środa, 24 grudnia 2008

_______________./\.
____________ __>_<_
_____________Ѽ.\/ Ѽ
___________;->( ɕѼ Ҩ .
___________@.♥ '(█) ♥ *$
________Ѽ "( ()♥t (Ѽ)o*♥*
_______(█),-♥.-Ѽ _Q@,0 ɕ(█)
____________>o*oѼ @.<
_________o`-.♥.-@""-Q '♥~@'
______♥.'`Ѽ ♥ *Ѽ ɕҨ ‘♥ @`-.)
____Ѽ o (█). @* '-@Ѽ ’Q.*(█)’Ѽ
__________Ѽ -♥-'Ѽ ♥._ Ѽ
_______@.♥ '*Q ♥ *(█), @.♥ '*
___.♥' @ _ ɕ♥ _.-'~♥-. @ ´(♥)`-*.o
__.(█)* ♥ ..-' (Ѽ) o *.(Ѽ) 0 *(█)`)
_________(Ѽ ) '-._♥__(Ѽ)@
____;--♥' ♥Ҩ 0‘(Ѽ) Q o *♥ * Ѽ ♥
___ * (Ѽ)._♥__* .Q.~ ♥- ♥Ҩ. 0 () Q ♥*'.
_(█)* ♥ *‘ o * ♥ _(█)Q~ ♥Ҩ __Ѽ♥__(█)
_____________▓▓▓▓▓___________
__________▓▓▓▓▓▓▓▓▓__

niedziela, 12 października 2008

kimona

Niczym prawdziwa gambarujaca japonistka wybrałam się dziś do Mangghi na pokaz kimon i obi. Do tego, zgodnie z mą misja szerzenia japońskości we wszechświecie, wzięłam ze sobą moja współlokatorkę (ogólnie, nieźle mi z nią idzie, wciągam ja w dramy :D właśnie obejrzała oba sezony 花より男子 i jest bardzo chętna na więcej).
Pokaz byl bardzo fajny, zjawił sie tłum ludzi, czego sie nie spodziewałam, cała sala (ta duża, na dole)była szczelnie wypełniona i jeszcze ludzie gdzieś po boku stali. A my.. miejsca w drugim rzędzie \^o^/, sam srodeczek, świetny widok. A oglądać było co. Piękne kimona i めっちゃ wypasienie zawiązane obi. 4 sensejki kitsuke zaprezentowały zarówno tradycyjne sposoby wiązania obi,
jak i "nowoczesne"- tu inspirowane origami- i wyczarowały węzły kwaity:
sakura:
rzepak:
róża:
jeszcze jakiś inny kwiat:

i bardziej klasycznie:
Od Pokaz kimon (Manggha)

środa, 8 października 2008

wreszcie wolna!

Dziś zdjęłam sobie gips! Wreszcie! czuję się z ta nogą dość niepewnie, jakby się zaraz znów miała złamać. No ale nie boli jakoś specjalnie w sumie.
Najlepsza była kąpiel. Wanna pełna gorącej wody, moczenie się, taplanie. z gipsem nie było szans na takie uciechy.
Ale z drugiej strony już pewnie nie będę mogla liczyć na "chorobowe" wizyty jak wczorajsza i przedwczorajsza Ani i Anki ^^;

niedziela, 21 września 2008

Podsumowanie wakacji.

‡Wakacje zaczęły się dobrze, a skończyły źle. ‡
(to dla tych, co się śpieszą i nie chce im się czytać reszty :D)
☆Wakacje zaczynają się od sesji. Już nie chodzisz na zajecia ale jeszcze (dopiero teraz) się uczysz. Pierwszy raz nie było tego wiele, 2 japońskie, chiński, krzaki, przepisanie angielskiego. Zdałam wszystko. Nie liczyłam na to że się uda.
☆ Potem było tylko lepiej. Sama w mieszkaniu= spokój; choć musiałam część czasu poświęcić pakowaniu, sprzątaniu, przeprowadzce. Kilka babskich spotkań z sempajkami, rozmowy o kolorach włosów, wspólne malowanie paznokci, oglądanie dżapańskich teledysków i umeshu. Wspólne obiadki na mieście. Obiadki w domu, bo trzeba było wyjeść wszystkie zapasy z zamrażalki. 3 obiady dziennie dobra sprawa. Pierwszy raz nie chciało mi się wyjeżdżali musiałam się wyprowadzić.
☆W domu. Na początku i w domu nie jest źle. Tyle powiem. Zaliczone 4 sezony Dr Housa i 6 sezonów Sex and the city+film. Zdradzam dramy intensywnie.
☆ 8 lipca. Siedzę w domu, oglądam. 18:00. Dzwoni telefon. „Ania nie jedzie z nami na Litwę, nadal chcesz jechać?” 23.30 Jestem na dworu :D
Litwa. Spływ kajakowy ze znajomymi. W błyskawicznym pakowaniu zapomniałam o tak istotnych rzeczach jak sztućce czy czapka (żeby nie dostać udaru). Rzeka, namioty, chleb z kminkiem (i tylko taki). Zdjęcia w galerii opowiedzą co, gdzie i jak^^
☆ Proza życia. Rodzinka niekiedy wyprowadza z równowagi. W miedzy czasie jakaś działeczka, jakaś bibka. Zakupy na letnich przecenach. Połowa wakacji minęła.
☆ Prosto z Stargardu przybywa na długi weekend Kasia-sempai. Pada. Piątkowa impreza urodzinowa Izy. Paaaada. Sobotni lans w Sopocie. Paaaaaada. Skrócone zwiedzanie Gdańska. Bursztyn. Plotki i zakupy. Koniec wizyty.
☆ Zrobiło się zimno, powiało jesienią.
☆ Złamałam nogę i na tym moje wakacje się skończyły. Teraz siedzę w domu i oglądam. Zrobiłam już całego Dextera i jestem w trakcie The Sporanos i koreańskiego Alone In love. Z desperacji nawet powtarzam sporadycznie słówka, a nawet przeczytałam 3 czytanki z joukyuu. Jest źle!
Brzmi to poważnie, ale tak naprawdę, to mam złamaną tylko małą kość śródstopia. Schodziłam po schodach, skręciłam nogę, kość się złamała. Mam gips, nie mogę chodzić jakby to było coś naprawdę dużego. Skutecznie mi to uprzykrzyło życie.

piątek, 27 czerwca 2008

kompot

Ufufufufu, właśnie ugotowałam sobie kompot! Truskawkowy. Już nawet nie pamiętam, kiedy piłam coś takiego jak kompot. A dawno dawno temu, kompot był zawsze do obiadu, jak się jechało do babci~~

A teraz tak sobie pomyślałam, jakim cudem musi być kompot z 梅. Co natychmiast wywołało myśli o umeshu~~

wtorek, 24 czerwca 2008

Ostatnio zaczynam odczuwać to, że różni ludzie mają różny tryb życia. Nie chodzi mi o rozkład zajęć, pracę, obowiązki itp- wiadomo, z tym niewiele a się zrobić. Chodzi o to, że jedni są skowronkami i nawet w weekendy wstają rano, inni kładą się spać, gdy się już jasno na dworze robi. Ale i to da się znieść, może poza faktem, że około godziny pierwszej na ogół zostaje „sama”. Jednak jest pełno drobiazgów: to że jedni jedzą obiad o 14 a inni o 18 i ciężko się umówić na wspólne jedzenie; to, że jedni gambarują od rana, a wieczorem zajmują się bzdurami, a inni dopiero gdy zapada zmrok zabierają się do roboty, więc trudno się spotkać.

niedziela, 22 czerwca 2008

okrutny jest Kami-sama

Kami-sama jest bardzo okrutnym stworzeniem. Wczoraj był łaskaw dla mnie wielce i exam Sakamoto-sensei zawierał pytania, na które actually ZNAŁAM odpowiedzi. W większości. Rzaaadko się tak zdarza. Jadąc na exam utknęłam w korku i zamiast być kwadrans przed czasem, spóźniłam się 10 minut. Na szczęście nasza sensei… zapomniała examu z domu i musiała się wrócić :D Kochana Sakamoto-sensei- na nią zawsze można liczyć: a to examie zapomni, a to się spóźni duuuużo, a to nie weźmie go z domu :D Dziś na exam z piątym rokiem tez się tylko pół godzinki spóźniła ;D
Dziś zaś Kami-sama, jak to kami w zwyczaju mają pokazał swe drugie oblicze (trzeba laikom dopowiedzieć, że dżapańskie kami zawsze maja dwie natury, łagodną i gwałtowną). Wybrałam się na wianki, czyli krakowska doroczną imprezę świętojańską, czy jaką tam. Uczyć się miałam, no ale ile można. A stwierdziłam, że jak pojadę rowerkiem współlokatorki wiślanym bulwarem, to mi niewiele czasu zajmie i miałam rację. A jeszcze przejażdżka mi dobrze zrobiła. Sport raz na pół roku dobra sprawa :D Wybrałam się z myślą o fajerwerkach, ale w sumie to widziałam jeszcze 25 minut koncertu Jamiroquai. Fajerwerki były bardzo ładne ^_^ No ale stała się smutna rzecz, zgubiłam legitymacje i dowód osobisty T_T Okrutny Kami-sama! AAaaaaaaaaaaa, I wanna die! Legitymacji mi nie wyrobią nim do 3miasta wrócę, żeby dowód załatwić też będę sobie musiała postać w kolejce. Za wszystko zapłacić, i zdjęcia zrobić. I jeszcze nie mogę na biletach ulgowych jeździć.

