środa, 5 grudnia 2007

nowa zabaweczka

Wczoraj kupiłam sobie nowiusieńki choukakkoii telefonik. SE k550i. Zdążyłam już zrobić dla niego motywów z mym koreańskim ciachem, wgrałam różne foteczki skośnookich chłopców i ogólnie udramowiłam go nieco ^__^ Nie zapomniałam też o mp3. A dziś na wykładzie jeszcze z Anią bluetoothem przesyłałyśmy sobie różne takie tam. (Ona sprawiła sobie ten sam model kilka dni wcześniej.) Przytwierdziłyśmy też mu ストラップ, czyli japońskie przywieszki^^

wtorek, 4 grudnia 2007

powtórka z czwartku

Dziś była poprawka z czwartku na Sakamoto. Mieliśmy o あれ(are) i あそこ(asoko), które znaczą „to” i „tam”. I prócz zwykłych sytuacji używa się ich także w niezwykle życiowych i bardzo Sakamotoらしい wyrażeniach i zwrotach niemoralnie dwuznacznych: あれおやる (robić TO) あそこであれを入れる(władać TO TAM) あそこでやる (robić TO TAM – np. mając na myśli ラブホテル(lovehotel)), albo na przykład u lekarza (TAM boli).
Bardzo pouczające zajęcia.
Na chińskim zaś, pan Fu usiadł sobie, i jak już i my w końcu zajęłyśmy swoje miejsca (wcześniej robiłyśmy herbatkę i tak z 10 pierwszych minut lekcji zeszło) to spytał, czy powtarzaliśmy chiński. Oczywiście zapanowało przeczące milczenie. Wtedy pan Fu oznajmił, że jest chory i polecił, ze mamy się sami pouczyć. Po chwili dodał, żebyśmy się uczyli czegokolwiek, niekoniecznie chińskiego ;D A sam położył głowę na ławkę i umierał sobie po cichu.
CIEKAWE czy faktycznie był chory czy to jednak małe 二日酔い (kac). W sumie to nie widziałam, żeby był zakatarzony, albo żeby kaszlał, więc chyba to drugie ;D Fuらしい

niedziela, 2 grudnia 2007

さすが wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. W piątek byłam na andrzejkowej bibce, na której pierwszy raz robiłam „prawdziwe” lanie wosku. Pewnie, gdzieś tam kiedyś w szkole, czy przy innej okazji, kapaliśmy woskiem ze świecy przez dziurkę od klucza. Ale tym razem był garnek, gdzie zostały rozpuszczone świeczuszki wszelkiej maści i potem to laliśmy przez klucz i rzucaliśmy cienie owych „wylanych” kształtów na ścianie, czyli wszytko jak być powinno. Dość wesoło było^^ Potem jeszcze ustawialiśmy buty, które pierwsze próg przestąpią.
A w sobotę Bartek zrobił spotkano u siebie, a okazją był znaleziony w książce kucharskiej przepis na czekoladowy gulasz. Tak. Gulasz z normalnego mięska, a do sosu na końcu dodaje się czekoladę. I jeszcze ziemniaki zapiekane z porem i żółtym serem. No i zajadaliśmy to^^ Całkiem niezłe było, choć dla mnie sos za bardzo winem smakował (gulasz był na winie). No ale ja tam lubię 美味しそうな experymenty kulinarne^_^

piątek, 30 listopada 2007

piwko z sensejkami

Byliśmy wczoraj z sensejkami (Sakamoto i Matsuzaki) na piwku w Pauzie^___^ No nie powiem, zabawnie było. I baaardzo „edukacyjnie”, jako iż rozmowa co jakiś czas zachodziła na wiadome tematy.
Matsuzaki coś sobie mówi, my nie do końca wiemy co, więc się pytamy, a ona zamaszystym gestem wskazuje na Sakamoto mówi:スペシャリストの坂本先生 wam wyjaśni to szczegółowo. Na to Sakamoto oczywiście:いいえ,いいえ, スペシャリストの松崎先生… ^_^ I tak przez chwilę trwa wymiana. Obie są siebie warte. Ciekawe czy to supesharisuto odnosi się tylko do wiadomego słownictwa i下ネタ, czy także praktyki ;D Tego już nie wyjaśniły (a wyjaśniały wiele):
★朝立ち(asadachi), jak zapewnia Matsuzaki sensei, jedno z ulubionych słów Sakomoto-sensei. Jest w japońskim słowo夕立ち(yuudachi), które oznacza wieczorny deszcz/ulewę (yuu to wieczór), ale jest też słowo asadachi (asa znaczy rano), które jednak bynajmniej nie oznacza deszczu o poranku, a wzwód o poranku ^^; Jak tłumaczy Matsuzaki-sensei: 夕立ち jest z góry na dół, a朝立ち z dołu do góry.
I, niejako mające związek z powyższym白いワイン. Jak się okazuje, białe wino może mieć także drugie, ukryte znaczenie w japońskim :D Więc uważajcie na kontekst, ne.

Sakamoto-sensei opowiedziała tez taką oto historię: w jej liceum krążyła plotka, że jakaś para uczniów uprawiała sex na dachu i stało się tak, że potem nie mogli się rozłączyć, aż musiało ich zabrać pogotowie >_<;
Gdzies po dordze pojawiło się słowo skurcz. Sakamoto-sensei nie mogła sobie przypomnieć,, jak to po polsku jest. W końcu Matsuzaki-sensei się pyta, o jakie jej słowo chodzi. Sakamoto-sensei mówi けいれん(keiren). Matsuzaki-sensei myśli, myśli, ale nie wie, co to za けいれん po japońsku. Standardowe pytanie: a jakimi kandziami się to pisze. Sakamoto-sensei mówi, ze trudnymi i nie wie. (koment na boku: i to wasza sensejka jest). Fakt, Sakamoto-sensei miewa kłopoty z krzakami :D Ostatnio ciągle z 電子辞書 (słownik elektroniczny) lekcje prowadzi (chyba sobie nowy kupiła w tym roku^^). Więc Sakamoto-sensei opisuje o co jej chodzi, my zgadujemy: skurcz, Matsuzaki-sensei słyszy to: „A, skurcz! Faktycznie! Keiren”.

Matsuzaki-sensei opowiada: spotkała się raz ze znajomymi. Wyglądała na senną i bardzo zmęczoną, więc spytali co robiła całą noc. Ona żartem: „Onanizowałam się”. Oni szok. Koment Matsuzaki-sensei: „W Polsce chyba takich żartów się nie robi, nie? Jakoś byli zdziwieni, jak to powiedziałam”
^_^;
Wtedy Sakamoto-sensei pyta, co to onanizować się. Matsuzaki-sensei śpieszy z wyjaśnieniem: „Bzykać samą siebie” _^_
No to my podpowiadamy, że bzyka się kogoś, a sobie to się robi dobrze. Sakamoto-sensei w swoim małym notesiku na słówka notuje oba wyrażenia. A potem… każe sobie zapisać jeszcze jakieś zdania przykładowe :D

Co w tym wszystkim było najfajniejsze, to że cała rozmowa toczyła się cały czas po japońsku i tylko kwestie dotyczące języka polskiego były częściowo po polsku. I mogę powiedzieć, ze rozumiałam zdecydowaną większość, jeśli tylko dobrze słyszałam.

Niestety musiałam iść tuż przed 21, bo jechałam do domu.
Mój pociąg się spóźnił o 55 minut (jeszcze nim do Krk dojechał),a potem było już tylko lepiej i do Gdańska opóźnienie wynosiło już 2,5 h T_T Generalnie to byłam dość wściekła i chciałam mordować. A niektórzy mi się dziwią, ze jeżdżę expresami albo IC i tylko w dzień.

środa, 28 listopada 2007

pokój do wynajecia

Dałam wieczorem na necie ogłoszenie, ze szukam współlokatorek. Pierwsza osoba zgłosiła się po 10 minutach. W ciągu następnych 3 h zgłosiło się około 30 osób, więc choć w drodze wyjątku na dziś zaplanowałam gambarowanie- to wyszło jak zwykle- przed komputerem (i telefonem) rozmawiając z tymi wszystkimi osobami. Jeszcze gdyby ludzie umieli czytać- w ogłoszeniu specjalnie wielkimi literami napisałam, że szukam STUDENTEK NIEPALĄCYCH, a tu się faceci albo osoby pracujące zgłaszają i tylko mój czas marnują -_-;

3 osoby przyszły obejrzeć mieszkanie jeszcze tego samego wieczora, następnych 7 rano i z 6 wieczorem.

Z tymi mieszkaniami w Krakowie to naprawdę jest cyrk. Tyle osób szuka i nie może znaleźć nic sensownego od 2 miesięcy. Przecież teraz to nawet nie jest „sezon” jak we wrześniu-październiku i w czerwcu. A mimo to tyle osób szuka… Trochę się tym zestresowałam, bo moja sytuacja nadal nie jest pewna i możliwie, że jednak będę musiała zmienić lokum przed końcem roku. Niewiadomo. A szukanie czegoś w Krakowie to po prostu jest horror T_T Współczuję tym wszystkim ludziom strasznie. Ale z drugiej strony, mogę sobie przebierać i castingi urządzać ;)

poniedziałek, 26 listopada 2007

gwarancja na "cały świat"

Mój piękny laptopik jest spusty trochę. Chciałam go oddać do serwisu, w sklepie w Japonii zapewniono, że gwarancja jest na cały świat.
Strona HP ma jadną zaletę- mają tam opcję kontaktu z żywym człowiekiem przez czat- w tej sytuacji najbardziej optymalny sposób, o jakim mogę pomyśleć, poza gg naturalnie.
Oto przebieg rozmowy (skróciłam trochę, bo co was będę męczyć):

