazdy tramwajem). Więc skoro już jechałam po tą klawiaturę a po drodze był Lidl, to postanowiłam wykorzystać okazję. (Jakieś 3 tyg. temu, także dzięki Lidlowi zwiedziłam inną część Krakowa hen daaaaleko, tylko na innym krańcu miasta. Wycieczka krajoznawcza, nie ma co…).
Zapytacie: a o żeś się kobieto uparła tak na tego Lidla?! Otóż zakochałam się w tajskim jedzeniu z Lidla (robienie tego dinner party z tajskim jedzeniem w ferie to był genialny pomysł) i miałam wielką nadzieję, że jakimś cudem dostanę jeszcze trochę zupek curry wszelkiego rodzaju, i ryżyk curry też. Niestety. Poza tym mają tam (i tylko tam, zdaje się) moją ulubioną czekoladę, więc z rozpaczy po braku zupek (na szczęście ostała mi się w domu ostatnia puszka z poprzedniej wyprawy, będzie na jakąś Specjalną Okazję) kupiłam sobie kilogram tej czekolady. Miałam plan najeść się jej, aż mi będzie niedobrze, ale w końcu się opanowałam ^_~
★ Zrobiłam coś naprawdę strasznego, zaczęłam grać w internetowa grę! Buduje się cywilizację, handluje i podbija innych. Przypomniało mi się Age of Empires, w które dawno temu grałam, 懐かしさmnie naszła i się (o ja głupia!) zapisałam. I teraz gram! Godzinaaami~~ Tyle lat opierałam się grom, wiedząc, jak łatwo daje się w nie wciągnąć. Wystarczyła chwilka nieuwagi… i gram >.> Mam nadzieję, ze szybko mnie ktoś podbije i nie będzie mi się chciało odbudowywać. Bo to zjada mój dramowy czas.
★W środę przyjechała na naszą nihongakkę dr Pączek (Donath, hihi) i musiałam siedzieć na jej nudnych zajęciach słuchając jej angielskiego z koszmarnym niemieckim akcentem (to dla mnie prawdziwa tortura). I jeszcze te zajęcia o takich beznadziejnych godzinach. Potem poszłam z Anka na obiad na chińskie jedzenie ^____^ W drodze powrotnej złapał nas deszcz. Nie deszcz… uleeeeeewa! I potem siedziałam taka przemoczona wieczornym wykładzie z translatoryki T_T W sumie to wyszłam z domu o 9 a wróciłam o 20.30 Kto nam tak ten plan ułożył T_T
★★★ Punktem kulminacyjnym tygodnia było czwartkowe j-rock party organizowane przez sempajki. Muzyczka, ploteczki, teledyski na dużym ekranie (=j-rockowe ciacha), w tym jeden zupełnie nie j-rockowy specjalnie dla mnie *_* ありがとう!A jeszcze się przy okazji z ex-żoną spotkałam. Imprezę zniosła dzielnie^^ Spotkałam się tez z Atsuko, która teraz kończy tokijską polonistykę, studiowała tutaj 2 lata temu.
poniedziałek, 10 marca 2008
Poza tym moja nowa klawiatura jest totalnie do niczego, ma dziwny układ alt i ctrl, i jeszcze jakieś głupie windowsowe klawisze i ciągle wciskam nie to co chce i dziwne rzeczy mi się dzieją >_< Wkurza mnie to tak, że chyba będę ją musiała oddać... A taka mała i słodka jest, gdzie dostanę taką drugą?