sobota, 14 czerwca 2008

ohayou gozaimasu

aaaa, smutno mi >_<
Była imprezka u pana Fu. Ostatnia T_T Wesoło było, ale smutne jest to, że się spiłam dość bardzo, bardzo niewielka ilością wódeczki i ktoś mi kazał wracać do domu (tuż po północy???), i nie zostałam do konca T_T. Ja po alkoholu jestem wyjątkowo ugodna, wiec na to przystałam, ale generalnie to jestem przekonana, że odżyłabym po kilku chwilach. A tak, wstałam dziś o 4 rano, bo po alku źle mi sie śpi. Nie jestem już wcale pijana, czuję się świetnie, zero kaca. Normalnie powinnam sie uczyć, ale już zaplanowałam na dziś ómieranie, więc nijako czuję się zwolniona z obowiązku. Dobrze, ze po południu mam lekcje, to przynajmniej dzień nie będzie zmarnowany.

Zamieściłam wczoraj na gronie ogłoszenie o wakacyjnym kursie japońskiego w Gdańsku. Już dziś (no właściwie to wczoraj jeszcze) dostałam ofertę pracy ze szkoły językowej. I jak tu nie kochać bycia Japonistą? :D

PS Dostałam piąteczkę z examu z chińskiego :D (fakt, że prawie wszyscy dostali piąteczki pomińmy milczeniem, uważam, że akurat ja prawie zasłużyłam :D ).

gambare~~i!

piątek, 13 czerwca 2008

Wrocław

Byłam więc na rozmowie w sprawie pracy. We Wrocławiu. Całkiem miło było ^_^ Najpierw mówiliśmy o mnie i o Japonii- ta cześć rozmowy poszła gładko, wszak wiadomo, do czego jak do czego, ale do gadania mam talent :D Potem jeszcze robiłam te moja prezentację. Ta już nie poszła tak dobrze, niemniej nie było tez źle. A chyba im się sama treść bardzo spodobała (mówiłam o dżapańskim społeczeństwie w części pierwszej i o różnych patologiach w części drugiej- hikikomori, parasite singles, furita- itd) . Na koniec usłyszałam dość dużo komplementów na temat mojej osoby (ze mówię ciekawie i ładnie się wysłamiam ^_^) , wiec dobrej myśli jestem. Wydaje mi sie dość mocno, że mnie chcą, bo tak mi więcej o tej pracy powiedzieli, poprosili, bym wysłała konspekt przykładowego szkolenia, jakie bym przeprowadziła i wykazali całkowite zrozumienie dla okoliczności sesji (i nawet podziękowali, że w お忙しいところ przyjechałam itd). Ino nadal jestem ciekawa, ile jeszcze osób maja chętnych na tą pracę. >_< I tak jestem dobrej myśli i to ja dostane ta pracę! Yosh~~! Gambare~~i
Potem zaliczyłam błyskawiczne zwiedzanie Wrocławia i faktycznie ładnie tam, jako i ludzie gadają. Niestety popełniłam zasadniczy błąd: nie sprawdziłam sobie na wiki, co w tym Wrocku tak właściwie jest do zobaczenia... więc zaszłam ja na rynek, do bazyliki św. Elżbiety, zobaczyłam sukiennice, przespacerowałam się po okolicy i tyle mnie tam było.
A już w Krk spotkałam się z Piotrusiem i Adamem, którzy byli przejazdem w Krk, w drodze na mecz do Wiednia. Więc najedliśmy się najpierw w Chaczapuri (chyba pierwszy raz udało mi sie tam zjeść wszystko, co mi na talerzu podano), a potem jeszcze zliczyliśmy kolejne piwko w Pauzie. Yappari, uwielbiam mieć gości ^___^

poniedziałek, 9 czerwca 2008

あぁぁぁ

Cały weekend uczę się robić naleśniki. Dobieram różne proporcje wody i mleka, mleko sprawdzam i takie z kartonu, i z woreczka (Anka twierdzi, że koniecznie musi być z worka), różną gęstość ciasta, smażę na suchej patelni, na maśle, na dużym ogniu, na małym, złotego środka znaleźć nie mogę. Głównie chodzi mi o to, że naleśniki wychodzą trochę sztywne i się łamią przy zwijaniu, są smaczne i cienkie jak trzeba, ale to jednak nie do końca to. Ja chce naleśnika doskonałego! Ale kolejny raz się potwierdza- ja to się nadaje do miecha i zup, rzeczy mączne i słodkie to nie moja działka.
Opracowałam też nowy danie z piersi kurczaka- z ponzutare ^_^ Ale sos się skończył, więc więcej nie będzie.

Spojrzałam sobie w kalendarz i się zestresowałam, jak zwykle gdy patrzę w kalendarz. Do wtorku się uczę chińskiego, do tej pory się nie uczyłam, bo pisałam referaty, tłumaczyłam, i jeździłam po Krakowie. We wtorek przygotowuje się do prezentacji na środę i w śr. jadę do Wrocławia, a po Wrocławiu jeszcze zabawiam gości. W czwartek umieram, ale idę do szkoły, wracam jest 18, pewnie będę musiała się zdrzemnąć. Nie pouczę się. W piątek po szkole mam dentystę, potem lekcje, potem imprezę u Fu. W sobotę śpię do południa, mam lekcje, coś ugotuje i posprzątam i już jest późny wieczór. No i zostaje mi 5,5 dnia na naukę Sakamoto (ostatnio 8 dni nie starczyło >_<), a potem 2,5 dnia na Uryuu (a w miedzy czasie tez mam kilka rzeczy do załatwienia), to jest absolutnie nie do zrobienia T_T 絶対無理!Czemu nikt nie mnie słuchał, kiedy chciałam później exam mieć?! T_T
It’s time for me to die.
Całe szczęście tym razem nie muszę nic zdać. Wrzesień powita mnie z otwartymi ramionami. Nie ma szaleństwa jak w zeszłym roku, examy, absolutorium, obrona, składanie papierów bez szans na poprawki jesienią. Teraz… nie muszę nic zdać ;D
Ale i tak mnie to przeraża. Przeraża tak bardzo, że aż widziałam dziś nadprogramowy odcinek dramy, by uciec od tych strasznych myśli! No i znów będę się czuć jak ostatnia 馬鹿。

niedziela, 8 czerwca 2008

mieszkania w Krk

Jestem zdrowa! Po kolejnej wizycie u lekarza, tym razem w związku z eleganckim okazem wysypki (pielęgniarka robiąca zastrzyk- tak, aż dostałam zastrzyk, w tyłek T_T- była pod wrażeniem, lekarz miał minę: „było by z tego dobre zdjęcie na wikipedię”), po wspomnianym zastrzyku, który przynajmniej faktycznie dużo pomógł, sporej dawce jakichś sterydów >_< i leków przeciwalergicznych jestem zdrowa.