Łukasz: Serdecznie Witam na czacie HP. Mam na imię Łukasz.
Łukasz: W czym mogę Pani pomóc?
Ja: Mam notebooka Hp pavilion dv2000 i się zepsuł
Łukasz: Tzn?
Ja: Na ekranie pojawiają się zielone kropki, to znaczy część pixeli, która powinna być w innym kolorze, jest po prostu zielona....
Ja: Nie wiem, jak to lepiej wytłumaczyć
Łukasz: Czy to jest laptop zakupiony w Polsce?
Ja: Jak podłączy sie inny monitor, to wszystko jest normalnie
Ja: Nie, jest to laptop zakupiony w Japonii, ale zapewniono mnie w sklepie, ze gwarancja jest na cały świat
Łukasz: Ten oto model, nie został oficjalnie wprowadzony kanałem dystrybucyjnym na rynek Polski przez firmę HP. Z powodu braku dokumentacji urządzenia, nie jestem wstanie pomóc w rozwiązaniu problemu.
Proponuję, kontakt ze sprzedawcą, lub kontakt z anglojęzycznym wsparciem technicznym.
Adres internetowy podaje poniżej:
http://welcome.hp.com/country/us/en/contact/chat_1.html
Ja: A nie mogę po prostu oddać go gdzieś do reklamacji do jakiegoś serwisu HP w Polsce?
Łukasz: Niestety serwis naprawia tylko oficjalnie wprowadzone modele
Ja: To w takim razie co ja mam zrobić?
Ja: Skoro gwarancja jest na cały świat, to chyba na cały świat...
Łukasz: Ale jest zapisane w gwarancji że obejmuje tylko rynki gdzie został wprowadzony oficjalnie do sprzedaży
Ja: tego w sklepie już nie powiedzieli
Ja: to co w tej sytuacji mam zrobić?
Łukasz: Należy udać się do sprzedawcy
Łukasz: Albo na rynek gdzie został wprowadzony ten model oficjalnie
Ja: a mogę po prostu kurierem gdzieś do serwisu za granicę wysłać?
Łukasz: To zależy już od tamtego serwisu
Ja: A może mi Pan powiedzieć, gdzie są najbliższe serwisy które serwisują dv2000
Łukasz: niestety nie mam takich informacji
Ja: a gdzie mogę uzyskać takie informacje?
Łukasz: Bezpośrednio na infoliniach zagranicznych
Ja: to znaczy dzwonić wszędzie po kolei i pytać, czy przypadkiem serwisują ten model?
Łukasz: Niestety nie wiem gdzie ten model jest obsługiwany
Ja: ale ja sie muszę jakoś dowiedzieć...
Łukasz: Ja nie posiadam takich informacji
Ja: Nie ma pan możliwości skontaktować sie z kimś, kto będzie wiedział?
Ja: To co w takim razie proponuje mi Pan zrobić?
Łukasz: Ja nie jestem wstanie Pani pomóc
Łukasz: Przykro mi
Ja: to proszę mnie skierować gdzieś, gdzie będą mogli mi pomóc
Łukasz: Proszę się kontaktować z zagranicznymi infoliniami
Ja: to mam jeszcze ostatnie pytanie: mój model to dokładnie dv2000 rx692avaahf
Ja: chciałabym znaleźć jego dokładne specyfikacje w internecie, ale nie mogę
Ja: ani google, anie strona HP nie są w stanie mi pomóc
Łukasz: Prosze: http://h10025.www1.hp.com/ewfrf/wc/documentSubCategory?rule=35853&lc=en&cc=pl&dlc=en&product=1817074〈=en
Łukasz: Czy jeszcze mogę Pani w czymś pomóc ?
Ja: tak, na podanej stronie już szukałam i tego konkretnego modelu nie znalazłam...
Łukasz: Tylko to jestem wstanie udostępnić
Ja: czy jak oddam ten komputer do zwykłego serwisu, żeby zobaczyli, czy to nie jest jakaś mała usterka w rodzaju kabelek nie styka to straci gwarancję?
Łukasz: Utraci Pani wtedy gwarancje
Ja: aaaaaaa (no już nie dałam rady udawać dalej opanowanej, grzecznej i kompetentnej osoby)
Ja: Do widzenia. Dziękuje, ze chociaż próbował Pan pomóc. Życzę miłego dnia.
(chociaż zakończę z klasą)

No się tak wkurzyłam, że nie mogę. Nie skomentuję tego szerzej, bo obawiam się, że zamieniłoby się to w wiązkę bluzgów.

Zaraz jeszcze raz do nich napiszę, bardziej stanowczo >_<

sobota, 24 listopada 2007

same miłe rzeczy

Wczoraj przyszła moja paczka z Japonii ^__________^ Wiec jestem chou-szczęśliwa! Bo to już 2 miechy minęły jak ją wysłałam i zaczynałam się mocno martwić. No ale przyszła do domu do Gdańska i muszę przez to zrobić sobie wyprawę na drugi koniec Poorando, która jest mi średnio na rękę akurat (że też zajęcia z prof K wypadają w tym tyg... -_-; no ale może jednak nie będzie ich, bo mówiła, że się może zdarzyć, że nie zdąży wrócić z jakiejś tam konferencji) .
Anyway wizyta w domku to zawsze dobra rzecz!

Dawałam jakiś czas temu moją nagrywarkę DVD do reklamacji- i dziś mam wynik: chyba nie mogli jej naprawić i dostałam nową! \^o^/

Byłam wczoraj (tudzież dziś w nocy) na bibce urodzinowej kolegi z liceum. Jednym z gości była Koreanka! Taka słodka i kwiyeapda (=kawaii po kor.) Ja nie znałam nikogo prócz gospodarza, ona tam została przyprowadzona przez swoją polską koleżankę i też nikogo nie znała, więc się dobrałyśmy razem^^ Była zachwycona moim koreańskim dzień dobry, kocham cię, kenchana (wszystko ok?) i toastem (no serio, cieszyła się jak dziecko, jak wymamrotałam tych kilka zwrotów, a założę się, że moja wymowa jest porażkowa, bo koreański ma dużo dziwnych dźwięków, nie to co japoński). Gadałyśmy dużo i mnie nauczyła trochę koreańskiego. Wiem jak jest です i だ, i końcówki czasowników ます、ません、ました、ませんでした i to samo ale w plain form. Ona się trochę uczyła jap. jako drugiego języka obcego, wiec łatwiej było się dogadać. Ale jej japoński jest równie biedny jak mój niemiecki, albo nawet jeszcze słabszy^^; Za to po ang mówiła bardzo ładnie, nawet wymowę miała zupełnie przyzwoitą. Zrobiłam pilnie notatki i mogę sobie teraz wbić do głowy. Szkoda tylko, że ona nie mieszka w Polsce, przyjechała tutaj tyko na kilka dni. Ale mamy utrzymywać emailowy kontakt i obiecała mnie dalej uczyć, jeśli będę chciała^^

A wcześniej jeszcze była u mnie Iza ^O^ Więc w ogóle było cudnie. Czemu nikt mnie nie odwiedza nigdy, zwłaszcza teraz, kiedy mieszkam sama i ma dobre warunki do przyjmowania gości...
Byłyśmy razem na festiwalu Etiuda i Anima (to znaczy ja tylko 1 dzień; szczerze, to tak średnio trafiłam z filmami, ale Iza mówiła, że inne były lepsze. Cóż, ma się to szczęście, nie ma co)

Same miłe rzeczy jednym słowem!


Był też niemiły akcent. Zmiana systemu nauki krzaków. Chcieliśmy się uczyć z książki, którą robiliśmy w zeszłym roku. Teraz robimy inną, która poszerza nasze krzakowe słownictwo, ćwiczy użycie słów w kontekście i jakichś tam niuansów, ale zupełnie nie uczymy się znaków nowych. Oczywiście nie wszyscy byli jednomyślni i to był pierwszy problem. Ja tam, szczerze mówiąc i tak nie sądziłam, że dr M w ogóle się zgodzi na zmianę. Taki typ człowieka. Zero elastyczności, wszystko zgodnie z zasadami i wytycznymi (wszech działające ルール). Więc stwierdziłam, jak będzie, będzie dobrze, byleby się to nie skończyło, że robieniem OBU książek na raz. Zgadnijcie, jak się skończyło... TAK T_T
Ja się chcę uczyć lepiej, a nie więcej, cholera!
Zasadniczo jak dostałam wyniki rozmów z dr M, to właśnie wstawałam. Byłam bardzo senna, ale jak przeczytałam, to mi tak skoczyło ciśnienie ze złości, że się zaraz obudziłam. (I jeszcze wysłałam niemiłą wiadomość Ance na gg- gomen). Szybko mi przeszło i pewnie się to jakoś odkręci, wszak wszyscy chcieli dobrze i M. też (założę się, że zadziałała jap. zasada niemówienia nie. M nie miał najmniejszego zamiaru nic zmieniać, ale nie chciał też mówić nie (żeby nie było, że jest sztywny i be), więc w ramach "kompromisu" wymyślił, że z drugiej książki będziemy się uczyć w domu, a na początku każdej lekcji będzie mały test. No chyba oszalał, jeśli myśli, że to nas ucieszy, przynajmniej yonensejów. Może sempajki są bardziej skore do tego układu.
Ciekawi mnie, jak w takim razie ma wyglądać egzamin >_<

wtorek, 20 listopada 2007

terrorystycznie

Sprawdź, jak brzmi twoje terrorystyczne imię:
http://rara11.webpark.pl/terror.html

Jak już zobaczycie wasze, to wpiszcie moje i zobaczcie co wyjdzie! ^o^

30zł to tyle co nic

Właśnie spłodziłam dość pięknego i zabawnego posta, ale jakoś tak zrobiłam, że niechcący nacisnęłam wyłącznik przedłużacza, do którego mam podłączony komputer i post przepadł. Swoją drogą to bardzo podejrzane, że nie ma zapisanej wersji awaryjnej- W końcu mam ustawiony częsty aoutozapis…

Wybrałam się na zakupy, bo lodówka straszy swą pustką, a weekendy za dużo ludzi się kręci po markecie, więc czekałam do dziś. Nie miałam ze sobą dużo gotówki, ale od czego są karty płatnicze, right? Najpierw obowiązkowo zwiedziłam 3 sklepy z ubrankami, do których chodzę co tydzień. Kupiłam sobie długą koszulę, oczywiście z przeceny -_-; (Ha! Wygląda jak z koreańskiej dramy!) Jakby czując, co mnie czeka, opanowałam się przed kupnem innej bluzeczki (postanowiłam poczekać, aż przecenią :P w tym sklepie przeceniane jest prawie wszystko i to nie tylko w sezonach przecenowych). W portfelu miałam 30 zł i jakieś monety, więc się udałam do bankomatu. Taaak, okazało się, że nie mam karty. To się zestresowałam! Od razu pomyślałam, że pewnie została w drugiej torebce, no ale nie miałam pewności. Zwłaszcza, że wszystkie inne karty, jak bilet miesięczny, legitymacja, dowód itp. miałam w portfelu. Pamiętałam też, jak sprawdzałam, czy przekładam wszystko, czy nic nie zostało i nawet policzyłam, czy wszystko jest. Widać, można się pomylić licząc do 5ciu^^;
No ale wyszło, że z dalszych zakupów nici, a upatrzyłam jeszcze 2 fajne staniki na przecenie w Newyorkerze… Życie jest ciężkie. Ale najgorsze było kupowanie jedzenia. Tyle pysznych rzeczy, które są mi potrzebne, a tu mam tylko 30 zł.…Tortury (a właśnie sie zaczęły przedświąteczne promocje słodyczy wszelakich... eeeto, może to i lepiej, że tek kasy nie miałam ^^;). W końcu musiałam się obyć bez tak podstawowych produktów jak płatki kukurydziane, czy chipsy. I co ja będę szamać w trakcie oglądania dram?! Całe szczęście, że w zeszłym tygodniu zrobiłam zapas takich produktów jak masło, cukier, ryż itp, to nie musiałam tym razem kupować. Poczułam się jak prawdziwy biedny student. Straszne ;D Na dodatek przyjeżdża Iza, a ja nawet nie za bardzo mam czym ją ugościć T_T Tylko na jedną paczkę ciastek starczyło. No i nie będę mieć kiedy pojechać na zakupy znów, kiedy ona tu będzie.
Za to nie pamiętam, kiedy miałam tak lekkie torby z zakupami. Normalnie to mam 5-6 siatek i rączki mi odpadają, jak je jakoś doniosę do domu.