sobota, 8 marca 2008
Niebepieczne zwiąki
Maaa, same very bizi dni ostatnio 続けていく。
Wczoraj też, najpierw rano zajęcia z krzaków na które przyszły 3 osoby…
Potem zakupy Kasią-sempai. Ja wprawdzie wyszłam z nich jedynie z torebką (bo jakimś cudem udało mi się nie kupić kolejnego już czarnego żakietu; ale był piękny i myślę o nim nadal i kto wie, czy się nie złamię i nie kupię jednak; ale po co mi kolejny czarny żakiet?! -_-”), za to Kasia miała zakupy bardzo liczne, w tym wypatrzony przeze mnie emoszalik, czarny w różowe czaszki, za 4 zł. Bo jak wszyscy wiemy, jestem mistrzem promocji i w tej dziedzinie nic się nie zmienia. Na końcu wstąpiłyśmy do Reala, ale ze względu na Kasię nie chciałam odstawiać mojego zwyczajowego rytuału związanego z zakupami jedzenia, w wyniku czego zakupy trwały zadziwiająco krótko, ale też i nie kupiłam połowy potrzebnych mi rzeczy i pewnie będę się musiała wybrać jeszcze raz w poniedziałek.
Potem pojechałyśmy do mnie, ugotowałam zupę szpinakową (mój najnowszy wynalazek), na życzenie Kasi były też tamagoyaki (jap. omlety), potem przyjechała Ania. Byłyśmy w komplecie więc mogłyśmy zająć się jedzeniem. A jeszcze Ania przywiozła mi ciastka własnej roboty ^__________^ niezwykle pyszne, a do tego mają właściwości uzależniające i jak się zacznie je jeść, to nie można przestać. Aaaaa, dlaczego ja nie mam tu piekarnika, pięłabym te ciastka co tydzień chyba!
Kasia wróciła do domu, a my z Anią zajęłyśmy się główną atrakcją wieczoru, czyli filmem „Niebezpieczne związki” (Dangerous Liaisons). Naszło nas po obejrzeniu „Untold scandal” koreańskiej luźnej adaptacji tejże historii. Koreański film jest bardo dobry, choć znacznie by mu pomogło, gdybym nie wiedziała, że ma być adaptacją „Niebezpiecznych związków” , które to są filmem absolutnie genialnym, a kto wie, czy nie moim ulubionym, widziałam go już kilka razy wcześniej i za każdym razem tak samo mnie zachwyca (więc na ich tle „Untold skandal” odrobinkę blednie, ale odrobinkę tylko). Genialnie zagrany (aktorska śmietanka aktorska: Glen lose, Michelle Pfeiffer, Uma Thurman, Keanu Reevs, i mój absoluty ulubieniec John Malkovich jako Valmont, najbardziej niecny z mężczyzn, geniusz uwodzenia o spojrzeniu, któremu nie można się oprzeć). Oba filmy mają wspaniałe scenografie, kostiumy, muzykę i są świetnie zagrane. Dodatkowo bardzo mi się podobało jak klimat osiemnastowiecznej Francji przeniesiono do osiemnastowiecznej Korei, i jak przetłumaczono nie tylko akcję i dialogi, ale i kulturę w „Untold scandal”.
Miałam zamiar tutaj napisać coś więcej o obu filmach i mych refleksjach na ten temat, ale mam dramę do obejrzenia, a już późno bardzo… Więc powiem tylko, że oba filmy gorąco polecam (i mogę użyczyć), polecam również książkę-pierwowzór- klasyka francuskiego oświecenia, a jednak czyta się to znakomicie (jest wersja w tłumaczeniu Boya-Żeleńskiego^^), powieść, która w swych czasach została uznana a niezwykle niemoralną i wywołała obyczajowy skandal ^_^ Może jeszcze raz sobie przeczytam?
czwartek, 6 marca 2008
疲れた
Rano zaspałam na chiński. Właściwie to nie zaspałam, ale jak zadzwonił budzik, to powiedziałam sobie- "aaaa, jeszcze 10 minut", a potem powiedziałam to jeszcze z 6 czy 7 razy i jak wstałam, to już nie było sensu na ten chiński iść. A miał być test (nasz laoshi wymyślił, że powinniśmy mieć czasem test, to może wreszcie się pouczmy tego chińskiego choć przez chwilę, i może z czasem będziemy potrafili się nawet przedstawić... po 2 latach nauki... ^o^). Na dodatek uczyłam się chwilę do tego testu (naturalnie jedynie z miłości do pana Fu, a nie z chęci nauczenia się czegokolwiek).