Teraz mam nową zabawę, szukanie mieszkania. W tym tygodniu codziennie byłam oglądać pokój albo i dwa. Od Huty po Ruczaj. I powiem wam, wiele się w tej materii (mieszkań studenckich) zmienia. Jako, iż na pierwszym i drugim roku miałam nieco przejść z mieszkaniami, w tematyce jestem biegła. Po pierwsze standard- prawie wszystkie mieszkania są odnowione, pokoje odmalowane, plastikowe okna, łazienka po remoncie. Coraz więcej ofert jest nowym budownictwie, w naprawdę ładnych, komfortowych mieszkaniach, dobrze wyposażonych. Mieszkania bez pralki i netu są już naprawdę wyjątkiem, za to coraz częściej na wyposażeniu jest mikrofalówka i zmywarka. Zmniejszają się różnice cenowe- ogólnie mówiąc wszystko jest drogie -_-; Ale jak widzę jeden pokój za 600zł w bloku z płyty, można wygodnie mieszkać, ale nic specjalnego, albo za 700 w nowym bloku, na podłogach panele, meble Ikea-style, nowiutkie sprzęty, czysto, przestronnie, ciepło, położenie mniej więcej takie samo, to się zastanawiam, kto chce taki pokój za 600… ja wolę dopłacić i mieszkać w naprawdę super mieszkanku. A na obrzeżach Krk, gdzie pobudowano teraz sporo nowych osiedli to i nawet taniej można. Za to czasami mnie dziwi, jak małe pokoje robią w mieszkaniach- kto wymyśla taki układ, żeby pokój miał 7m2?! A nie brakuje takich! Jak szukałam lokum jakiś czas temu, to głównie były pokoje 2-3 osobowe. Teraz jedynki stanowią blisko połowę ofert i jest z czego wybierać, jeśli ma się odpowiedni budżet, oczywiście. Zaś pokoje 3-4 osobowe są już rzadkością. Coraz mniej jest „prawdziwych mieszkań studenckich”. I dobrze! A wszyscy szukają „spokojnych i niepalących” :D Dziwne!
Ja, mam nadzieję, w końcu znalazłam: zaraz przy miasteczku studenckim, skrzyżowanie Piastowskiej z Lea, nowy blok. Panele, plastikowe okna, ładna łazienka (+pralka)- jak to w nowym budownictwie. Nowe meble, w przedpokoju duża szafa. Jasno, przestronnie. 2 pokoje, w drugim robiąca bardzo dobre wrażenie przyszła współlokatorka- Białorusinka (świetnie mówi po polsku). A jej obecna współlokatorka, to Japonka z tokijskiej polonistyki ucząca się tu przez rok. Ona właśnie stąd wyjeżdża i ja będę na jej miejsce. No w każdym razie przyszła współlokatorka ma już zaszczepioną miłość do Jpn ^_^ i więcej japońskich znajomych niż ja. Największa zaleta mieszkania: za wakacje muszę zapłacić tylko 370zł. Bo właściwie wszystkie oferty są od lipca i rzadko można się dogadać z właścicielem, żeby przez 3 wakacyjne miechy, gdy pokój stoi pusty, można było płacić połowę. Nie te czasy. Więc jak sobie policzyć, dajmy na to 600 zł miesięcznie, to za same wakacje wyjdzie 1800, doliczyć to do czynszu za 9 mies. gdy się faktycznie tam mieszka i wychodzi, że się płaci 800 zł, a nie 600… Nieco przekracza to moje możliwości, i na pewno nie mam ochoty płacić za nic, za „przetrzymanie”. No i się udało. 600+ rachunki, za wakacje prawie nic- w porównaniu z resztą ofert. A do tego wysoki standard i dobra lokalizacja :D Oby nic nie wypadło…

sobota, 31 maja 2008

jest lepiej?

Dzisiaj wreszcie jest zauważalna poprawa mojego samopoczucia. Przez ostatnie 1,5 tygodnia byłam chora. Ale jak chora!!! Przebyta w młodości zapalenia płuc/oskrzeli to było nic, w porównaniu do tajemniczej choroby j06 - zapalenie gardła, albo migdałów, albo angina- nie wiem, bo lekarka nie powiedziała mi, co mi jest, tylko w książeczce zdrowia zapisała j06 i tyle. W ogóle to jakąś beznadziejna ta kobieta była, ani nie osłuchała, ani o gorączkę ni zapytała, spojrzała w gardło „no tak, takie bakterie, ze dają takie białe…” Ale od początku, zaczęło się standardowo, od kataru, utraty smaku i lekkiego bólu gardła. Ból gardła się nasilił i cukierki na gardło nie pomagały nic a nic. Jak w ubiegły piątek wstałam i poczułam, że jest jeszcze gorzej, postanowiłam looknąć, co mi się z tym gardłem stało. Rozdziawiłam paszczę, patrzę- a moje gardło jest… BIAŁE >_< I wyglądało dość bardzo obrzydliwie, bardzo, bardzo. Porównywalne do najciekawszych kadrów z amerykańskich seriali medycznych. Kwintesencja "fuj". Na początku to aż starałam się nie przełykać, bo myśl, że to białe dotknie przy przełykaniu tyłu mojego języka nie należała do miłych. Pobiegłam do lekarza, ale w długi weekend przychodnia nie czynna, pojechałam do przychodni dyżurującej, a tam ta dziwna lekarka. Zaczęłam brać antybiotyk, ale w sobotę jeszcze większa cześć mojego gardła zrobiła się biała, a po antybiotyku chciało mi się rzygać. I tak cały tydzień, z masakrycznym bólem gardła i myślami „niech mi ktoś zrobi eutanazję”… Dziś jest naprawde lepiej, prawie mnie nie boli jak przełykam, białe powoli zaczyna schodzić, nie mam spuchniętego gardła, ani tego dziwnego kwaśnego posmaku, antybiotyk się wczoraj skończył, więc nie jest mi też niedobrze. Ale… żeby nie było tak fajnie- teraz mam wysypkę XD Mam nadzieję, że to jakaś reakcja alergiczna na leki, a nie nowa choroba, bo chyba nie przeżyję.

A wieczorem idziemy do Pućka oglądać film z 小栗旬em *_*. "Zbuntowani 高校生e w ich artystycznie niedopiętych 制服,z poobijanymi buźkami i ogólnie bijący sie cały czas, i paradujący w swoich 制服..."- cytat za Kasią. Ja to bym w życiu takiego filmu nie obejrzała, gówniarze, bójki i kino akcji to nie mój typ, ale japońscy ciacho-licealiści w swoich szkolnych mundurkach- to zupełnie zmienia postać rzeczy ^_______^ Ale i tak robie to tylko dla Oguriego^^v Tak więc będziemy oglądać ciacha i jeść pizzę. Albo na odwrót XD
W ogóle to jakoś za dużo tych filmów. W poniedziałek na przykład byłam w kinie. Ja- na filmie- w kinie. ...kke?! A jednak! i to jeszcze nowość (no dobra, już nie taka nowość, ale nowość u nas) od Miike Takashiego "Sukiyaki Western Django". Bardzo polecam, świetny film, warto sobie ściągnąć (nie będzie on powszechnie grany w kinach). Trochę się bałam, że będzie to głupia parodia, albo wręcz pastisz (twórczość Miikego zdecydowanie mnie nie pociąga na co dzień), a trzymaczem dostajemy japońska wariacje na temat spagetti westernu, sporą dawkę inteligentnego humoru, dużo japońskich i westernowych "smaczków", zgrabne nawiązania to japońskiego kina, estetyki i historii. Cały film jest zaś w engrishu, czyli że japońskie ciasteczka mówią, ekhem, starają się mówić znaczy się, po angielsku. Wiec oprócz, i tak, zabawnych scen i dialogów, mamy dodatkowy efekt komiczny w postaci engrish. W kinie wszyscy się śmiali. W jednej z ról: Quentin Tarantino, wielbiciel Miike. A na ekranie ciach bez liku! (to dlatego żeśmy poszły- pospolite ruszenie japonistyczne- chacha na dużym ekranie rzecz rzadka). A i jeszcze Oguri (z filmu dzisiejszego) też tam grał ^^v
A dostałyśmy co więcej niż tylko ciacha^^ Nium, dobry film, dooobry^^

wtorek, 20 maja 2008

Nie jest dobrze. Nawet 2-tygodniowe intensywne wakacje nie pomogły. Nie chce mi się uczyć. Wiadomo, że nigdy nie byłam szczególnie pilna, czy coś, ale robiłam co należy; to niezbędne minimum. Teraz jest inaczej. Teraz mi się naprawdę nie chce, teraz czuję się bardzo źle, kiedy myślę, że mam zrobić coś do szkoły. W zeszłym roku tez miałam taki okres załamki, ale objawiał się on zupełnie na odwrót. Nie chciało mi się chodzić do szkoły, siedzieć na lekcjach, sporo opuszczałam. Ale przychodziłam do domu i robiłam co było do zrobienia, nadrabiałam jakieś zaległości. Bez większego narzekania, tylko z myślą, że mogłabym sobie dramkę w tym czasie zobaczyć. Teraz jest inaczej- mogę iść do szkoły, posiedzieć na lekcji, nawet wykazać odrobinę aktywności, zagaić rozumowe z sensejką, dorzucić swoje 3 grosze w dyskusji, siląc moją japońszczyznę nawet. Ale jak przychodzę do domu- chciałabym zupełnie zapomnieć! Że jest szkoła, że japoński, że krzaki, że znów mamy jakiś badziewny text do przetłumaczenia- zrobię go na „odwal się” więc absolutnie nic mi to nie da i zmarnuje 2 godziny. W domu chce być w domu, japoński zostawić za progiem, nie myśleć o nim. W tych programowych godzinach, w murach japonistyki, spoko, mogę zrobić, co do mnie należy, ale pliz, zostawcie mnie w spokoju w domu T_T Co nie znaczy, że z własnej woli nie skrobnę czasem jakiegoś maila po japońsku, nie przeczytam textu z jakiegoś kolorowego japońskiego magazynu, nie przeczytam wszystkich znanych mi blogów o Japonii, czy nie obejrzę programu japońskiej TV. Chce Japonii, nie chce się już uczyć japońskiego. Jeszcze, żeby to przynajmniej jakieś efekty przynosiło, ale jakoś postępy mam mizerne…
Chciałabym już umieć i wykorzystywać to for fun only~~~
A na domiar złego właśnie zjadłam ostatnie ciastko jakie przywiozłam z Japonii.

niedziela, 18 maja 2008

ただいま~~

Wracam sobie z Kopenhagi, cudownych 6-dniowych wakacji, które pozwoliły mi na trochę zapomnieć o trudach codzienności ;D Wracam nie patrząc optymistycznie w przyszłość, bo sobie zrobiłam niezłe zaległości, powagarowałam i jeszcze sesja idzie.