[tak, karta była w drugiej torebce]

Wczoraj odkryłam możliwość ulepszania zdjęć w picasie. Zasadniczo to i moja przeglądarka plików graficznych miała takie tam różne opcje, ale albo nie działały tak ładnie, albo nie umiałam ich wykorzystać (pewnie to drugie). No wiec wczoraj i dzisiaj naprawiałam moje zdjęcia z Japonii. A tu więcej światła, a tu ciut więcej koloru. Koniecznie ulepszyć kontrast. Wyostrzyć gdzieniegdzie- są zdjęcia na których wyostrzenie super działa! Zastanawiam się, jak to możliwe, ze ja, nie znająca się na fotografii nic a nic, klikam jeden guziczek, a zdjęcie się wyostrza. I jak tu nie kochać komputerów! Nawet udało mi się odrobinkę naprawić fatalnie nieudane zdjęcia z świątyni Zozoji i Tokio Tower… (To był jakiś wyjątkowo beznadziejny aparat- zdjęcia wyszły po prostu okropne! Źle naświetlone, zbyt jasne, brzydkie koloru i rozmyte i ble w ogóle. Ale cóż, nie miałam wtedy jeszcze swojego aparatu, wiec lepsze jakieś zdjęcia, niż ich brak.)
Kto wie, może efekty poprawek będzie można zobaczyć w galerii. Dodałabym je chętne, ale to oznacza konieczność zrobienia komentarzy od nowa, a aż takiego zapału nie mam. Jeszcze pomyślę, co by tu począć, może coś wykombinuję.

wtorek, 13 listopada 2007

Błąkania się po necie ciąg dalszy. Wczoraj spędziłam ze 2 godzinki na nasza-klasa.pl najpierw przeglądając forum liceum, a potem szukając znajomych z podstawówki- wszystkich, których nazwiska udało mi się przypomnieć. Okazało się, że wcale nie jest ich tak wiele -_-; Ja to mam dziurawą pamięć, toż nawet 10 lat jeszcze nie minęło…
Potem poszłam spać wyjątkowo wcześnie, bo jak się zrobiło po drugie to tak sobie pomyślałam, ze w sumie, to nie chce mi się dziś dramy oglądać i położyłam się jakoś tak tuż przed 3. Dawno tego nie było. A potem przypomniało mi się nazwisko koleżanki z podstawówki, nad którą baaardzo długo myślałam i nie wymyśliłam (a lubiłam ją). Więc jak mnie już olśniło, to musiałam wstać, zapalić światło i zapisać. ^^;
A wszystko to, by nie uczyć się na pamięć spicza na zajęcia z Uryuu. Napisałam takiego spicza, że nie mogę go w żaden sposób spamiętać >_< Jest o dniu zmarłych (czyli, jak pisze w spiczu- o Dniu wszystkich świętych i Zaduszkach, które są nazywane są niedbale św. zmarłych), zawiera on między innymi takie słowa jak męczennik, poganie, relikwie, kalendarz liturgiczny... >_<; sama radość. Nie do skumania, a do tego nudne jak flaki z olejem. (Przepraszam wszystkich, którzy musieli tego wysłuchać. Liczę, że naciągnęliście nieco moje oceny ;) - spicze były oceniane na takich małych ankietach przez słuchaczy. Było też dwoje japońskich gości- nauczycielka japońskiego z Manggha i jakiś Japoński emeryt uczący się na stare lata polskiego (widać, na starość ludziom odbija :P). Poznaliśmy go na bankiecie z okazji konferencji, o której jeszcze postaram się napisać).

A dzisiaj, zainspirowana pytaniami Anki, zaczęłam grzebać w kodzie bloga (co też mi zajęło 2h), wprowadziłam licznik, który jednak pewnie zaraz usunę, bo mi jakoś nie pasuje, i wreszcie zmieniłam tytuł (wcześniejsze próby zawsze spełzały na niczym). Tak więc od dziś jesteście czytelnikami kociej dramy, nyaaa ^_^

Sprawdziłam też tym razem, ile warte jest moje życie.

Moje życie jest warte 68613 złociszy!



(Że co?! Tylko 2 razy tyle, co zwłoki?)

niedziela, 11 listopada 2007

zezwłok

Nudzi mi się trochę. Błąkam się po necie. Na różne dziwne strony trafiam.


Wartość moich zwłok to:


32614 zł


Sprawdź wartość swoich »



niedziela, 21 października 2007

sobota, 20 października 2007

cisza wyborcza

Dostałam właśnie od niewidzianego od kilku lat kolegi z liceum taką oto wiadomość na gg:

Cześć!

Czy wiesz, że czasami warto głosować na duże partie (tj. te z wyższym poparciem), które mają szanse pokonać inne duże partie, których się nie lubi, niż na partie z mniejszym poparciem, nawet jeśli te są Ci bliższe poglądowo?


Zawsze był zaangażowany politycznie, ale żeby sobie w takiej chwili o mnie przypomnieć? ^^;

I cóż, niestety, ale tak właśnie mam zamiar zrobić. Shikata ga nai.
Bo w tych wyborach trzeba głosować nie za, ale przeciw.

sobota, 13 października 2007

szkola sie zaczela

Wstałam dziś o 19.50. O dziewiętnastej pięćdziesiąt, kurcze!
Cierpię na coś w rodzaju jetlaga. Nie jest to jetlag tak stricte, bo nie chce mi się spać konkretnie o 7 godzin później niż w pl czasie czy coś. Chodzi o to, że prawie wcale nie chce mi się spać, a jak się kładę, to z kolei mogę spać o każdej porze i tak długo, jak mi się spodoba. Gospodarka rabunkowa na moim organizmie w Jpn właśnie wychodzi. 3 miesiące życia bez podziału na dzień i noc skutecznie pozbawiły mnie "rytmu doby".
W środę po szkole czytałam gazetę. Lubie czytać na leżąco, więc sie wpakowałam w dresik, a siebie w dresiku wpakowałam do łóżka. Jak poczytałam, to było mi tak wygodnie i ciepło, i fajnie, że postanowiłam się zdrzemnąć godzinkę, czy dwie (nie dlatego, że chciało mi się spać, tylko dlatego, że było mi wygodnie). Spałam prawie 6 godzin, bo nie ustawiłam budzika. Zapomniałam, że to nie jest jak zawsze, że się sama obudzę po jakimś czasie. I tak cały dzień minął.
No ale to co dziś się stało, to już zupełne przegięcie. Poszłam spać o 4 (bo wcale nie byłam senna). Najpierw obudziłam się o 8, to sobie pomyślałam, no spoko, tak do 10 możesz pospać. Więc potem się obudziłam o 13.45, ale strasznie mi się chciało spać (wiem, dziwne), wiec powiedziałam sobie jeszcze chwilka... i się obudziłam, jak już było ciemno.
Ech, żebym ja chociaż dzień zmarnowała na oglądaniu dram, ale przespać?!?!

Jest jeden plus tego- nie mam problemów ze wstawaniem rano, nawet o 7-8 ^_^ To znaczy, jak dzwoni budzik, to jestem tak średnio szczęśliwa, ale wstaje i czuje sie dobrze, i jestem gotowa do gambarowania.

Poza tym, to sobie nic nie mogę zorganizować czasowo. Wszędzie się spóźniam, i to nie o 5 minut, ale 10-20...
We wtorek wstałam o 7.30. Miałam na 11, ale obudziłam się tak jakoś wcześnie, poleżałam trochę i stwierdziłam, że w sumie, to jestem wyspana i mogę wstawać. Po czym się spóźniłam 15 min. na tą 11 do szkoły! I to na pierwszą moją lekcją z naszą nową japońską lektorką. Obciach >_< W piątek wstałam planowo o 8. Miałam na 9.30. Wiec... miałam zamiar iść na tramwaj o 9.33. Nie wiem, jak sprytnie to obliczyłam. Pewnie to dlatego, że jak mamy na 11 to jeżdżę tramwajem o 10.33. No i się 20 minut spóźniłam. Potem popołudniowy wykład na 15.30, przybyłam 12 minut spóźniona. Tym razem się zasiedziałam przed komputerem. Na szczęście pan wykładowca odwołał. Lubię go. Okazało się, że w naszej sali mają zajęcia zaoczni, ktoś źle ułożył plan. Wiec pan policzył nas i zaocznych, i wyszło, że tamtych jest więcej, więc nas puścił do domu. Nie wziął pod uwagę, że połowa osób przyszła spóźniona. Lepiej dla nas. W ogóle to jeszcze tego pana nie widziałam, ale już go kocham. Przedmiot się nazywa "teoria przekładu". Co rok mamy taki jakiś około branżowy przedmiot, jak to było wcześniej z językoznawstwem, teorią literatury, metodologiami badawczymi, a teraz translatoryką. Ale w tym roku nie kończy się to examem, jak zwykle, a tylko zaliczeniem. I kochany pan wykładowca powiedział, że za obecność da zaliczenie. I to jeszcze nie jak zwykle, że można nie być 2 razy, tylko 30% nieobecności zalicza. A jak ktoś będzie miał więcej, to musi napisać referat. Można więc wcale nie chodzić (długość referatu zależy od ilości nieobecności). No czasami nawet na japonistyce coś może się dziać dobrze ^_^ Same wykłady z tego przekładu też ponoć ciekawe, choć nie byłam jeszcze, to sama ocenić nie mogę.

Generalnie się zapowiada, że nieco mniej będzie do nauki w tym roku. Przedmioty na które trzeba się uczyć to japoński, krzaki i ... w sumie tyle. Nie ma literatury, nie ma innych dziwów. Za to zrobiło się więcej przedmiotów, do których trzeba się przygotowywać... i to będzie taihen. Są wiec tłumaczenia, na które musimy przygotować text wstępnie (przygotować, to znaczy wysłać wykładowcy mailem) przed zajęciami a po zajęciach wysłać poprawioną wersję ostateczną. Koniec nicnierobienia jak u pani M. Dopuszczalna jedna nieobecność, za każdą następną dodatkowy text do przetłumaczenia T_T. Na cale szczęście zajęcia są co 2 tyg po 4 godziny, wiec przygotowywać się trzeba co 2 tyg.
Na pani prof K. robimy ta samą książkę co w zeszłym roku, tylko od początku a nie od środka. Lepsza książka niż artykuły z gazet, imho, ale to nie jest taka zupełnie prosta powieść...
Na krzaki z dr M., którego niecierpię, też się trzeba najpierw w domu przygotowywać, posprawdzać słówka itd, a do tego jeszcze są zadania domowe. Tak, będzie mi brakować pani dr M., oj będzie. Na egzaminie obowiązuje "wszystko" jak powiedział pan M. T_T Do tego na tych zajęciach widać wyższość sempajek, które wróciły z Japonii. Są od nas o 5 klas lepsze. No od reszty o 3 klasy, ode mnie o 5 klas.
Jedynie pani profesor K. od Chin wygląda luzowo jak w zeszłym roku. Były zajęcia w tym tyg, nastepne za miesiąc. Powiedzieliśmy jej o tej międzynarodowej konferencji japonistycznej, która jest za 2 tyg w Krk, sugerując, że wszyscy idziemy i nas nie będzie, a potem zaś święto zmarłych i też nas nie będzie, i zajęcia są za miesiąc. W tym roku będziemy się zajmować pochodzeniem poszczególnych krzaków, więc zapowiada się fajnie i interesująco ^__^ Każdy raz w roku ma przygotować 6 krzaków, więc się nie napracujemy. I znów nie ma examu tylko zaliczenie nie na ocenę.
Chińskiego jeszcze nie było, zacznie się od następnego tygodnia. No ale po panu Fu to wiadomo, można się spodziewać tylko dobrego :D

Nowa lektorka nazywa się Uryuu. Ma ok. 50 lat (naturalnie wygląda młodziej). Jest całkiem miła i nawet uśmiecha się niefałszywie (to znaczy nie z grzeczności bo tak trzeba). Mówi wyraźnie i tak, że ją słychać, i tak, że wiadomo do kogo, i tak, że wiadomo czy mówi, czy pyta. Rozumiem 95% tego co mówi, więc jest dobrze. Do każdych zajęć jest przygotowana (ale też wygląda na to, że sama będzie wymagać). Zasadniczo to dała nam rozpiskę na ileś tygodni naprzód, co będziemy robić. Nie mamy konkretnego podręcznika, tylko ksera z różnych podręczników, plus czasem artykuły z gazet o podobnej tematyce. Sama zrobiła wordlisty i to z ang tłumaczeniem. Dodatkowo są też komenty w postaci kontekstu użycia, jakieś przykładowe zdania. I to nie tylko nowe słówka, ale też całkiem zwykłe i nam znane. Oszczędził mi tym kupę pracy! W czwartek był pierwszy quiz. Był znacznie łatwiejszy, niż się obawiałam (podpisywanie czytań znaków i kilka pytan o treść testu, wypełnienie tabelki, wybranie odpowiedniego słowa) i znałam odpowiedzi na WSZYSTKO^^ Oczywiście pewnie zrobiłam ileś tam błędów z głupoty i roztrzepania, ale się spodziewam bardzo dobrego wyniku. Jeszcze zobaczymy jak surowo ocenia ^^; Zapowiada się, że będzie dawać więcej zadań domowych niż Sugou.
Exam bedzie taki, że 20% oceny to wyniki quizów, 10% to speach, 70% exam właściwy. Chyba mi to pasuje. Zaliczenie od min. 70% w każdej części.

