poniedziałek, 21 kwietnia 2008
SILLY GOD DISCO
Potem było dużo ダンスダンスダンス, które wymagało nieco wysiłku i skupienia w kimonie i zori (klapki-japonki noszone do kimona). Nie zabrakło też teledysku KAT-TUNów (mam nadzieję, że stanie się to tradycją na SGD^^) a więc i Kame-chana na dużym ekranie.
A na dobre zakończenie nocy spóźniłam się na mój nocny... ^^;
sobota, 19 kwietnia 2008
kiedy jedziesz do Chin...
Kiedy jedziesz do Chin, pamiętaj o 2 rzeczach.
1. Jajka kupuje się tam na wagę, a nie na sztuki >_<
2 Jeśli dwie osoby różnej płci idą do kina, to jest to na 100% randka. Jeśli chłopak pyta dziewczynę, czy pójdzie z nim do kina, to znaczy, że chce się z nią umówić. Proste?! Chociaż wyjście większą mieszaną grupa do kina może jeszcze ujść za „neutralne”. Pan Fu nie mógł pojąć, że na przykład pozwoliłybyśmy iść swojemu chłopakowi do kina z inna dziewczyną. Argumenty w rodzaju „Skoro ten film mnie zupełnie nie interesuje, a on chce go zobaczyć, to czemu nie miał by iść kimś innym, na przykład z koleżanką” nie trafiały doń zupełnie (a robił przy tym genialną minę wyrażająca bezbłędnie „nie wierzę i nigdy nie uwierzę”). Jednocześnie dwoje ludzi może iść razem na obiad (o ile to nie będzie jakaś fancy romantyczna restauracja) albo na kawę czy piwo na stopie koleżeńskiej. Ba! Mogą nawet mieszkać razem jako współlokator lub współlokatorka (i nic więcej)- jest to do przyjęcia. Wyobraźmy sobie więc taką scenę. 2-pokojowie mieszkanie, on w jednym pokoju, ona w drugim (w jednym pokoju to byłaby przesada), wczesny wieczór, nic ciekawego w TV, jednym słowem nuda. Współlokatorzy myślą, co by tu zrobić. Ha! Chodźmy na film! Zobaczmy co tam w kinach grają.
Ha! Zaraz, zaraz, nie tak szybko! Nie da rady.
Cóż maja zrobić nasi biedni znudzeni studenci?! Pan Fu ma szybką (błyskawiczną wręcz) odpowiedź: pożyczyć film na DVD i obejrzeć w mieszkaniu. Widzicie, jakie to proste i oczywiste rozwiązanie. Broń boże kino!
Nie wiemy, jak to działa, ale domyślamy się, że chodzi o to, że w kinie jest CIEMNO, co samo w sobie, widać, prowokuje niemoralne zachowania.
Właśnie się zastanawiam, co się dzieje, jeśli brat z siostra idą tylko we 2 do kina… kazirodztwo?!?!
No ale za to randkowanie jest łatwe, wystarczy zapytać 跟我一起去看电影吗=„Może byśmy poszli do kina” (co na polski tłumaczy się „Może byśmy poszli na randkę”) i wiadomo o co chodzi^^ (no, pierwsze naprawdę praktyczne zdanie w tym naszym podręczniku)
czwartek, 17 kwietnia 2008
co tam w szkole, dziecko
Wczoraj skończyliśmy tłumaczyć tego przebrzydłego Lemona
(chyba jeszcze nie dawałam linka do tego, co za błąd ;D, sami możecie się przekonać, co to za bleee, moje beznadziejne tłumaczenie mogę udostępnić mailem ^_~;). WRESZCIE, bo dłużej bym nie zdzierżyła. W sobotę miałyśmy nawet małe spotkanie naukowe z Anią, żeby sobie wzajemnie popoprawiać nasze wersje i wspólnie zrobić ostatni kawałek. To znaczy dla mnie głównym punktem spotkania było pieczenie ciasteczek i ta cześć w sumie zajęła nam więcej czasu niż Lemon, ale możemy i tak przyjąć, że ciężko gambarowałyśmy ^_^ A ciastka wyszły super. A jeszcze zrobiłyśmy trochę nie korzennych tylko z zieloną herbatą (yep, tylko ja mogę wpaść na taki pomysł). Herbaciane ciasteczka wyszły średnio- takie były moje wrażenie, ale jak korzenne się skończyły 2 dni później i zaczęłam jeść te zielone, to jednak wydały mi się równie pyszne. Yey ciasteczka!
Poza tym Pan Chińczyk ostatnio ma humory i kompleksy, więc dziwnie jest na zajęciach; na krzaki nadal chodzi jedynie garstka ludzi; na Uryuu ciągle mamy quizy, prof. K nadal przyjeżdża nie częściej niż raz w miesiącu; prof. Pączek też miła przyjechać do nas (właściwie to przylecieć), ale nie przyjechała ani w zeszłym ani w tym tyg. (yey niemieckie konferencje naukowe). Nawet na zajęciach prof. Kozyry był ostatnio lajcik, bo w zeszły tygodniu (tak jak i 2 tyg. wcześniej) oglądaliśmy film o różnych matsuri (światach i festynach shinto) na monografii, potem był referat Marty, wiec wystarczyło być obecnym tylko ciałem a nie duchem, a na tłumaczeniach oglądałyśmy „Życie Oharu” film (strasznie stary, brzydki, nudny, a co najgorsze czarno-biały) na podstawie książki, o której Marta pisze. No ale lepszy choćby najnudniejszy film niż tłumaczenie. A jeszcze w tym czasie była obrona jakiejś magisterki i pani profesor oczywiście była w komisji, więc nas zostawiła z tym filmem. On sobie leciał, a my plotkowałyśmy :D. A w tym tygodniu powtórka z rozrywki. W prawdzie na monografii tym razem był już normalny wykład (robimy japońska mitologię i jest całkiem ciekawie, nawet coś tam pamiętałam z wcześniejszego wykładu i odpowiedziałam na jakieś pytanie! hahaha!), ale potem był referat drugiej Marty (dość krótki) i do tego film (yey!), i to dość ciekawy (!). To też był bardzo stary i pierwotnie czarno-biały film, ale Marta miała jego zremasterowaną cyfrowo, pokolorowaną wersję i… I was impressed, I must say. Stare czarno-białe filmy nie są takie złe, jak się okazuje, jeśli tylko nie są… stare i czarno-białe ;D A tu odwalili kawał dobrej roboty. Ach, ta dzisiejsza technika. Mam nadzieje, że mi Marta pożyczy i obejrzę całość. Problem jest tylko jeden. To jest oczywiście po dżapańsku- tylko że w dialekcie Wakayama T_T I nie ma napisów, nawet japońskich (kto w ogóle wydaje DVD bez jakichkolwiek napisów?! >_<). A na tłumaczeniach dalej oglądaliśmy „Życie Oharu”. Ach, jak dobrze się poobijać niekiedy…
Czuje się jak dziecko, które wraca ze szkoły i zdaje mamie relacje, jak było. ^_^"