A tu miła niespodzianka. Po pierwsze, w szkole nie gambarowali za bardzo i moje zaległości są nieco mniejsze niż się spodziewałam. Środowy wieczorny wykład mi odwołali, więc mogłam odespać spokojnie podróż. W czwartek pan Fu nie zrobił nam w końcu lekcji- pogadaliśmy trochę i powiedział, żebyśmy sobie słówka sami powtarzali (kiedy mu wprost powiedzieliśmy, że nie chcemy się uczyć). I jeszcze się z nim na imprezkę na początku czerwca, umówiliśmy ^____^ YEY *_*!! Panią Uryuu udało się nam namówić (przyznam, iż nie wierzyłam, że da radę) żebyśmy poszli na festiwal nauki, bo tam nasza nihongakka też miała swoje stoisko. Pogoda był piękna do tego. Pani Kozyra przywiozła 2 filmy do obejrzenia, więc z 3 lekcji odbyła się jedna, a resztę czasu oglądaliśmy. I na szczęście było to na najmniej lubianych przeze mnie zajęciach z tłumaczenia^^ A jeszcze filmu nie skończyliśmy, więc i na następnych zajęciach chwilkę to zajmie. Film był samurajski, czarno-biały, Kobayashiego . Jak zobaczyłam, że czarno-biały, to od razu zaczęłam szukać jakiejś innej rozrywki, bo czarno-białych filmów nie tykam. Niemniej jednak robić nie było co, pójść też nie mogłam i jak zaczęłam oglądać, to mnie nawet wciągnęło. Z chęcią zobaczę zakończenie. Na którychś zajęciach ktoś podłapał moją i Ani rozmowę o filmie yaoi live (nooooo proooszę, jaki wybiórczy słuch; my japonistki jesteśmy po prostu okropne, sesesese), i w pół godziny została skrzyknięta imprezka u Kasi, tuż po lekcjach tego samego dnia, w celu obejrzenia rzeczonego filmu, najedzenia się pysznych rzeczy i skonsumowania umeshu (miodowego! ^_^) , przywiezionego przez gospodynię prosto z Dżapanu. A to tego towarzystwo było bardzo nietypowe jak na zaistniałe okoliczności~~! I tak po drodze zrobiłyśmy zakupy na spaghetti, i jeszcze winko, i Ania przywiozła winko ryżowe domowej roboty. Razem jedzonko ugotowałyśmy, wyszło 超おいしい, zjadłyśmy, polałyśmy winko i zasiadłyśmy przed monitorem. Film oglądany w towarzystwie okazał się znacznie zabawniejszy ^__~ niestety nie wszyscy dali mu radę ^^; Teraz mam zadanie znaleźć następny i zrobimy „imprezkę \filmową/ vol.2”.
W piątek były ostatnie zajęcia w tym roku z prof. K. Ostatnie zajęcia to zawsze dobra wiadomość. W nocy była Noc Muzeów. Tak trochę się nam nie chciało iść, trochę nie wiedziałyśmy, na co się zdecydować (nic nie krzyczało „zobacz mnie, zobacz mnie”), a jednak szkoda sobie tak po prostu darować. Na szczęście deszcz wybawił nas od dylematu i zostałyśmy w domu^^;

W sobotę byłam jako modelka (?! :D) na festiwalu nauki (bo to 3dniowy event jest) w yukacie, razem z Anią. Chciałam się wbić w moje cudne kimono, ale było goooorąco i jednak yukata się musiałam zadowolić. Ach, czego to się nie robi, żeby się przejść w yukacie po mieście, nawet na festiwal nauki swój wolny czas poświęca... Czarek obiecał, że zostawi nam jakieś japońskie jedzenie, ale nie zostawił, niedobry (wcześniej były jakieś degustacje, czy coś).

Jak już wracałam do domu, to zadzwoniła Marta, z informacji, że idziemy do klubu, i żeby reszcie przekazać, ale i tak byłyśmy tylko w trójkę. No to wróciłam do domu, zdrzemnęłam się, przebrałam i wyruszyłam powrotem. Plan był następujący: dyskoteka. Po dłuższym 悩み co by tu robić i przejściu się po kilku miejscach w końcu wyładowałyśmy w Kitschu. Kupiłyśmy piwko siadłyśmy przy stoliku i tak nam się fajnie plotkowało, że w końcu nie wiele się nam potańczyło. A jeszcze klimy tam nie ma i było potwornie gorąco. Na końcu wyładowałyśmy w Maku na dalszych plotkach :D

Ech, czasami może być wesoło^^

poniedziałek, 21 kwietnia 2008

SILLY GOD DISCO

Sempajki dalej gambarują i wczoraj była druga edycja SILLY GOD DISCO, bibki japońsko-rockowej :D Wyszło świetnie, ludzie dopisali (w tym sporo moich znajomych, np Kostanek, albo Miłosz), wszyscy się bawili. Jak przyszłam o 19.50 to impreza była rozkręcona, harce na parkiecie itd. Nie było chyba ani jednego kawałka, żeby ktoś nie tańczył. Fedzia jak zwykle z super wdzianku i jeszcze -bardziej-超super-100%-jrock-włosach^^, Marta w stroju Pikachu, Czarek w yukacie^^ A do tego JA, w moim najpiękniejszym na świecie kimonie ^o^ Aaaa, czułam się duść cudnie tam, zwłaszcza na początku, gdy byłam główną atrakcją^^ A jeszcze przychodzę, a tam przy naszym VIPowskim stoliczku siedzi Sakamoto先生. To miłe, że są wykładowcy, którzy chcą zobaczyć, co tam ciekawego porabiają ich studenci po godzinach (choć jak potem wyznała, dla niej to był hałas, a nie muzyka ^_~). Skorzystałam z okazji i pani Sakamoto została poproszona o "profesjonalne" zawiązanie 帯(pas), miałam więc naprawdę śliczną kokardę ^.^ Razem z pokemonem tworzyłyśmy niezły duet^^
Potem było dużo ダンスダンスダンス, które wymagało nieco wysiłku i skupienia w kimonie i zori (klapki-japonki noszone do kimona). Nie zabrakło też teledysku KAT-TUNów (mam nadzieję, że stanie się to tradycją na SGD^^) a więc i Kame-chana na dużym ekranie.
A na dobre zakończenie nocy spóźniłam się na mój nocny... ^^;

sobota, 19 kwietnia 2008

kiedy jedziesz do Chin...

Kiedy jedziesz do Chin, pamiętaj o 2 rzeczach.

1. Jajka kupuje się tam na wagę, a nie na sztuki >_<

2 Jeśli dwie osoby różnej płci idą do kina, to jest to na 100% randka. Jeśli chłopak pyta dziewczynę, czy pójdzie z nim do kina, to znaczy, że chce się z nią umówić. Proste?! Chociaż wyjście większą mieszaną grupa do kina może jeszcze ujść za „neutralne”. Pan Fu nie mógł pojąć, że na przykład pozwoliłybyśmy iść swojemu chłopakowi do kina z inna dziewczyną. Argumenty w rodzaju „Skoro ten film mnie zupełnie nie interesuje, a on chce go zobaczyć, to czemu nie miał by iść kimś innym, na przykład z koleżanką” nie trafiały doń zupełnie (a robił przy tym genialną minę wyrażająca bezbłędnie „nie wierzę i nigdy nie uwierzę”). Jednocześnie dwoje ludzi może iść razem na obiad (o ile to nie będzie jakaś fancy romantyczna restauracja) albo na kawę czy piwo na stopie koleżeńskiej. Ba! Mogą nawet mieszkać razem jako współlokator lub współlokatorka (i nic więcej)- jest to do przyjęcia. Wyobraźmy sobie więc taką scenę. 2-pokojowie mieszkanie, on w jednym pokoju, ona w drugim (w jednym pokoju to byłaby przesada), wczesny wieczór, nic ciekawego w TV, jednym słowem nuda. Współlokatorzy myślą, co by tu zrobić. Ha! Chodźmy na film! Zobaczmy co tam w kinach grają.
Ha! Zaraz, zaraz, nie tak szybko! Nie da rady.
Cóż maja zrobić nasi biedni znudzeni studenci?! Pan Fu ma szybką (błyskawiczną wręcz) odpowiedź: pożyczyć film na DVD i obejrzeć w mieszkaniu. Widzicie, jakie to proste i oczywiste rozwiązanie. Broń boże kino!

Nie wiemy, jak to działa, ale domyślamy się, że chodzi o to, że w kinie jest CIEMNO, co samo w sobie, widać, prowokuje niemoralne zachowania.