U S. tak jak na 2 roku. Niewiele się zmieniło. Tylko robimy z nią inną książkę. Nie kontynuujemy tej zeszłorocznej. Będziemy trochę listeneingów robić.

Gomen, za nudy wpis, to głównie dla osób nie studiujących z nami w tej chwili ^^

sobota, 6 października 2007

jest!

Jest! Jest moja walizka!

Tak się ucieszyłam, że nawet na nią nie spojrzałam. Malowałam już przed sobą najczarniejsze wizje, że nigdy się nie znajdzie, a już z pewnością, że nie tak szybko.
Dopiero jak kurier pojechał, to zobaczyłam,że na zerwaną rączkę, coś tak rozprute, urwane podpórki itd... Mogłam złożyć reklamację, może dostałabym jakieś odszkodowanie.
Zresztą, nawet przepraszam nie usłyszałam, a moja koleżanka, której Air France zgubił bagaż, dostała wraz z walizką kupon rabatowy na bilet.

w domu

No i jestem.
Podróż prawie mnie zabiła, ale co nie zabija to wzmacnia. Wstałam w czwartek o 19 i poszłam do pracy (tak, pracowałam do ostatniej chwili T_T). W pracy nuda. Meli mnie puścić godzinę wcześniej, ale na sam koniec zrobiło się bizi i nie dało rady. Więc w sumie nie miałam nawet czasu się pożegnać z (nie tak znowu licznymi) znajomymi. Szybkie zakupy w DonKim. W domku czekało mnie jeszcze pakowanie. (Nie zdążyłam do końca się spakować przed pracą). Oczywiście ogarnęła mnie lekka panika, bo miałam 1,5 h do wyjścia, a tyle rzeczy do spakowania. Walizka ciężka, jakbym wiozła zwłoki. Nie mogłam jej dopiąć. W końcu zostawiłam trochę rzeczy (miałam w osobnej torbie przygotowane rzeczy, które mogę ewentualnie zostawić, jak mi na lotnisku powiedzą, że za ciężka walizka, ale w końcu od razu to zostawiłam, bo nie mogłam dopiąć walizki).
Droga na autobus była okropna, wszystko takie ciężkie, że myślałam, ze mi rączki odpadną. W końcu byłam dużo przed czasem i musiałam czekać 20 min na autobus. Na lotnisku dostałam prawie zawału serca, jak położyłam walizkę na wagę, a tam wyświetla 26,9 kg. No ale ani pani za biurkiem, ani pan pakowacz nie powiedzieli ani słowa, nakleili naklejkę i tyle. Za to czekała mnie niemiła niespodzianka, musiałam dopłacić za bilet 195zł, za przebookowanie go na później (a mój szef mówił, że wszytko opłacone, bo to on przebookowywał). Potem jeszcze szybkie zakupy na lotnisku. Strasznie mi się nie chciało łazić, bo nadal miałam koszmarnie ciężki plecak, torebkę wypchaną książkami i torbę, ale miałam kilka zamówień, więc nie było rady. Shikata ga nai. Więc jeszcze nakupowałam trochę omiyage. Sobie kupiłam dość piękną kokeshi (drewnianą lalkę). Wiem, że to masowa produkcja, ale i tak jest absolutnie śliczna. Długo też miałam rozkminkę, czy nie kupić dziecięcej yukaty, bo były takie śliczne i tanie (posezonowa wyprzedaż). W końcu kupiłam kokeshi, a nie chciałam rozmieniać kolejnego mana, bo potem mi drobnych w kantorze nie przyjmą. A poza tym, kiedy ja będę mieć dziecko wysokie na 110 cm? Jeszcze zdążę do Jpn pinć razy w te i we wte pojechać ;D
W samolocie rozczarowanie- nie było ekraniku przy każdym siedzeniu, jak w Swissairze (którym leciałam do Jpn, wracałam Lufthanzą), tylko telewizory z przodu. Siedziałam tak, że niestety patrzyłam pod kątem jakichś 75 stopni i mnie szyja bolała. No ale nie puszczali znowóż takich interesujących filmów. Jedynie Smipsonowie byli fajni. Był polski dubbing do wyboru, co mnie zdziwiło, ale był tak koszmarny- sam dubbing zły a tłumaczenie koszmarne, że nie dałam ady nawet 5 minut oglądać i zmieniłam na angielska wersję. Obejrzałam sobie też 2 odcinki dramy na moim piękym notebooku.
Udało mi się też chwilę zdrzemnąć. A zasadniczo to nie umiem spać w pociągach/samolotach/samochodach i innych środkach lokomocji.
Jedzenie było dobre ^_^ Tu Lufthanza wyryw ze Swissair.
Sama podróż minęła mi bardzo szybko, aż się sama zdziwiłam. Jak leciałam do Japonii to po 10 godzinach już umierałam, a tu nim się spostrzegłam, już byliśmy na miejscu.
Przesiadka w Frankfurcie bez prolemów, w Wawie byliśmy 10 minut później. I stało się coś strasznego zgubili moją walizkę!!!!!! AAAAaaaa T_T
Nie mam się w co ubrać, nie mam kosmetyków. Nie ma flaszek i herbaty na omiyage. Nie ma przemyconego jedzenia (z którego część powinna teraz leżeć w lodówce- między innymi konnyaku albo renkon- korzeń lotosu.) Miałam dziś robić yakisoba dla Izy i Bartka, ale nici z tego.

Ogólnie cieszę się, ze jestem w domu,ale brak walizki skutecznie zepsuł mi humor!

środa, 3 października 2007

koniec tuż tuż

Jeszcze tylko 1 dzień...
Chodzę regularnie na zakupy, kupuję głównie omiyage, alkohol, jedzenie. Byłam też ponownie na Akihabarze, kupiłam kilka rzeczy. Jestem więc szczęśliwą posiadaczką słownika elektronicznego Casio Ex-word XD-SW6500. Warto było czekać do ostatniej chwili, bo od końca sierpnia (kiedy ten model miał premierę), staniał prawie 6000y (140zł). Zapłaciłam 24000, co jest ceną bardzo mnie satysfakcjonującą ^_^ Słownik Gosi staniał ponad 4000y. Aparat Izy w czasie ledwie 3 tygodni staniał o 6500y. Cóż, widać po miesiącu elektroniczna zabawka staje się tu starociem ;P I jak tu nie kochać Japonii.

Nie jestem jeszcze spakowana i nie wiem, jak ja mam to wszystko wpakować do mojej walizki. Do tego ciągle się martwię, że będę mieć nadbagaż i będę musiała zostawić jakieś umeshu (pyszne wino śliwkowe) i nie wiem, co jeszcze... A teraz, zamiast się pakować, piszę to.

Nie chciało mi się nigdzie jechać w tym tygodnu, tylko spać. Zaczynam rozumieć "bezsenność w Tokio". Albo leżę godzinami i nie śpę, albo nachodzi mnie fala senności , np w ten pponiedziałek spałam 13 godzin. Za to mam sny! To znaczy wiem, ze sny ma się zawsze, ale ja nigdy nie pamiętam, co mi się śniło. A tutaj mam bardzo płytki sen, własciwie tylko drzemki o najróżniejszych porach dnia i nocy bez żadnej zasady, i może przez to codziennie pamiętam co mi się śniło. Przynajmniej tuż po przebudzeniu. Potem w czasie dnia mogę co najwyżej przywołać jakąś jedna scenę. Ale jak mi się coś miłego śni i się obudzę, to jestem jakaś taka zadowolona i dobrze nastawiona do świata. często tak mam,że jak mi sie coś złego śni, to jak wstaję, to jestem zmęczona i rozdrażniona, nawet jeśli nie pamiętam, co mi się śniło. Teraz pierwszy raz doświadczam tego w druga stronę- śni mi się coś fajnego i dobrze się czuję (poza tym, że jestem ciągle niewyspana ^^;).
Więc nigdzie ostatnio nie jeździłam i teraz oczywiście żałuję. Nagle sobie myślę, mogłam pojechać tu, albo tam... Miałam nawet propozycję jechać od onsenu (gorące źródła), albo do Nikkou (gdzie też podobno jest onsen). Chyba o tym nie pisałam wcześniej, ale napisał do mnie pewnego razu na mixi.jp (japońskie grono.netp) koleś, który, miedzy innymi, zajmuje sie pisaniem ebooków. I pisał coś o Polsce, gajdzinach, a zwłaszcza o tym jak gajdzińskie kobitki postrzegają japońskich facetów ;D No i potrzebował materiałów do książki. Padło na mnie. Za kilka krótkich rozmów z nim (widzieliśmy się chyba 5 razy, gadaliśmy też 2 razy na skype) dostałam 30000y. Plus jakieś pyszny obiad za każdym razem :D A że dla dobrego jedzenia mogę wiele... :D Potem spotkałam się z nim już nie biznesowo, tylko tak sobie (czytaj: chciałam znów iść na koreańskie jedzenie). No i on właśnie mówił, żebym nie siedziała w ostatni wolny dzień w domu, tylko pojechała gdzieś na wycieczkę, on zaprasza >_< Nauczona złym doświadczeniem, postanowiłam odmówić, mimo pokusy wielkiej. W końcu onsenu tu jeszcze nie zaliczyłam. A poza tym, to jakoś nie specjalnie go lubię. Jest zupełnie nie japoński, za dużo gada i ma zbyt wysokie mniemanie o sobie. I oczywiście próbował mnie poderwać >_< Nie dałam mu cienia złudzeń, ale nigdy nie wiadomo, co na takiej wycieczce...
Za to się wyspałam.