Na japońskim z Uryuu nuda jak zwykle, temat: 離婚率.
Potem było spotkanie z japońskimi studentami z Todaja (Tokyo Daigaku= Uniwersytet Tokijski, jedyny słuszny uniwerek w Japonii, marzenie każdej matki to syn studiujący na Todaju, ukończenie go daje jakieś 99,9% szanse zatrudnienia w Dobrej Firmie). Nie żebym tam się jakoś specjalnie rwała na to spotkanie, ale... mówiąc wprost: było w trakcie nudnych wykladów z dr. K (choć nie można im odmówić ogromu wiedzy przekazanej, wiedzy potrzebnej i pożytecznej) i można się było zwolnić. Wybór był oczywisty. Już na korytarzu obejrzeliśmy ich dyskretnie i komentarz był jeden- żadnego ciacha. byłyśmy jednomyślne. No ale ale, w końcu to studenci Todaja. (W sumie to się zgapiłyśmy, bo był tam jeden niebrzydki (do ciacha daleko, ale dałby radę, jakby go trochę zrobić) student prawa. A prawnik z Todaja= obrzydliwe bogaty mąż Japończyk ;D Taka szansa zmarnowana ;D)
Zaczęło się oczywiście od 自己紹介, bo bez tego żadne spotkanie z Japończykami odbyć się nie może. Powinnam chyba mieć wyuczoną jakąś regułkę na tę okazję, bo jednak kilka razy do roku trafia się temu podobny event i trzeba tą jikoshokajową szopkę odstawić, to mogłabym mieć jakąś zgrabną formułkę w zanadrzu. No ale jestem baka i nie mam. Musze sobie napisać normalnie i się nauczyć, mało pracy, a dużo by z tego pożytku być mogło, a i pierwsze wrażenie bym dobre robiła, tak dla niepoznaki.
Okazało się, że ci Japończycy przyjechali tu zobaczyć Oświęcim głównie. Sweet -_-;
Następnie podzielono nas na mniejsze grupki i mogliśmy sobie pogadać trochę. No więc przeprowadzałyśmy bardzo standardową dla takich okazji rozmowę i poszłyśmy na dalsze na wykłady. I tyle.
Po zajęciach poszłam do Kasi-sempai, bo później miałyśmy się spotkać z jakąś jej znajomą Japonką (event zupełnie niezlażny od wizyty studentów z Todaja), która się kiedyś polskiego uczyła. Przejrzałam Kasiową kolekcję mang i książek bardzo nieprzystojnych, kilka bardzo głupich gazetek dla japońskich chłopców o IQ poniżej 10 (te gazetki mnie rozwaliły, nawet jakby nie rozumieć żadnego krzaka, to można się uśmiać) i kilka innych ciekawych rzeczy^^
A potem wyruszyłyśmy na spotkanie z skośnookim^^ Dziołszki obie okazały się duść sympatyczne. Plan był taki, ze pójdziemy zjeść coś polskiego, ale pierwsza restauracja była zamknięta (eeeeeto, kto przy zdrowych zmysłach zamyka knajpę w centrum Krakowa o 19?!?!?), w drugiej nie było miejsc i tym sposobem wylądowałyśmy w Gruzińskim Chaczapuri. Objadłyśmy się strasznie bo pyszne było^^ Nawet sobie trochę pogadałam po japońsku. Bez ładu i składu, ale zawsze. Na koniec zabrałyśmy je do sklepu, gdzie im kupiłyśmy żurki i barszcze instant, przyprawę do wina grzanego (w Chaczapuri powiedziałyśmy im, że powinny spróbować i im zasmakowało^^), żółty ser, Kubusia, i słodycze w rodzaju ptasie mleczka, czekoladę Wawel^, delicje i jeżyki -> jako reprezentatywne polskie jedzenie. Uzupełniłyśmy to breezerami Sobieski (ta jedna nawet wiedziała, że to był nasz król!). Dziołszki jadą dziś pociągiem do Pragi, będzie im wesoło :D. Mam nadzieję, że dobrze zapamiętają Polskę i powiedzą wszystkim ja ponczykom jaki to cudowny kraj i że mają przybywać ^o^
No więc padam po dzisiejszym dniu. I nawet nie mowy, że ruszę palcem krzaki na jutrzejsze kolokwium. Wytarczy, że zdałam japoński we wtorek. P. Sakamoto miała mi wysłać wyniki SMSem wieczorem, ale oczywiście zapomniała, ale pozwoliłam sobie na napisanie jej maila z zapytaniem, to mi odpisała w nocy ^_^
A jutro na zakupy!