Właśnie się zastanawiam, co się dzieje, jeśli brat z siostra idą tylko we 2 do kina… kazirodztwo?!?!

No ale za to randkowanie jest łatwe, wystarczy zapytać 跟我一起去看=„Może byśmy poszli do kina” (co na polski tłumaczy się „Może byśmy poszli na randkę”) i wiadomo o co chodzi^^ (no, pierwsze naprawdę praktyczne zdanie w tym naszym podręczniku)

Co kraj to obyczaj

czwartek, 17 kwietnia 2008

co tam w szkole, dziecko

Dziwne, ale ktoś się upomniał, że nic nie piszę, więc piszę. To jest tak, że jak coś się dzieje i jestem bizi, to nie mam czasu pisać i piszę, jak jest nudno. Ale wtedy powstają nudne notki -_-; Jak dziś.

Wczoraj skończyliśmy tłumaczyć tego przebrzydłego Lemona
(chyba jeszcze nie dawałam linka do tego, co za błąd ;D, sami możecie się przekonać, co to za bleee, moje beznadziejne tłumaczenie mogę udostępnić mailem ^_~;). WRESZCIE, bo dłużej bym nie zdzierżyła. W sobotę miałyśmy nawet małe spotkanie naukowe z Anią, żeby sobie wzajemnie popoprawiać nasze wersje i wspólnie zrobić ostatni kawałek. To znaczy dla mnie głównym punktem spotkania było pieczenie ciasteczek i ta cześć w sumie zajęła nam więcej czasu niż Lemon, ale możemy i tak przyjąć, że ciężko gambarowałyśmy ^_^ A ciastka wyszły super. A jeszcze zrobiłyśmy trochę nie korzennych tylko z zieloną herbatą (yep, tylko ja mogę wpaść na taki pomysł). Herbaciane ciasteczka wyszły średnio- takie były moje wrażenie, ale jak korzenne się skończyły 2 dni później i zaczęłam jeść te zielone, to jednak wydały mi się równie pyszne. Yey ciasteczka!

Poza tym Pan Chińczyk ostatnio ma humory i kompleksy, więc dziwnie jest na zajęciach; na krzaki nadal chodzi jedynie garstka ludzi; na Uryuu ciągle mamy quizy, prof. K nadal przyjeżdża nie częściej niż raz w miesiącu; prof. Pączek też miła przyjechać do nas (właściwie to przylecieć), ale nie przyjechała ani w zeszłym ani w tym tyg. (yey niemieckie konferencje naukowe). Nawet na zajęciach prof. Kozyry był ostatnio lajcik, bo w zeszły tygodniu (tak jak i 2 tyg. wcześniej) oglądaliśmy film o różnych matsuri (światach i festynach shinto) na monografii, potem był referat Marty, wiec wystarczyło być obecnym tylko ciałem a nie duchem, a na tłumaczeniach oglądałyśmy „Życie Oharu” film (strasznie stary, brzydki, nudny, a co najgorsze czarno-biały) na podstawie książki, o której Marta pisze. No ale lepszy choćby najnudniejszy film niż tłumaczenie. A jeszcze w tym czasie była obrona jakiejś magisterki i pani profesor oczywiście była w komisji, więc nas zostawiła z tym filmem. On sobie leciał, a my plotkowałyśmy :D. A w tym tygodniu powtórka z rozrywki. W prawdzie na monografii tym razem był już normalny wykład (robimy japońska mitologię i jest całkiem ciekawie, nawet coś tam pamiętałam z wcześniejszego wykładu i odpowiedziałam na jakieś pytanie! hahaha!), ale potem był referat drugiej Marty (dość krótki) i do tego film (yey!), i to dość ciekawy (!). To też był bardzo stary i pierwotnie czarno-biały film, ale Marta miała jego zremasterowaną cyfrowo, pokolorowaną wersję i… I was impressed, I must say. Stare czarno-białe filmy nie są takie złe, jak się okazuje, jeśli tylko nie są… stare i czarno-białe ;D A tu odwalili kawał dobrej roboty. Ach, ta dzisiejsza technika. Mam nadzieje, że mi Marta pożyczy i obejrzę całość. Problem jest tylko jeden. To jest oczywiście po dżapańsku- tylko że w dialekcie Wakayama T_T I nie ma napisów, nawet japońskich (kto w ogóle wydaje DVD bez jakichkolwiek napisów?! >_<). A na tłumaczeniach dalej oglądaliśmy „Życie Oharu”. Ach, jak dobrze się poobijać niekiedy…

Czuje się jak dziecko, które wraca ze szkoły i zdaje mamie relacje, jak było. ^_^"

środa, 19 marca 2008

Farewell party

2 dziołszki z mojej grupy dostały pracę w Dżapanii. Najpierw będą mieć jakieś szkolenie, a potem jadą- jedna w kwietniu, druga w maju. Sayonara-party dla tej pierwszej musiało sie więc odbyć i to natychmiastowo, bo potem wszyscy na święta wyjeżdżali. Więc w kawiarni na "lekcji" z Sakamoto w ciągu 5 minut zostało ustalone, że wieczorem mała bibka się odbędzie. Wcześniej zorganizowanie czegoś nawet z tygodniowym wyprzedzeniem kończło się najczęściej niczym. Sasuga sempajki.

Było miło bardzo i wesoło bardzo. Sporo wina, trochę dziwnego alkoholu domowej roboty (ostatnio ilość alkoholu domowej roboty w moim otoczeniu wzrasta- a to wino od Kacpra, a to ryżowe wino Anki, teraz ta nalewka, po drodze tyko ominął nas obiecany ajerkoniak Fedzi...). Najlepsze w tym zaś było umeshu (!!!), którego resztka się gdzieś uchowała (osobiście uważam to za wręcz niewiarygodne, by umeshu mogło sie gdziekolwiek uchować......... w sumie to wręcz niedopuszczalne ;D). Nasza gospodyni spóźniła się tylko godzinkę, bo musiała do fryzjera iść (przed Nihonem trzeba się wszak zrobić, by poderwać tego syna prezesa- za co toastów wiele zostało wniesionych). Fryzura wyszła bardzo udana, a fryzjerce należą się brawa, bo dostała wydrukowane zdjęcie j-rockowego muzyka (średnio wyraźne) i hasło "tak ma być" :D
Potem znów przeglądałyśmy różne gazety z bogatej kolekcji, nie obyło się bez teledysków z ciachami, ploteczek, wspominek i planowania jak najszybszego wyjazdu do Jpn... Jadłyśmy czipsy i ciastka- standardowo, oraz pyszne i błyskawiczne w przygotowaniu spaghetti- niestandardowo (muszę je wypróbować też^^). Odbyło się sto (bardzo niedyskretnych) pytań do... Fedzi. Itd. Miałam wracać ostatnim tramwajem o 23, co bardzo staranie zaplanowałam, wiec pojechałam oczywiście nocnym o 3.00 ^_^

wtorek, 18 marca 2008

sensei, nie chcemy się uczyć, chodźmy na kawę!

No takie dni jak dziś, mogłyby być codziennie. Zajęcia na 11, jak w każdy wtorek. Na Uryuu przygotowywaliśmy się do タスクi analizowaliśmy różne wykresy i grafy. Lepsze to niż nudna czytanka z 1000nowych krzaków i słów.
Powiedzieliśmy Panu Fu, że nie chcemy zajęć i byśmy poszli gdzieś, z okazji Easter i tego, że jedna koleżanka wyjeżdża, i w ogóle. Tak naprawdę to nie musiało być przecież żadnego powodu ;D Pan Fu się zgodził ochoczo i pomaszerowaliśmy do Starego Portu- to już chyba taka tradycja^^. Nim wszyscy zajęli miejsca, poszli kupić sobie kawę/czekoladę/ herbatę, whatever, poczekali na swoje zamówienia przy barze, zajęło to sporo czasu. Ja akurat postanowiłam pójść kupować, jak wszyscy wrócą. Więc siedziałam sobie tuż obok pana Fu, ale tak tuż tuż tuż… I on mnie popukał po ramieniu (kyaaa!) i zaczął ze mną gadać. Kiedy się zaczynają wakacje, co mam zamiar robić itp., a potem, że on jeszcze raz będzie jechał do Gdańska, bo jego rodzina przyjedzie (no tu mi się akurat 3 razy smutniej zrobiło ;D) i że będzie chciał, żeby mu pomóc wynaleźć jakieś miejsca do spania i do zwiedzania. Ale chodzi mi o to, że tak sobie gadaliśmy we dwoje tylko, nie na forum klasy, nie jako część grupy przy stoliku czy na imprezie, nikt nas nie słuchał… Tyko ja i on ^_^ siedzieliśmy sobie bliziutko, on patrzył mi w oczy, ja jemu. Ach… to było niemal metafizyczne!
Potem wszyscy wrócili do stolika i gadałyśmy sobie o kolorach włosów, farbowaniu, wyjazdach do Japonii i plotkowałyśmy, a Pan Chińczyk, Paulina i Czarek gadali o polityce. Taki uroczy podział mieliśmy ^_~