Nie zwiedziłam nic ciekawego, ale za to najadłam się pyszności wszelakich na zapas. Byłam więc 2 razy na yakiniku (grilowane mięsko najczęściej wołowe, które się grillje samemu na takim małym grillu gazowym wbudowanym w stół, dostaje się gotowe przyprawione i pięknie ułożone pokrojone na apetyczne plasterki misęczka, a potem można sobie piec. Plasterki są cieniutkie i pieką się szybko, więc nie czeka się długo. Jest to świetna zabawa jak się jest w małej grupce. I jest pyszne.
Byłam też ponownie na jedzeniu koreańskim. Tym razem takie średnie było, bo było strasznie pikantne i właściwie pikanty to był jedyny smak, jaki to posiadało. Można sobie był zjeść, ale nie zaliczę tego to udanych wyborów.
A w Akihabarze, w przerwie między jednym elektronicznym sklepem a drugim, jadłam wafuu (styl jap.) burgera. Takiego podawanego na gorącej żeliwnej tacce, gdzie tłuszcz jeszcze pryska, polanego sosem teriyaki i majonezem, z jakimiś smaczni kiełkami i kukurydza w maśle jako surówką. To wszystko dopełnione oczywiście michą ryżu i zupą, tym razem nie miso, tylko czymś smakującym zupełnie jak nasz rosół,tyko nieco gęstsze, jakby ktoś ciut żelatyny wsypał. Tłuste to wszystko strasznie było, ale dobre^^. Oprócz tego nadal niemal codziennie jem gyuudon lub McDonaldsa. Nie myślcie sobie, że ciągle tylko jakieś pyszne eksperymenty szamam. Tyle Maka ile w Jpn zjadłam, to nie zjadłam jeszcze w całym życiu. Już dawno nadrobiłam zgubione w czasie największych upałów kilogramy.

piątek, 28 września 2007

jeszcze tydzień

Za tydzień o tej porze będę siedzieć w samolocie, najprawdopodobniej gdzieś nad Rosją.
Nie mogę się doczekać powrotu i nie chcę wyjeżdżać.

Od kilku dni siedzę i właściwie nic nie robię. To był chyba pierwszy poniedziałek, kiedy nigdzie nie pojechałam. Po pierwsze sę wyspałam. Spałam chwilkę rano, a potem ogladałam dramy. Duuuuużo dram. Jak za starych dobrych czasów. W te wakacje mam takie zaległości z dramami, że nie nadrobię pewnie do nowego roku T_T Poszłam spać tak około 14 i spałam aż do północy. Pierwszy raz spałam w takich godzinach tutaj. Jak wstałam (eeeto, wstałam to chyba za dużo powiedziane, usiadłam na łóżku i wzięłam komputer w swoje łapki), była akurat bardzo dogodna do rozmów z Polską i nagle wszyscy się na mnie rzucili na gg. Normalnie to nie mam kim pogadać, nikt nie ma czasu itd, a jak ja chce tylko maila sprawdzić i dramy w spokoju oglądać, no nagle wszyscy sobie przypominają o moim istnieniu ^^; znajomi i mniej znajomi. To znaczy ja nie narzekam, czy coś. Ale siedziałam na gg do piątej rano... Potem kilka odcinków serialu (miały być dwa epy, ale się skończyło na 5, bo drama się dość dobra okazała ^^; "Jotei").
Dni kolejne też mi tak mijają. Po pracy śpię ok 3 godzin, po czym się budzę i nie mogę zasnąć, wiec siadam do komputera, ewentualnie idę do sklepu. Potem następne 2-3 godzinki snu przed pracą. Ogólnie nie mogę spać między godzinami 10-16 więc muszę spać na dwie raty, rano i po południu, przez co czuję się ciągle nie wyspana. Nigdzie nie chce mi się jeździć, niczego zwiedzać. Właściwie byłam już we wszystkich miejscach "must see" w Tokio, tylko na Odaibę jeszcze mogłabym się ruszyć. Bardzo żałuję, że moja wycieczka do Nikkou nie doszła do skutku. Wprawdzie mogę jeszcze pojechać w ten poniedziałek, ale jakoś nie mam siły... No i tak samemu? Żadna to radość. I nawet zdjęć nie ma komu robić. Z drugiej strony, nigdy nie wiadomo, czy będzie następna okazja...
Taie to trochę głupie, zwiedzać z poczucia obowiązku, bo nie wiadomo, czy będzie następny raz. Po tych 2,5 miesiącach tak właśnie się czuję- w obowiązku- zwiedzać, jeździć, chodzić, kupować.
Dlatego te kilka dni przed komputerem (zapomniałam napisać, że wróciła do mnie stały internet, jakaś nowa sieć bezprzewodowa się po sąsiedzku pojawiła) sprawiły, że poczułam się trochę jak w Krk po jakimś okresie nadwyrężonej pracy, gdy z uczuciem totalnego zmęczenia przez 3-4 dni poruszam się tylko między łóżkiem, komputerem, kuchnią i łazienką, i nagle nic nie muszę.

Wysłałam paczkę do domu. Wydawała mi się strasznie ciężka, więc już nawet nie wpakowałam do niej wszystkiego, co chciałam. Stwierdziłam, że nie doniosę jej na pocztę, więc zmyślnie użyłam walizki jako wózka. Musiało to dość dziwnie wyglądać. Na poczcie się okazało, że paczka waży ledwie 8,5 kg i spokojnie mogłam tam jeszcze kilka rzeczy upchać (nadal mam wątpliwości, czy pani na poczcie dobrze ją zważyła). Cała ta radość kosztowało mnie 6200, dla porównania 15kg kosztuje coś z 8500y a 20 kg 10250y. Raczej niedrogo, powiedziałabym. Zdecydowanie trzeba było więcej wysłać.)Oczywiście jest to paczka wysłana statkiem, będzie w pl za miesiąc, akurat, jak przyjadę do domu na długi weekend w święto zmarłych.

piątek, 21 września 2007

Ueno x2

Wczoraj i przedwczoraj byłam w Ueno. Jak się okazało, Ueno jest nie do zrobienia w jeden dzień.


Pierwszym punktem zwiedzania było Muzeum Shitamachi (shitamachi to coś jak śródmieście, zamieszkiwane przez rzemieślników i kupców). Było więc odtworzonych kilka wnętrz domów i warsztatów, sklep, świątynka, riksze, oraz sporo starych fotografii i przedmiotów codziennego użytku (np zabawek :D). Co było fajne, to że niemal wszędzie można było sobie wejść, usiąść na tatami przy stole, otworzyć szafy z futonami, zobaczyć, jak działały sprzęty w warsztacie, przy świątynce wziąć omikuji (wróżbę na karteczce papieru, którą później należy przywiązać w świątyni lub specjalnie przeznaczonych do tego stojaków) i sprawdzić, co się ma- jest też wersja ang^^ (ja wyciągnęłam "średnie szczęście"). Dość fajne to muzeum.
Potem chodziłam po parku Ueno (w którym to znajdują się wszystkie opisane tutaj miejsca). Widziałam więc shinobazu-ike zarośnięte całe lotosami (średni ładny widok, jeśli mam być szczera; no ale to nie pora kwitnienia, więc tylko wielkie liście było widać).


Następnie buddyjska świątynia Benzaiten.






Potem gadałam z japońskimi bezdomnymi ^^; w tym jednym transwestytą >_< Sami do mnie zagadali i nie bardzo wiedziałam, jak ich spławić, ale w sumie nawet byli mili, wiedzieli gdzie jest Polska itp. Trzeba powiedzieć, że Ueno jest "domem"wielu bezdomnym. W ogóle można się zdziwić, ilu bezdomnych jest w Tokio. Nawet w moim "internetowym" parku jest jedna pani, która zamieszkuje go na stałe, ale bardzo często widzę jeszcze 2-3 osoby śpiące na ławce. Na licach też często ich widać. Starych, młodych, kloszardów, zadbanych, samotnych i w grupach. Jednak japońscy bezdomni są zupełnie inni od naszych, jacyś tacy bardziej porządni, zorganizowani, niegroźni (lub wyglądający na niegroźnych^^;) i na ogół trzeźwi. Bardzo często posiadają kota :D I mimo iż koty też są bezdomne, zdają się być szczęśliwymi ze swoimi właścicielami.


Przeszłam na druga stronę parku, gdzie jest pomnik Saigou Takamori- "ostatniego samuraja". Większość z was pewnie widziała film, oprócz tego, ze historia była dość bardzo zmieniona, to właśnie ten "ostatni samuraj". Najpierw popierał cesara i restauracje Meiji, ale gdy ograniczono wpływy wojskowych i rozluźniono plityke wobec zachodu, uważał, że to złe dla państwa i przeszedł do opozycji. W 1877 roku przystąpił do walki przeciw wojskom cesarskim; widząc, że nie ma szans popełnił seppuku. To tak w dużym uproszczeniu i skrócie.



Następnie poszłam do Zoo (na terenie parku Ueno). Pierwsze Zoo w JPN, założone w 1882 roku. Generalnie sporo kawaii stworzeń, trochę typowych dla zoo zwierząt jak tygrysy, lwy, słonie, pandy, żyrafy, zebry i co tam jeszcze, ale jakoś mnie to nie bawiło, za stara już chyba jestem T_T. Generalnie odechciało mi się chodzenia już po kilkuset metrach. Na dodatek padła mi bateria w aparacie więc mam tylko kilka zdjęć. Jedyne, co było warte oglądania z mojego punktu widzenia, to mało widowiskowe może, ale nie spotykane w innych ogrodach zoologicznych zwierzęta japońskie (szczególnie dużo ptaków mieli). Z jednej strony fajnie je było obejrzeć, drugiej strony jednak i tak nie zapamiętałam ich nazw i jak będę czytać jakąś książkę, albo nie daj Boże heiańską poezję, to kiedy wymienią nazwę, nadal nie będę wiedzieć, co to, nawet, jeśli dziś widziałam. Inną rzeczą, która mnie uderzyła, to wielkość klatek i wybiegów. Wszystko to jakieś małe... Te zwierzęta chyba nie są szczęśliwe... akt, że to strasznie stare zoo, budowane w czasach, gdy poecie zoo było bliższe rzędowi klatek 4x4m z gorylem z bananem w ręku, niż tego, co widzimy dzisiaj, i widać, że wiele się robi, by zwierzętom było dobrze, no ale nie a bardzo jest co robić, bo o porostu nie ma miejsca. Poza tym, teges, w niektórych miejscach po prostu śmierdzi-_-; Za to od strony zwiedzających wszystko jest bardzo ładne. Fajnie wytyczne ścieżki, ładne płotki i ogrodzenia, dużo przeszkleń, by wszyto można było oglądać, ciekawa i zadbana roślinność, kilka miejsc na odpoczynek i jedzonko, knajpki, lody, toalety co 100 metrów niemalże (Japończyki mają lekki odchył na punkcie toalet). Zoo jest podzielone na 2 części połączone specjalnym przejściem lub kolejką monorail (z której skorzystałam^^).
Zoo mnie wykończyło totalnie i postanowiłam wracać do domu. Właściwie to nie do domu, bo jeszcze chciałam zajechać do bookoffu do Nakameguro. Tak te zrobiłam. Kupiłam sobie 5 mang yaoi ;D (sprzedam na allegro), każda za 105y (niecałe 2,5zł), książeczkę o ubieraniu kimona (o czym zaraz) i płytę jego ulubionego jap. zespołu Remioromen- Ether. Mam to w mp3 i nie jestem pewna, czy ta płyta zostanie kiedykolwiek włożona do odtwarzacza, jako, iż słucham tylko mp3 ostatnio, no ale chciałam mieć jedną jap. płytę, a tak ih lubię, ze stwierdziłam, że mogę odżałować i wydać. Nie kupiłam żadnych książek, bo nie miałam nic upatrzonego, a już nie było czasu szukać. (Może mi ktoś doradzi, co warto kupić, szczególnie bym chciała jakieś współczesne pisarki). Chciałam też coś do nauki japońskiego, ale nie było. Nie znalazłam także
gazet poświęconych aktorom z dram, więc ogólnie mało udane zakupy, choć puściłam sporo kasy^^;
Wróciłam do mieszkania i miałam tylko czas, żeby się przebrać i iść do pracy. Tam generalnie spałam i nawet nie miałam siły się z tym ukrywać więc mi zwrócono uwagę. Generalnie od kilku dni nie chodzę spać, a jedynie drzemię o najrozmaitszych porach dnia i nocy. Czasami godzinę, czasami 4 (ale nawet jak są to 4 godziny, to ciężko to nazwać snem, a raczej drzemką właśnie, bo budzę się co chwila, albo przewracam z boku na bok). W ten sposób mam dużo czasu na łażenie po sklepach, albo zwiedzanie, ale jestem wiecznie senna i zmęczona.
Po pracy od razu poszłam spać, by po 5 godzinkach wstać i udać się ponownie do Ueno. Nie sprawdzałam nawet internetu, by nie marnować czasu. Chciałam wrócić najpóźniej o 16 i jeszcze pospać te 3,5h przed pracą, żeby nie spać potem.