środa, 5 marca 2008
S-sensei w akcji, again
Ale tak serio, to co ta Polska z tych biednych Japończyków robi? Najpierw zaczynają się spóźniać, potem głowa do alkoholu się wzmacnia, a dalej jest już tylko z górki... zapominanie o examach, przychodzenie do pracy na kacu, wyostrzone poczucie humoru ^_^ Ech...
Teraz nie pozostaje mi liczyć na lenistwo p. Sakamoto (pewnie też nabyte w PL) i to, że nie będzie jej sie chciało nowego examu układać, tylko da mi stary. Kami-sama, plizzz. Bo już czuję, ze to co umiałam na dziś, skutecznie się ulatnia z mej głowy.
Anyway urządzam protest i nie robię dzisiaj absolutnie nic. Obejrzałam kawałek musicalu z Kame w roli główniej, co by sie na coś ślicznego popatrzeć. Kamechan tańczy, Kamechan śpiewa, Kamechan lata, półnagi Kamechan walczy... Czegóż chcieć więcej. Yey musicale!
A jeszcze byłam pod wielkim wrażeniem możliwości technicznych tego teatru, w którym grają ten musical. Scena obraca się to w jedną to w druga stronę, unosi się, opada, akacja więc dzieje sie niekiedy na dwóch poziomach; ruchome części, w rodzaju pomost, unoszą się gdzieś nad sceną i przesuwają nad widownię, więc Kamechan śpiewa tuż tuż nad głowami (sikających pewnie ze szczęścia) fanek. (Jak tak spojrzeć na widownie to prawie same panny, ciekawe czemu ;D ).
Jedna scena płynnie przechodzi w drugą, co chwila coś nowego. Telebimy, lasery, światełka, obrazy... A wszytko starannie zaprojektowane i wykonane, dbałość o każdy szczegół. さすが made in Japan. Kostiumy też udane (zwłaszcza jak na JE).
Aż zaczynam żałować, że się tym nie zainteresowałam, kiedy miałam okazję.
A poza tym była u mnie koleżanka, którą ostatnio jeszcze przed wakacjami widziałam, to sobie trochę poplotkowałyśmy. Ploteczki 最高!
poniedziałek, 3 marca 2008
benkyou shinakerebanaranai
Obiecałam sobie, że będę chodzić wcześniej spać, nawet gdyby to miała być zmiana tyko o godzinkę. No i planu się trzymałam... całe 3 dni. Od środy do piątku udawało mi się położyć między 2.30-3.00 co jest znaczną poprawą w stosunku do normy... Ale przyszedł weekend i nie dało rady >.>
W tym tygodniu tez będę się starać >.<
Aaaaa, nie mogę już na to patrzeć... I jeszcze czuję, że od piątku moja wiedza już się nic nie pogłębiła, a przeczytałam wszytko ponownie od początku do końca. Kurcze, ja już te texty powinnam na pamięć umieć, biorąc pod uwagę ile się już na nie napatrzyłam, a nie umiem.
A moja klawiatura oficjalnie umarła. Naprawienie kosztowałoby tyle, co 2 nowe T_T Sok jest zabójczą substancją, okazuje się. Tym sposobem muszę się jutro na zakupy wybrać. Zawsze to jakieś wybawienie znad krzaków.