A potem miał być japoński, ale namówiliśmy panią Sakmoto, żebyśmy poszli na kawę (イースター、イースター) i się, ku mojemu zaskoczeniu, od razu zgodziła. A jeszcze jej powiedzieliśmy o godzinach dziekańskich jutro i się ucieszyła bardziej od nas chyba :D (A ja się ucieszyłam 2 razy nawet. W ogóle to nie wierzyłam, że dostaniemy te godziny, a tu przychodzę do szkoły i wisi kartka, że w środę od 13, i dopiero potem ktoś powiedział, że po świętach też jest wolne, do 13, czego ja nie doczytałam, więc się mogłam ucieszyć ponownie drugą dobrą wiadomością ^_^). Panią Sakamoto zabraliśmy tym razem do Dyni, a ja usiadłam blisko niej, żeby móc dobrze słyszeć i z nią gadać, taka byłam pilna, o! Jednak była dość zmęczona, przez co mniej gadatliwa, niż zwykle, i nie było żadnych „naukowych” słówek na dziś. Za to się dowiedziałam wreszcie, do czego służy 抹茶 (rodzaj sproszkowanej zielonej herbaty) z solą, której kiedyś użyłam by zrobić macchowe lody, bo nie doczytałam na etykietce, a nie przyszło mi do głowy, że to można z solą pomieszać. Otóż dodaje się to do tempury jako posypkę!

Po szkole pojechałam zaś na zakupy, ale to były chyba najgorsze zakupy w tym roku. Nic nie kupiłam prawie, nawet jedzenia, bo po drodze, w tramwaju, gdy rozmyślałam tak, że nam trochę tego wolnego dali, to pomyślałam, że może jednak pojadę do domu na święta… no ale wtedy nie było już sensu kupować kilogramów jedzonka jak zwykle…

A zaraz muszę ruszać na pożegnalne party Pućka! Choć ogóle to już padam na pyszczek ze zmęczenia.

poniedziałek, 17 marca 2008

どこをどう歩いたのだろう„Gdzież i którędy to ja nie chodziłam” w tym tygodniu, że zacytuję Lemona (檸檬,Kajii Motojiro), którego tłumaczymy obecnie na zajeciach, i którego skutecznie zdążyłam znienawidzić. (Jeśli pamiętacie jeszcze z liceum „Sklepy cynamonowe” Schultza, to to jest podobny klimat i czasy… tłumaczy się baaaardzo niefajnie)

★Moja nowo-zakupiona klawiatura okazała się beznadziejna i musiałam kupić nową. A że miałam bardzo surowe wymagania, to wynalazłam inną w sklepi hen daleeeeeeko. Tak więc poniedziałek upłynął mi na podróży na Daleką Północ (tak daleko na północy Krk to ja jeszcze nie byłam), do miejsca, o którym sądziłam, że tam żadnej cywilizacji być nie może… Nie myliłam się aż tak wiele, bo mym oczom okazało się… wielkie blokowisko rozciągające się aż po horyzont, choć ku mojemu wielkiemu zdziwieniu dojeżdzały tam nawet tramwaje, ale tylko takie nie jeżdżące do centrum, o egzotycznych numerach jak 16 (no widzieliście kiedy tramwaj o takim numerze w Krk?!). Klawiaturę kupiłam fajową (też taką malutką) i tanio. Jedyny mankament (dopiero dziś spostrzegłam): nie ma prawego crtl! No i nie mogę teraz zamieniać języka z jap. na pl z klawiatury, tyko musze myszką klikać na pasku języków T_T. W moim przypadku to dość ważna funkcja była, ale ustawię sobie jakiś inny skrót klawiszowy potem i dam radę.
Przy okazji wyprawy na Północ, byłam w Lidlu. A trzeba wam wiedzieć, że Krk to nie jest cywilizacja jak 3miasto i znaleźć Lidl to nie jest prosta sprawa (każdy Lidl w Krakowie jest oddalony od mojego mieszkania o ponad 30 minut jazdy tramwajem). Więc skoro już jechałam po tą klawiaturę a po drodze był Lidl, to postanowiłam wykorzystać okazję. (Jakieś 3 tyg. temu, także dzięki Lidlowi zwiedziłam inną część Krakowa hen daaaaleko, tylko na innym krańcu miasta. Wycieczka krajoznawcza, nie ma co…).
Zapytacie: a o żeś się kobieto uparła tak na tego Lidla?! Otóż zakochałam się w tajskim jedzeniu z Lidla (robienie tego dinner party z tajskim jedzeniem w ferie to był genialny pomysł) i miałam wielką nadzieję, że jakimś cudem dostanę jeszcze trochę zupek curry wszelkiego rodzaju, i ryżyk curry też. Niestety. Poza tym mają tam (i tylko tam, zdaje się) moją ulubioną czekoladę, więc z rozpaczy po braku zupek (na szczęście ostała mi się w domu ostatnia puszka z poprzedniej wyprawy, będzie na jakąś Specjalną Okazję) kupiłam sobie kilogram tej czekolady. Miałam plan najeść się jej, aż mi będzie niedobrze, ale w końcu się opanowałam ^_~

★ Zrobiłam coś naprawdę strasznego, zaczęłam grać w internetowa grę! Buduje się cywilizację, handluje i podbija innych. Przypomniało mi się Age of Empires, w które dawno temu grałam, 懐かしさmnie naszła i się (o ja głupia!) zapisałam. I teraz gram! Godzinaaami~~ Tyle lat opierałam się grom, wiedząc, jak łatwo daje się w nie wciągnąć. Wystarczyła chwilka nieuwagi… i gram >.> Mam nadzieję, ze szybko mnie ktoś podbije i nie będzie mi się chciało odbudowywać. Bo to zjada mój dramowy czas.

★W środę przyjechała na naszą nihongakkę dr Pączek (Donath, hihi) i musiałam siedzieć na jej nudnych zajęciach słuchając jej angielskiego z koszmarnym niemieckim akcentem (to dla mnie prawdziwa tortura). I jeszcze te zajęcia o takich beznadziejnych godzinach. Potem poszłam z Anka na obiad na chińskie jedzenie ^____^ W drodze powrotnej złapał nas deszcz. Nie deszcz… uleeeeeewa! I potem siedziałam taka przemoczona wieczornym wykładzie z translatoryki T_T W sumie to wyszłam z domu o 9 a wróciłam o 20.30 Kto nam tak ten plan ułożył T_T

★★★ Punktem kulminacyjnym tygodnia było czwartkowe j-rock party organizowane przez sempajki. Muzyczka, ploteczki, teledyski na dużym ekranie (=j-rockowe ciacha), w tym jeden zupełnie nie j-rockowy specjalnie dla mnie *_* ありがとう!A jeszcze się przy okazji z ex-żoną spotkałam. Imprezę zniosła dzielnie^^ Spotkałam się tez z Atsuko, która teraz kończy tokijską polonistykę, studiowała tutaj 2 lata temu.


poniedziałek, 10 marca 2008

Była dziś u mnie Anka na chwilkę, zgrać sobie kilka odcinków dramki. Ach, jakże przyjaemnie patrzeć, jak uczeń dościga mistrza ^^ Dramowe uzależnienie, nad którym tak wytrwale pracowałam, objawia się w pełni i tak w niedzielny poranek (niektórzy twierdzą, że to już popołudnie) przebywa pół Krakowa na rowerku po ostatnie odcinki, bo po co czekać do wtorku :D Łezka się w oku kręci ^o^

Poza tym moja nowa klawiatura jest totalnie do niczego, ma dziwny układ alt i ctrl, i jeszcze jakieś głupie windowsowe klawisze i ciągle wciskam nie to co chce i dziwne rzeczy mi się dzieją >_< Wkurza mnie to tak, że chyba będę ją musiała oddać... A taka mała i słodka jest, gdzie dostanę taką drugą?

sobota, 8 marca 2008

Niebepieczne zwiąki

Maaa, same very bizi dni ostatnio 続けていく。

Wczoraj też, najpierw rano zajęcia z krzaków na które przyszły 3 osoby…

Potem zakupy Kasią-sempai. Ja wprawdzie wyszłam z nich jedynie z torebką (bo jakimś cudem udało mi się nie kupić kolejnego już czarnego żakietu; ale był piękny i myślę o nim nadal i kto wie, czy się nie złamię i nie kupię jednak; ale po co mi kolejny czarny żakiet?! -_-”), za to Kasia miała zakupy bardzo liczne, w tym wypatrzony przeze mnie emoszalik, czarny w różowe czaszki, za 4 zł. Bo jak wszyscy wiemy, jestem mistrzem promocji i w tej dziedzinie nic się nie zmienia. Na końcu wstąpiłyśmy do Reala, ale ze względu na Kasię nie chciałam odstawiać mojego zwyczajowego rytuału związanego z zakupami jedzenia, w wyniku czego zakupy trwały zadziwiająco krótko, ale też i nie kupiłam połowy potrzebnych mi rzeczy i pewnie będę się musiała wybrać jeszcze raz w poniedziałek.