Główna atrakcją dnia było Tokijskie Muzeum Muzeum Narodowe. Okazało się, że można by je cały dzień zwiedzać... bo to 5 budynków i teren w okół. Więc z zaplanowanych 2,5 h zrobiły się 4,5 i to raczej pobieżnego zwiedzania... Czułam się trochę jak głupia turystka "zaliczająca" kolejne wystawy. No ale w sumie czytałam niemal wszystkie opisy itd, jedynie co, to nie sądzę, że wiele z tej wiedzy zostanie w mojej głowie.


Zaczęłam od Touyoukan- budynkowi poświęconemu Azji. Na 3 piętrach znajduje się tam 10 galerii: 1 chińskie rzeźby buddyjskie i rzeźby Indyjskie, 2 bębny z brązu 3 Egipt, Pakistan, Afganistan, Iran, Aja południowa i południowo-wschodnia, 4 sztuka starożytnych Chin, 6 chińska sztuka dekoracyjna, 6,7 kamienne płyty, nagrobki, płaskorzeźby itd, 8 chińskie malarstwo i kakografia, 9,10 Sztuka Koreańska. W tym budynku spędziłam najwęcej czasu^^


Potem poszłam do Honkan- budynku głównego, poświęconego w całości Japonii. Zwiedzało się go szybko, bo bardzo często nie musiałam czytać opisów, widząc dougu, dotaku, czy haniwa od razu wiedziałam co to i po co to i kiedy zrobione, więc tylko szybkie spojrzenie na podpis i do nastepnego. Dość miłe to było^^



Zwiedzanie zaczyna se od drugiego piętra: 1a Okres joumon, fiurki dogu i ceramika, okres yayoi i "dzwony" dotaku. Okres kofun i figurki haniwa (dość bogata kolekcja)- czyli wszystko to, co się uczuliśmy na KO, tyko na żywo a nie na zdjęciach^^ 1b Buddym dociera do Japonii- figurki (głównie brąz), buddyjskie kaligrafie i inna sztuka sakralna 2 co miesiąc wystawiany jest tu inny
Skarb Narodowy- ja trafiłam na jakiś buddyjski obraz. 3 Stuka heian buddyjska (nuda) i dworska (super)- kaligrafia, zwoje emaki, piękne pudełka na antologie wierszy, pudełka na kosmetyki inne przedmioty użytkowe. Malarstwo zenistyczne i malarstwo tuszem okresów Kamakura i Muromachi. 4 wystawa poświęcona ceremonii parzenia herbaty 5,6 samuraje: miecze, zbroje, inro, netsuke, tsuby i inne przedmioty, które prócz swych zwykłych codziennych funkcji musiały też być małymi dziełami sztuki. 7 parawany i shouji 8 Absolutnie przepiękne przedmioty codziennego użytku z okresów Azuchi-Momoyama i Edo,ceramika, kimona, meble, pudełka, przybory do kaligrafii. Wszytko to okryte pięknymi ornamentami. Japońskie zgeometryzowane wzory są przepiękne, kwiaty, liście, owady, fale... Też bym chciała takie pudełko. Zdecydowanie jedna z najlepszych wystaw. Dalej malarstwo i kaligrafia tego okresu. 9 sztuka teatrów nou i kabuki, kostiumy, kimona, maski, obrazy. 10 Edo- moda (kimona, ozdoby do włosów, itp) i obrazy ukiyo-e (wielobarwne drzeworyty).
Na pierwszym piętrze także przedmioty Japońskie, między innymi zabawki z okresu heian, gry planszowe, gra polegająca na dopasowywaniu do siebie muszelek,japońska "piłka nożna" i inne; rzeźby, ceramika, przedmioty z laki, miecze. Przedmioty Ainów i z Ryuukyuu, trochę sztuki współczesnej.


Następny budynek to heiseikan- budynek poświęcony archeologii. Jeszcze więcej haniwa i innych przedmiotów wykopanych z ziemi, zardzewiałe miecze, groty od strzał, ceramika itp. Dość pobieżnie zwiedzone^^;


Hyoukeikan- budynek z okresu Meiji wzniesiony w tylu zachodnim. Heh, no wygada dość znam, jak nasze budynki ;D w środku informacja, coś na temat samego muzeum, jakieś wystaw edukacyjne, itp. wydało mi se nudne i nie zwiedzałam.


Ostatnia w planie była galeria skarbów Houryuuji (świątynia w Narze- pierwszej stolicy Japonii, VII w) . 1 kanjo-ban- takie tam sobie buddyjskie ozdoby zwisające ze słupów lub sufitów świątyń, 2 małe żeby buddyjskie, okres Nara, głównie brąz, czasem drewno. 3 maski gigaku, 4 najróżniejsze przedmioty z drewna i laki 5 obrazy i kaligrafia,
I to na tyle z muzeum.

W okolicy nie brakuje świątyń. Choć w panie miałam zobaczyć 2, to się jednak okazało, że jest ich więcej.
Rinou-ji:


Ueno Toshouguu- jedna z niewielu Toko naprade starych świątń (1651) *reszta zniszczona w kataklizmach lub w czasie wony T_T), wzniesiona ku czci shoguna Tokugawy Ieyasu. Całkiem ładna, znajduje się w niej jakieś 200 kamiennych latarnii.




Sensou-ji

Jakaś niezidentyfikowana przeze mnie świątynia

Pozostałości o daibutsu (wieli budda) z Ueno (?)



Kiyomizu Kannon-dou

Nie chce mi się tu o nich pisać, niepotrzebnie pisałam o muzeum, na pewno to wszytko jest w interncie wraz ze zdjęciami...

No a teraz najważniejsze!
Kupiłam sobie KIMONO, nie żadną yukatę, tylko prawdziwe JEDWABNE kimono! :D :D :D
A właściwie cały komplet. Nagajuban (specjalna bielizna pod kimono, w jednym kawałku (może być też dwuczęściowa)), tabi (skarpetki z jednym palcem- czarne, niejedwabne niestety), zori (klapki), obi (pas), eri (kołnierz) i zestaw sznurków i innych gadżetów do kimona, takich jak usztywnienie pod obi itd.

Generalnie sklep ob czaiłam już pierwszego dnia, ale nie miałam przy sobie tyle pieniędzy (choć 18.900y i tak stosunkowo niedrogo). Dlatego musiałam wrócić. Dokonanie wyboru to była masakra. Najpierw chciałam czerwone kimon, bo dość dobrze wygadam w czerwonym, ale miało tylko bardzo prosty geometryczne biało-czarny wzór. Podobało mi się też czarne kimono ze wzorem w drobne kwiatki, ale czarne... kimono zasadniczo kojarzy się ludziom z czymś kolorowym i kwiecistym. Było tez bardzo ładne kremowe kimono w kwiecisty wzór, ale nie było z jedwabiu tylko poliestru T_T. W końcu zdecydowałam sie a to eleganckie-czarne. Do tego mam biało-fioletowe obi i dość śliczne zori.

Ogólnie jest to takie zwykłe codzienne kimono, a nie jakieś tam piękne i bogato zdobione, ale jest moje i już je kocham, chociaż nawet nie bardzo wiem, jak się w nie ubrać ;D (dostałam książeczkę instruktażowa gratis, no i kupiłam sobie książkę na ten temat w bookoffie, bo już wiedziałam, że jakieś kimono sobie kupię^^)
Wróciłam cała szczęśliwa, zdrzemnęłam się niecałe 2 godzinki i do pracy... Tym razem udało mi się nie spać.


środa, 19 września 2007

herbata

kyaaaaaaa... Szok!
właśnie czytałam przepisy celne na wwóz różnych towarów do Polski. Chciałam się oczywiście dowiedzieć o alkohol, ale przy okazji przeczytałam, że można wieźć 100 (słownie STO) gram herbaty... To jest jakiś dżołk? I czemu akurat herbata?!
Ja już kupiłam ponad kilogram i miałam zamiar kupić więcej. Teraz nie wiem, co zrobić. No risk, no fun??
Poza tym, to miało być główne omiyage, jak mi na lotnisku zabiorą, to co ja wtedy dam?

PS. Pojawiły sie dwa zaległe posty z początku września- Yokohama i Ebisu

poniedziałek, 17 września 2007

papa

Dzisiaj był ostatni dzień Magdy w JP. Dlatego po pracy zdrzemnęłam się w domku godzinkę i ruszyłam na miasto. Najpierw poszłyśmy z naszym szefem jeść. Było kilka spraw do obadania, więc zajęło to sporo czasu. Potem poszwendałyśmy się po Roppongach. Poszłyśmy na Roppngi Hills do Grand Hyatt Hotel, skąd jak się okazało, jeździ autobus na Narite (lotnisko) i wcale nie trzeba jechać najpierw na Akasakę, jak mi mówiono (co wiązałoby się z koniecznością wzięcia taksówki). Ten hotel jest jaieś 5 minut od mojego mieszkania, więc wygodnie. Wzięłyśmy rozkład jazdy i zarezerwowałyśmy bilet. Przy okazji widziałyśmy kilka super-wypasionych samochodów i kilku bardzo bogatych ludzi mieszkających w owym hotelu. Wróciłyśmy do mieszkania i gadałyśmy sobie, a Magda się pakowała. Dostałam kilka rzeczy w spadku^^
Potem ruszyłyśmy do Azabujuuban. Byłam tam tylko raz, od kiedy się przeprowadziłam na Roppongi- gdy było matsuri. Strasznie mi brakuje tamtej okolicy. Roppongi jest takie niefajne w porównaniu do Azabu. Połaziłyśmy po sklepach i sklepiczkach, generalnie szukałyśmy jakichś omiyage (pamiątek), ale albo była jakaś totalna tandeta, albo napawdę ładne rzeczy- co znaczy: drogie. Chciałam też jeszcze jedną yukatę, ale już po sezonie i same nieładne zostały. Albo drogie. Największą atrakcją były supermarkety, gdzie kupiłyśmy trochę jedzenia i herbaty- ja, bo się przygotowuję do wysłania paczki, Magda na omiyage. Wróciłyśmy do domu inną drogą niż zwykle w ramach ostatniego zwiedzania okolicy.
W domu zjadłyśmy część zakupów ^^; i ok 20 poszłyśmy się przespać. Wstałyśmy o północy i właśnie dokonujemy ostatniej wymiany zdjęć i muzyki. Zaraz pójdziemy do DonKiego i wydamy jeszcze trochę pieniędzy :D Potem może jeszcze jakaś mała purikura, i trzeba się będzie zbierać.
Co ja tu będę sama robić?! T_T

niedziela, 16 września 2007

Parki

Przed przyjazdem do Tokio słyszałam, że miasto jest zalane betonem i w ogóle nie ma zieleni. Owszem, jest jej znacznie mniej niż w Polsce, ale "sam beton" to stwierdzenie krzywdzące. Z różnych zakątków wyglądają jakieś małe krzaczuszki, jest dużo mikro parków (które ciężko nazwać parkiem, a raczej placem zabaw z kawałkiem zieleni, no ale pisze na tym dumnie "kouen"). Fakt, niewiele jest dużych drzew czy trawników, no ale coś zielonego zawsze jest w zasięgu wzroku.
Jednak są też i takie miejsca, gdzie zieleni jest więcej, niż budynków.Więcej, niż sięga wzrok nawet. Takie miejsce to... CENTRUM TOKIO. To znaczy nie geograficzny środek miasta, ale centrum życia miejskiego (jedno z centrów). Ciut na wschód lub na północ od takich stacji metra jak: Ginza, Hibiya, Marunuchi i TOKIO właśnie... są PARKI i ogrody.
Dziś będzie więc o mojej wtorkowej wycieczce po parkach.