Potem pojechałyśmy do mnie, ugotowałam zupę szpinakową (mój najnowszy wynalazek), na życzenie Kasi były też tamagoyaki (jap. omlety), potem przyjechała Ania. Byłyśmy w komplecie więc mogłyśmy zająć się jedzeniem. A jeszcze Ania przywiozła mi ciastka własnej roboty ^__________^ niezwykle pyszne, a do tego mają właściwości uzależniające i jak się zacznie je jeść, to nie można przestać. Aaaaa, dlaczego ja nie mam tu piekarnika, pięłabym te ciastka co tydzień chyba!

Kasia wróciła do domu, a my z Anią zajęłyśmy się główną atrakcją wieczoru, czyli filmem „Niebezpieczne związki” (Dangerous Liaisons). Naszło nas po obejrzeniu „Untold scandal” koreańskiej luźnej adaptacji tejże historii. Koreański film jest bardo dobry, choć znacznie by mu pomogło, gdybym nie wiedziała, że ma być adaptacją „Niebezpiecznych związków” , które to są filmem absolutnie genialnym, a kto wie, czy nie moim ulubionym, widziałam go już kilka razy wcześniej i za każdym razem tak samo mnie zachwyca (więc na ich tle „Untold skandal” odrobinkę blednie, ale odrobinkę tylko). Genialnie zagrany (aktorska śmietanka aktorska: Glen lose, Michelle Pfeiffer, Uma Thurman, Keanu Reevs, i mój absoluty ulubieniec John Malkovich jako Valmont, najbardziej niecny z mężczyzn, geniusz uwodzenia o spojrzeniu, któremu nie można się oprzeć). Oba filmy mają wspaniałe scenografie, kostiumy, muzykę i są świetnie zagrane. Dodatkowo bardzo mi się podobało jak klimat osiemnastowiecznej Francji przeniesiono do osiemnastowiecznej Korei, i jak przetłumaczono nie tylko akcję i dialogi, ale i kulturę w „Untold scandal”.

Miałam zamiar tutaj napisać coś więcej o obu filmach i mych refleksjach na ten temat, ale mam dramę do obejrzenia, a już późno bardzo… Więc powiem tylko, że oba filmy gorąco polecam (i mogę użyczyć), polecam również książkę-pierwowzór- klasyka francuskiego oświecenia, a jednak czyta się to znakomicie (jest wersja w tłumaczeniu Boya-Żeleńskiego^^), powieść, która w swych czasach została uznana a niezwykle niemoralną i wywołała obyczajowy skandal ^_^ Może jeszcze raz sobie przeczytam?

czwartek, 6 marca 2008

疲れた

Padam.
Rano zaspałam na chiński. Właściwie to nie zaspałam, ale jak zadzwonił budzik, to powiedziałam sobie- "aaaa, jeszcze 10 minut", a potem powiedziałam to jeszcze z 6 czy 7 razy i jak wstałam, to już nie było sensu na ten chiński iść. A miał być test (nasz laoshi wymyślił, że powinniśmy mieć czasem test, to może wreszcie się pouczmy tego chińskiego choć przez chwilę, i może z czasem będziemy potrafili się nawet przedstawić... po 2 latach nauki... ^o^). Na dodatek uczyłam się chwilę do tego testu (naturalnie jedynie z miłości do pana Fu, a nie z chęci nauczenia się czegokolwiek).
Na japońskim z Uryuu nuda jak zwykle, temat: 離婚率.
Potem było spotkanie z japońskimi studentami z Todaja (Tokyo Daigaku= Uniwersytet Tokijski, jedyny słuszny uniwerek w Japonii, marzenie każdej matki to syn studiujący na Todaju, ukończenie go daje jakieś 99,9% szanse zatrudnienia w Dobrej Firmie). Nie żebym tam się jakoś specjalnie rwała na to spotkanie, ale... mówiąc wprost: było w trakcie nudnych wykladów z dr. K (choć nie można im odmówić ogromu wiedzy przekazanej, wiedzy potrzebnej i pożytecznej) i można się było zwolnić. Wybór był oczywisty. Już na korytarzu obejrzeliśmy ich dyskretnie i komentarz był jeden- żadnego ciacha. byłyśmy jednomyślne. No ale ale, w końcu to studenci Todaja. (W sumie to się zgapiłyśmy, bo był tam jeden niebrzydki (do ciacha daleko, ale dałby radę, jakby go trochę zrobić) student prawa. A prawnik z Todaja= obrzydliwe bogaty mąż Japończyk ;D Taka szansa zmarnowana ;D)
Zaczęło się oczywiście od 自己紹介, bo bez tego żadne spotkanie z Japończykami odbyć się nie może. Powinnam chyba mieć wyuczoną jakąś regułkę na tę okazję, bo jednak kilka razy do roku trafia się temu podobny event i trzeba tą jikoshokajową szopkę odstawić, to mogłabym mieć jakąś zgrabną formułkę w zanadrzu. No ale jestem baka i nie mam. Musze sobie napisać normalnie i się nauczyć, mało pracy, a dużo by z tego pożytku być mogło, a i pierwsze wrażenie bym dobre robiła, tak dla niepoznaki.
Okazało się, że ci Japończycy przyjechali tu zobaczyć Oświęcim głównie. Sweet -_-;
Następnie podzielono nas na mniejsze grupki i mogliśmy sobie pogadać trochę. No więc przeprowadzałyśmy bardzo standardową dla takich okazji rozmowę i poszłyśmy na dalsze na wykłady. I tyle.

Po zajęciach poszłam do Kasi-sempai, bo później miałyśmy się spotkać z jakąś jej znajomą Japonką (event zupełnie niezlażny od wizyty studentów z Todaja), która się kiedyś polskiego uczyła. Przejrzałam Kasiową kolekcję mang i książek bardzo nieprzystojnych, kilka bardzo głupich gazetek dla japońskich chłopców o IQ poniżej 10 (te gazetki mnie rozwaliły, nawet jakby nie rozumieć żadnego krzaka, to można się uśmiać) i kilka innych ciekawych rzeczy^^
A potem wyruszyłyśmy na spotkanie z skośnookim^^ Dziołszki obie okazały się duść sympatyczne. Plan był taki, ze pójdziemy zjeść coś polskiego, ale pierwsza restauracja była zamknięta (eeeeeto, kto przy zdrowych zmysłach zamyka knajpę w centrum Krakowa o 19?!?!?), w drugiej nie było miejsc i tym sposobem wylądowałyśmy w Gruzińskim Chaczapuri. Objadłyśmy się strasznie bo pyszne było^^ Nawet sobie trochę pogadałam po japońsku. Bez ładu i składu, ale zawsze. Na koniec zabrałyśmy je do sklepu, gdzie im kupiłyśmy żurki i barszcze instant, przyprawę do wina grzanego (w Chaczapuri powiedziałyśmy im, że powinny spróbować i im zasmakowało^^), żółty ser, Kubusia, i słodycze w rodzaju ptasie mleczka, czekoladę Wawel^, delicje i jeżyki -> jako reprezentatywne polskie jedzenie. Uzupełniłyśmy to breezerami Sobieski (ta jedna nawet wiedziała, że to był nasz król!). Dziołszki jadą dziś pociągiem do Pragi, będzie im wesoło :D. Mam nadzieję, że dobrze zapamiętają Polskę i powiedzą wszystkim ja ponczykom jaki to cudowny kraj i że mają przybywać ^o^

No więc padam po dzisiejszym dniu. I nawet nie mowy, że ruszę palcem krzaki na jutrzejsze kolokwium. Wytarczy, że zdałam japoński we wtorek. P. Sakamoto miała mi wysłać wyniki SMSem wieczorem, ale oczywiście zapomniała, ale pozwoliłam sobie na napisanie jej maila z zapytaniem, to mi odpisała w nocy ^_^

A jutro na zakupy!

środa, 5 marca 2008

S-sensei w akcji, again

Miałam mieć dzisiaj exam z Sakamoto... Miałam, bo skończyło się tak, jak ostatnio kończą się wszystkie jej examy: ごめんね、忘れちゃった。(Przepraszam, zapomniałam). Więc semestralny shiken też zapomniała zrobić, a na następny termin spóźniła się tylko 45 minut >_< Well... Zgodnie z tą prawidłowością, jutro mogę rano nie wstawać :D
Ale tak serio, to co ta Polska z tych biednych Japończyków robi? Najpierw zaczynają się spóźniać, potem głowa do alkoholu się wzmacnia, a dalej jest już tylko z górki... zapominanie o examach, przychodzenie do pracy na kacu, wyostrzone poczucie humoru ^_^ Ech...

Teraz nie pozostaje mi liczyć na lenistwo p. Sakamoto (pewnie też nabyte w PL) i to, że nie będzie jej sie chciało nowego examu układać, tylko da mi stary. Kami-sama, plizzz. Bo już czuję, ze to co umiałam na dziś, skutecznie się ulatnia z mej głowy.

Anyway urządzam protest i nie robię dzisiaj absolutnie nic. Obejrzałam kawałek musicalu z Kame w roli główniej, co by sie na coś ślicznego popatrzeć. Kamechan tańczy, Kamechan śpiewa, Kamechan lata, półnagi Kamechan walczy... Czegóż chcieć więcej. Yey musicale!
A jeszcze byłam pod wielkim wrażeniem możliwości technicznych tego teatru, w którym grają ten musical. Scena obraca się to w jedną to w druga stronę, unosi się, opada, akacja więc dzieje sie niekiedy na dwóch poziomach; ruchome części, w rodzaju pomost, unoszą się gdzieś nad sceną i przesuwają nad widownię, więc Kamechan śpiewa tuż tuż nad głowami (sikających pewnie ze szczęścia) fanek. (Jak tak spojrzeć na widownie to prawie same panny, ciekawe czemu ;D ).
Jedna scena płynnie przechodzi w drugą, co chwila coś nowego. Telebimy, lasery, światełka, obrazy... A wszytko starannie zaprojektowane i wykonane, dbałość o każdy szczegół. さすが made in Japan. Kostiumy też udane (zwłaszcza jak na JE).
Aż zaczynam żałować, że się tym nie zainteresowałam, kiedy miałam okazję.

A poza tym była u mnie koleżanka, którą ostatnio jeszcze przed wakacjami widziałam, to sobie trochę poplotkowałyśmy. Ploteczki 最高!

poniedziałek, 3 marca 2008

benkyou shinakerebanaranai

Im więcej mam do nauczenia się, tym więcej bzdur w necie czytam. Spędziłam więc dziś mnóstwo czasu na czytaniu jakichś artykułów i blogów niekiedy. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że nie wszystkie były bzdurne (kilka nawet całkiem mądrych) i wszystkie dotyczyły Japonii, więc jestem trochę usprawiedliwiana.

Obiecałam sobie, że będę chodzić wcześniej spać, nawet gdyby to miała być zmiana tyko o godzinkę. No i planu się trzymałam... całe 3 dni. Od środy do piątku udawało mi się położyć między 2.30-3.00 co jest znaczną poprawą w stosunku do normy... Ale przyszedł weekend i nie dało rady >.>
W tym tygodniu tez będę się starać >.<

Aaaaa, nie mogę już na to patrzeć... I jeszcze czuję, że od piątku moja wiedza już się nic nie pogłębiła, a przeczytałam wszytko ponownie od początku do końca. Kurcze, ja już te texty powinnam na pamięć umieć, biorąc pod uwagę ile się już na nie napatrzyłam, a nie umiem.

A moja klawiatura oficjalnie umarła. Naprawienie kosztowałoby tyle, co 2 nowe T_T Sok jest zabójczą substancją, okazuje się. Tym sposobem muszę się jutro na zakupy wybrać. Zawsze to jakieś wybawienie znad krzaków.

wtorek, 26 lutego 2008

dreamin'

Była dziś u mnie Ania. Planujemy jechać do Nihonu w te wakacje. A że sprawa to niełatwa...

Potem gadałam na gg z Pati. Powiedziała, że do Fukuoki można jechać w ciemno i na pewno znajdziemy jakąś prace jako kelnerki, barmanki, ewentualnie w klubie. I z wizą też nie będą robić problemów. Czytałam, co mi pisała, i narobiłam sobie wielkich nadziei. *excited~~* I ona ma tam jakichś gajdzińskich znajomych, obiecała, że popyta i spróbuje sie zorientować. Tak więc cały dzień spędziłam przed komputerem, najpierw na gg, potem przeglądając różne linki związane tematycznie z Fukuoką i szukaniem pracy. I oczywiście na rozmyślaniu i snuciu wizji wszelakich...
A miałam się uczyć, right -_-;

A jeszcze wieczorem się okazało, że jednak mamy zajęcia z dr S w tym tyg. i wypadałoby przetłumaczyć zadany tekst i oprawić ten poprzedni. Odwaliłam więc jeden akapit, żeby nie było, że nic nie zrobiłam, i wysłałam. Chyba był strasznie słaby, bo mi pani aż odpisała, że jest beznadziejny (no ujęła to nieco delikatniej of kors). Wniosek: trzeba było nic nie robić ;D Baka ja.

i jeszcze taki mały link:
http://kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,53581,4950904.html
kyaaaa

poniedziałek, 25 lutego 2008

wracam

Po 3miesięcznej przerwie postanowiłam jednak wznowić działalność blogową. Możecie sobie nie komentować, jak wam się tak bardzo nie chce, a co tam (choć komenty nadal mile widziane^_^).
Za to większość starych postów została ukryta, więc nie poczytacie sobie, co się ciekawego działo w zeszłym roku, prócz Japonii oczywiście.
A i jeszcze zmieniłam trochę kolorystykę, lepiej jest?

Była u mnie wczoraj moja współlokatorka z zeszłego roku. Jak mi smuto, że już razem nie mieszkamy T_T Robiłyśmy sushi ^o^ Wyszło pysznie oczywiście. Potem siedziałyśmy i plotkowałyśmy godzinami, i jeszcze zrobiłam jej lekcję japońskiej popkultury (heh, no nie wiem, dlaczego to się zawsze tak kończy, że rozmowa schodzi na Japonię i jej dziwactwa, zaraz potem na skośnookie ciacha, i tak się toczy... ^_^;) Powiedziałam jej, że będzie impreza j-rockowa robiona przez dziołszki z mojej grupy i że musi przyjść. A że wykazała nawet nieco zainteresowania (hehe, to był taktyczny błąd z jej strony), to musiałam jej zaprezentować w czym rzecz i uo co loto z tym całym j-rockiem ^_____^ W związku z czym zaprezentowałam jej moją skromną kolekcję teledysków, głównie visual-kei'owych. (A kurcze, byłam święcie przekonana, że mam gdzieś tą PV z ciachami w babskich kimonach >_< przynieś mi ktoś, お願い).
Jak już byłyśmy przy PVkach, to postanowiłam jej jeszcze JE pokazać, żeby miała pełen przegląd ciach. (i na przykład okazało się, że jeszcze z zeszłego roku pamięta klip z Akanishim kręcącym bioderkami; ha! nauka nie poszła w las!) A skończyłyśmy na kawałku nowej dramy Kamechana i podziwianiu jego fryzury^^

Poza tym, to miałam wczoraj okropny dzień, nic mi się nie udawało, niczego nie mogłam znaleźć, nic do głowy nie wchodziło, wszystko się rozsypywało, wylewało, psuło i co tam jeszcze. Okazało się, że nie mam w mieszkaniu ani jednego ostrego noża i nawet nie miałyśmy czym tego sushi kroić, bo wszystko się rwało i gniotło (dodam, że sushi nie jest czymś, co w normalnych warunkach jakoś specjalnie trudno by się kroiło). W końcu Karolina się wzięła za to krojenie, bo ja już zupełnie straciłam cierpliwość, i nie wiem jak tego dokonała, ale dokonała. Chyba siłą woli....

Rozlałam sok na moją klawiaturę. Najpierw działała, ale już nie działa. Rozkręciłam ją oczywiście i wyczyściłam ile mogłam, ale nic to nie dało.
Niektórzy sądza, że 2 kompy to przesada, ale ja nie wiem, co bym teraz poczęła bez mojego zakrzaczonego notebooka.
A jeszcze potrzeba matką wynalazku: udało i się podpiąć net do notebooka- coś co nie udało się od grudnia, kiedy to pojechałam do domu i zmieniłam ustawienia sieci tak, żeby działał mi tam net i już potem tu nigdy nie działał. A tak wytężyłam całą moją znajomość krzaków, a głównie katakany (^_~), nazmieniałam coś w dżapańskich ustawieniach i voila! Net jest^^
Teraz z kolei nie działa mi sieć z moim stacjonarnym kompem (która dotychczas działała bez zarzutu), ale nie można mieć wszystkiego.

Są wyniki mombu. Nie zdałam. Co mnie szokuje, to że zdały to 4 osoby od nas, i to 2 dziołszki z 5 roku, semapai, która już była w Japonii rok na innym stypendium, i jeden kolega ode mnie z grupy. Tak słabego roku z mombu to jeszcze nie było. Jestem więc w lekkim szoku. A poza tym to sam exam był naprawdę znacznie trudniejszy od tych z lat poprzednich, i na przyładw zeszłym roku napisałam więcej znaków niż w tym. Nie wiem, skąd oni wzięli te tegoroczne krzaki, na pewno nie z podręczników. A w ogóle: testy z lat 1999-2001 miały15 stron, testy 2006-1007 20 stron, test tegoroczny: 23 strony CZAS: BEZ ZMIAN 120 min. Poszaleli Ci skośnoocy, tyle powiem, o!