W poniedziałki mam wolne, ale w tym tyg. nie miałam żadnych specjalnych planów prócz zakupów w Shibuya, jak to pisałam w ostatnim poście. Po zakupach poszłam spać o bardzo nietypowej porze, czyli około 11, i wstałam po 3 z jakąś taką dziwną energią, którą postanowiłam spożytkować. Poszłyśmy więc z Magdą do DonQuijote. To zaowocowało śmiesznie tanim płaszczykiem (niecałe 3000y), sukienką (dość ładną dodam, niecałe 2000y) i majtkami Calvin Klein, których bym nigdy nie kupiła w Polsce, no ale raz się w Tokio żyje (1200y). Po co jeździć na Shibuye, skoro wszystko można w poczciwym DonKi kupić. Ach zapomniałabym o perfumach, umeshu i sake.

W związku z dużą ilością zakupów zeszło nam się nieco w tym sklepie, toteż wyruszyłyśmy gdy dochodziła już godzina 8 (mój pierwotny plan zakładał wyjazd o 6 rano). Wysiadłyśmy na stacji Hibiya (3 przystanki od Roppongi). Poszłyśmy rzucić okiem na budynek Tokio International Forum oraz Teatr Cesarski, który się okazał zawodem miesiąca, bo był to brzydki budynek, wyglądający trochę jak z PRL, a spodziewałam się czegoś w tradycyjnym stylu. Na osłodę były na nim plakaty sztuki (?) Dream Boys, gdzie grają piękni chłopcy, w tym Kamenashi Kazuya ^^ Następnie zaliczyłyśmy park Hibiya. Myślałam, że jest większy, szczerze mówiąc. Ale za to dość ładny. Dużo roślinek często opisanych tabliczkami z nazwą gatunku i jakimiś innymi info. W parku było peeeeełno kotów. Więc mi się park podwójnie podobał. Niestety kocurki nie były chętne do głaskania T_T. Było też klika nekochanów z tymi śmiesznie krótkimi ogonami. Z parku Hibiya udałyśmy się do Koukyogaien (Zewnętrzny Ogród Pałacu Cesarskiego), czyli następnego parku, otoczonego fosami, z którego widać zielone dachy pałacu cesarskiego oraz kilka budynków i bram w tradycyjnym stylu (Sakashitamon, Nijaabashi, Sakuradamon). Następnie Wadakura Fountain Park, gdzie, jak nazwa wskazuje, było kilka fajnych fontann, ale bez magii. Za parkiem była jeszcze rzeczka (a może kanał), którą zamieszkiwały wygłodniałe żółwie. Jak tylko podeszłyśmy do krawędzi mostu, to zarz podpłynęły tak ze 4 czy 5 i wychylały głowy nad wodę. Myślały, że im jakieś jedzonko rzucimy. Niedoczekanie! Ale duść słodkie były, trzeba przyznać. No i jak często się u nas widuje żyjące na wolności żółwie?! Zmęczone, ale szczęśliwe przekroczyłyśmy bramę Ootemon i znalazłyśmy sie w Koukyo Higashi Gyoen, ogrodach cesarskich udostępnionych turystom (wejście za darmo :D). Tam też wszystko pięknie, każda rośnika równo przystrzyżona, ład i porządek ewriłer, kilka starych budynków, w tym chashitsu (budynek do ceremonii parzenia herbaty), jakiś staw z spasionymi (przynajmniej dwa razy większe niż te, które się u mnie w domu na wigilie zjada) karpiami (zarówno te szare, jak i kolorowe), wodospad, mostek itp. Ogólnie nie ma co opowiadać, bo kiedyś (KIEDYŚ) będą zdjęcia. Zjadłyśmy lody, wysłuchałyśmy treningu kendo- który był w jakimś przypałacowym budynkiem z wielkim żywopłotem, więc słyszałyśmy tylko okrzyki, a zobaczyć mogłyśmy tylko, że coś tam faktycznie się rusza. I tak dobrze, że shoji były rozsunięte. No ale zawsze można sobie pomarzyć, że tam jakiś przystojny książę wymachuje bambusowymi mieczem ;D (taaak, wiem, że przystojnych książąt w rodzinie cesarskiej brak, bo same córki i jedeno niemowlę...). Olałyśmy znajdujące się w koukyo gyoen Narodowe Muzeum Sztuki Współczesnej, wyszłyśmy bramą północną z ogrodów, by za niecałe 100 metrów znaleźć się... w kolejnym parku: Kitanomaru Kouen. Park jak park, przynajmniej po tym, co już widziałyśmy nie miał jakiegoś większego uroku. No może był trochę bardziej dziki, trawa nie skoszona, gdzieniegdzie jakaś małe chaszcze, ale i tak wytyczone ścieżki, opisane drzewa itd. Olałyśmy Muzeum nauki, bo się nam jakieś takie dziecinne wydało (z gatunku pokręć, pomacaj, a dowiesz się, skąd się bierze prąd), no a jak już zaliczyłam londyńskie Muzeum of Science to chyba jestem usprawiedliwiona. Obeszłyśmy dookoła budynek Nippon Budoukan i poszłyśmy do Muzeum Rzemiosła (na obrzeżach owego parku). Najpierw byłam nieco niepocieszona, bo tam same współczesne przedmioty były, no ale w sumie nie ozna im było omówić urody lub pomysłowości, więc w sumie byłam zadowolona, chociaż mogliby mieć nico więcej tych eksponatów.
Dalej udałyśmy się do głównej atrakcji dnia czyli niesławnej Yasukuni-jinja, ("świątynia pokoju dla pastwa", która jest czymś jak nasz pomnik nieznanego rzołniera- czci się tam poległych w wojnach za ojczyznę. A że wśród nich są zbrodniarze wojenni z IIWŚ to wizyty członków rządu zawsze wywołują oburzenie w Chinach i Korei"). Do chramu wchodzi się przez wielkie, ważące 100 ton torii. Świątynia bardzo ładna, ale brak jej rozmachu Meijijingu czy atmosfery świątyń z Kamakura. Za to jest tam scena Nou (tradycyjny teatr japoński), więc się przyjrzałam dokładnie i nacieszyłam, są osadzone 3 sosny, wszystkie kolumny, malowidło na tylej ścianie, no jak w podręczniku. Wynagrodziło mi to zawód Teatrem Cesarskim z tego poranka. Obejrzałyśmy wszytko wkoło i... zaczęło padać. Właściwie to lać...I tak dobrze, że tak późno, bo ciemne chmury snuły się po niebie od amego rana. Myśl o dalszym zwiedzaniu (Ueno, Zoo i inne takie) minęła nam już wcześniej, bo się już po 14 zrobiło, i ogólnie padałyśmy z nóg i głodu, spokojnie zrobiłyśmy 20 kilometrów na nóżkach. Poszłyśmy coś zjeść (padło na curry i yakisoba) z nadzieją, że jak skończmy przestanie padać (a może i odpoczniemy i jeszcze nam sie zachce na to Ueno), ale oczywiście nie przestało lać i nie zapowiadało się, że przestanie, więc z deszczu poszłyśmy na najbliższą stacji metra, i otem musiałyśmy się przesiadać 3 razy (niewiele dalej była inna stacja z jedną przesiadką do domu, ale w deszczu nie było opcji, że tam pójdziemy). o 16 byłyśmy w domu. A wieczorem... hurra- do pracy T_T Spałam z otwartym oczami. na szczęście nie było bizi.

A teraz o rzeczy przykrej. Od 2 dni nie mam internetu. Zniknął! T_T Kradłam bezprzewodowy net sąsiadom, ale teraz go nie ma, a inne sieci są zahasłowane. Na szczęście jest inna niezahasłowana sieć w pobliskim parku, więc rano po pracy będę tam chodzić, jeśli nie będzie padać. Niestety wrzesień to pora tajfunów i może padać dość często T_T Więc jak mnie zobaczycie na gg to korzystajcie z okazji, bo nie wiadomo, kiedy znów będę, choć z moim uzależnieniem to pewnie nie tak długo... Generalnie strasznie cierpię bez tego netu, więc czekam na wyrazy współczucia.

poniedziałek, 10 września 2007

Shibuya 109

Na dzisiaj nie zaplanowałam nic ciekawego, mimo, że miałam dzień wolny. Myślałam, żeby jechać do Nikkou,ale się nie udało, mam nadzieję, ze dam rade za tydzień, albo dwa.
zamiast tego pojechałam ok 17 na Shibuyę (to nie moja pierwsza wizyta tam). Tam byłam w Shibuya 109 jednym z najpopularniejszych centrów handlowych (ciuchy, buty, biżuteria, akcesoria)dla młodzieży. Ceny różne, zależnie od butiku, ale można by sobie na coś pozwolić. Niemniej nie znalazłam niczego, co krzyczałoby do mnie kup mnie, wiec nie kupiłam nic. Strasznie żałuję, że się nie zajęłam ciuchowymi zakupami, kiedy były przeceny (cały sierpień). Coś mi się wydaje, że nic ładnego sobie nie kupię.
Potem poszłam jeść do hiszpańskiej restauracji. Takie średnie to jedzonko było. Właściwie to smaczne były omlet z ziemniakami, smażone grzyby i sałatka ze smażonych warzyw, ale samo danie główne- risotto z krewetkami i małżami (ośmiornice chyba też były, tylko drobno pokrojone i w sumie nie wiem, co to było) takie średnie (jednak nie jestem wielką fanką takich owoców morza). Ogólnie się nie najadłam. Wróciłam i poszłam spać tak po jedenastej. Wstałam o 3 i postanowiłam, że z rana pojadę na wielkie zwiedzanie Tokio (dzielnicy Tokio w Tokio :D). Plan już opracowany, pewnie niedługo będę wychodzić.

sobota, 8 września 2007

zmiany

Zmieniłam laya. A właściwie skradłam layout z mojego bliźniaczego bloga, który już dawno umarł, a właściwie to nigdy nie żył. Miałam zamiar tam pisać, ale już z tym blogiem się nie wyrabiam, więc gomen Izo i Bartku, ale reszta tylko na skajpie.

I tak, nadal nie mogę się pozbyć tego nagłówka. W tej chwili to nie mogę go nawet znaleźć... A nie mam czasu się bawić.

Pojawiła się też galeria (link po prawej stronie, nad nekochanami). Na razie prawie pusta, ale plany są ambitne. Radzę przeglądać online, a nie pobierać na dysk, bo robię opisy do zdjęć. Zajmuje to naprawdę dużo czasu i energii, dlatego się wysilcie i przeczytajcie, ne :D Póki mam zapał.

Jak zwykle zachęcam do pozostawienia komentarzy- tym razem do zdjęć.

czwartek, 6 września 2007

powrót do Japonii

Dziś byłam na japońskim jedzeniu, żeby nie było, ze szaleję za bardzo. Micha ryżu, zupa miso, wołowina i dwie sałatki (650y). Też dobre było. Że też ja się zawsze tak z rana objem (a z rana znaczy tuż przed snem^^;)

Poza tym właśnie przyszedł dziś tajfun (bodajże tajfun nr 9, tutaj nie nadaje się żeńskich imion tajfunom, w rodzaju Katerina czy Oktavia, jak w Stanach, ale tajfuny mają tylko numery). Więc pada i wieje straszliwie. Wiatr połamał mi parasol T_T i teraz nie mam. Muszę w pracy podwędzić. Zawsze jest kilka zapomnianych przez klientów^^; to sobie zabieram, jak nie mam. Po 2-3 dniach wytchnienia od poniedziałku znów było gorąco i miałam nadzieję, ze tajfun przyniesie ochłodzenie. Niestety jest tylko ciut chłodniej. Ale generalnie to fajnie jest doświadczyć tajfunu, tak samo, jak nie mogłam się doczekać pierwszego trzęsienia ziemi^^;. Wprawdzie w lipcu też był tajfun, albo i 2, ale były bardziej na południu Jpn i W Tokio tylko wiało i padało. A ten tajfun właśnie niemal centralnie na Tokio idzie. Sama radość. Baaaka.

Mam zaległe opisy Yokohamy z pon i Ebisu z wt, ale nie mam motywacji do pisania. Czekam na komenty!

koreańskie jedzonko

A dziś byłam w restauracji koreańskiej w Tokyo Midtown^^ Zawsze chciałam wiedzieć, co oni w tych dramach tam szamają. Chociaż to moje było inne od tego, co zazwyczaj w dramach widzę. Jadłam więc kimchi, coś, co najbardziej kojarzy mi się z koreańską kuchnią- w każdej dramie to jedzą. Jest to rodzaj kiszonej kapusty, nico mniej kwaśnej niż nasza, za to bardzo pikantna i z jakimś czerwonym czymś, przypuszczalnie papryą. Miałam okazję jeść kimchi już wcześniej w izakaya. Średnio lubię. Potem zupa z wakame (rodzaj smacznych wodorostów). Sałatka. Danie główne: absolutnie przepyszna wołowina smażona warzywami, o lekko słodkawym smaku. Cudna! Wszystko to, naturalnie, dopełnione miseczką ryżu.
Chyba się jeszcze kiedyś wyore na koreański jedzenie :D
Wiec, wliczając knajpę chińską z poniedziałkowej wyprawy do Yokohamy, miałam kulinarną wycieczkę dookoła Azji ostatnio.

środa, 5 września 2007

Ebisu

Dziś wybrałam się do Ebisu, dzielnicy odległej od Roppongi jedynie o stacje metra (co bło głównym argumentem, by tam jechać. Przeszłam się o okolicy, głównie po kompleksie handlowo-restauracjowo-biznesowym Ebisu Garden Place. Bardzo mi się podobało zagospodarowanie terenu. Tutaj, jak się stawia wieżowiec,lub grupę wierzowców to robi się w okół niego całą infrastrukturę, jest wiec trochę restauracji i sklepów, dogdne połączenie ze stacją (w tym wypadku nadziemnym tunelem, w którym jest ruchomy chodnik- rzecz bardzo popularna w Japonii. Bardzo to wygodne dla leniwych :D I rzeczywiście nieco przyspiesza poruszanie się pomiędzy budynkami, bo wszyscy stojący stoją grzecznie po lewej stronie, a wszyscy, którzy się spieszą maszerują stroną prawą). Wszystko jest przemyślane, estetyczne, dobrze zaprojektowane, starannie wykonane i zawsze utrzymywane w porządku i dobrym stanie. Jest trochę zieleni, obowiązkowo nico wody, czy w postaci obowiązkowej niemal fontanny, czy w postaci sztucznego stawu, a to jeszcze jakaś rzeźba, a to pomnik, a to mini-chram shintou. Ładne, równe chodniki, pasujące stylem do reszty zabudowy. wszystko odpowiednio oświetlone. Wszędzie publiczne toalet, na ogół czyste, kraniki z pitną wodą.
Ogólnie mówiąc, nie stawia się tu pojedynczych budynków, tylko są to całe projekty urbanistyczne. Nie znam się na architekturze, więc nie potrafię ocenić ich walorów architektonicznych, nie mieszkam/pracuję tam też, więc nie wiem, czy rzeczywiście są wygodnymi miejscami. Ale wszystko wygląda naprawdę ładnie (niektóre miejsca wręcz efektownie), wszystko sprawia wrażenie starannie przemyślanego i funkcjonalnego. Nawet to Ebisu, o którym, w dio Ginzy, Shibui, Shinjuju, Roppongi czy innych, nigdy się nie słyszy i często omija w przewodnikach turystycznych, zrobiło na mnie wrażenie. O budynkach takich jak Roppongi Hills, czy Tokyo Midtown nawet nie wspominam.
Smutne to, ale jesteśmy przynajmniej 30 lat do tyłu pod tym względem.
W Ebisu Garem Place ma siedzibę Sapporo, jeden z większych japońskich browarów i producentów napoi wszelakich. Teraz same browary są gdzieś indziej i znajduje sie tu tylko część biurowa, ale jst też... muzeum piwa :D Co jeszcze fajniejsze, jest ono za darmo, bo w umie jest wizytówka i reklamą firmy. ak więc można sobie zobaczyć jakieś stare maszyny, stare zdjęcia, obejrzeć kilka filmów o produkcji piwa (japanese only), dowiedzieć sie czegoś o historii browaru. Najbardziej mi się podobała sala z plakatami reklamowymi od lat pięćdziesiątych a do dziś.

Potem poszłam do Tokijskiego Muzeum Fotografii, mieszczącego się na przeciw krańcu tego kompleku. Miałam tylko 45 minut do zamknięcia, więc trochę się ś;pieszyłam, ale w se to idealnie wyszło. Były 3 wystawy: pierwsza to zdęcia różnych autorów z lat 60-80 gwałtownie rozwijającego się Tokio i dzielnic, które wówczas były totalnymi zadupiami a dziś są suerburżjskie i ultranowoczesne. Druga wystawa była wysawa jakiegoś forografa (nazwisko zapomniałam, jak znajdę ulotę, to dopiszę); przyroda; trzy cykle zdjęć: drzewa i wodospady, zdjęcia z jakiegoś festiwalu ognia, cy coś w tym stylu, śnieg i drzewa sakury (jap. wiśnie). Ładne^^

Tu muszę powiedzieć,ze olska znów jest 30 lat do tyłu. Japońskie muzea są super. Nawey takie tam sobie muzeum piwa ma kilka fajnych, ciekawych eksponatów, coś sie rusza, coś gada, tu można czymś pokręcić, tam coś nacisnąć. Trochę historii, trochę bajerów. Animacja na ekranach wmontowanych w podłodze itp.
Wrażenie robiło na mnie owo muzeum fotografii i druga wystwa. Pierwsza sala, powiedzmy, zwyczajana, muzealna. światło nieco przygaszone, szare ściany, na środku białe skórzane coś do siedzenia. druga sala to wąski korytarz, niemal zupełnie ciemny, tam były te zdjęcia z ogniem, bardzo efektownie to wyglądało. I nagle szok. Przestronna zupełnie biała i bardzo jasno oświetlona sala. W pierwszej chwili trzeba zmrużyć oczy. Wiać, że ta sala tak nie wygląda na co dzień, na podłogę położone jest śnieżnobiałe PCV (reszta połóg to deski), ściany też oklejone na biało, biały sufit.Wcale nie wygląda na prowizorkę. I wiszą sobie zdjęcia tego śniegu, lub bladoróżowych kwiatów wiśni. Może z opisu nie wydaje się to aż takie super, ale robi niesamowite wrażenie i sprawia, że zdjęcia nie tylko wiszą na ścianie, ale po prostu są tym, co jest sfotografowane. Jak się wróci myślami do pozostałych sal, ma się takie przyjemne uczucie kompletności tych zdjęć i tego, że ktoś to fajnie wymyślił, ktoś się postarał z wykonaniem.

W trzeciej sali były zdjecia wszelakie, od bardzo starych, przez portrety, zdjęcia z Japonii z i Afryki, aż po ludzi chorych na te wszytkie dziwne choroby swodowane zaniczyszczeniem środowiska, np itai-itai, o których mieliśmy kiedyś referat na zajęciach z magistrem K.

Po zaliczeniu wystaw przeszłam się jeszcze po holu na parterze. Była tam sala kinowa, a przed nią... Miś Uszatek- zdjęcia, wydruki stron z internetu, maskotki, plakaty, rysunki dzieci. Pamiętacie, kiedyś posyłałam na gg link do japońskiej strony Uszatka, jak Japończycy kupli do niego prawa. Teraz wyświetlają to w kinach, 10 odcinków z przerwą w środku. Podobno japońskim dzieciom bardzo się podoba. Anyway, jak to zobaczyłam, to mi sie tęskno zrobiło i się rozpłakałam... ^^;
A jako dziecko nawet nie lubiłam Uszatka.

Z Ebisu pojechałam jeszcze do Naka Meguro znaleźć upragniony przeze mnie Bookoff (sieć tanich księgarnio-antykwariatów). na parterze peeeeeeełno mang. Nie wiem, jak można tam coś znaleźć... Chciałam coś z mojego lubionego typ[u, ale wszystkie były wielotomowe, a ja bm chciała jakiegoś oneshota albo cos 2-3 tomikowego max. Za to kupiłam sobie burżujskie wydanie mojej lubionej autorki- Yazawa Ai (ta od Parakiss i Nana)- Tenshi nanka ja nai (aniołem to ja nie jestem). Ciekawe, czy kiedyś przeczytam^^;
Potem poszłam na 3cie pitro CD i DVD i widziałam DVD z dramami. Była Nobuta o produce, jedna z moich ulubionych. Na szczęście udało mi się nie kupić, bo była droga (13000y, w zwykłym sklepie pewnie koło 18000). Potem musałam już wracać, żeby do pracy zdążyć, więc na piętro z książkami nie miałam nawet czasu zajrzeć, a o gazetach z pięknymi chłopcami zupełnie zapomniałam. >_<

poniedziałek, 3 września 2007

Yokohama

Jak zwykle w dzień wolny (dni wolne mam tu zawsze najbardziej męczące), ruszyłam potwornie niewyspana na podbój kolejnych miejsc. Tym razem była to Yokohama (pozwolę sobie nie spolszczać), leżąca kilkanaście kilometrów na południowy-zachód od Tokio. Jest to jeden z największych portów na świecie. Z Roppongi jest tam bardzo dogodny dojazd, 3 przystanki metrem do Nakameguro(160y), a potem około półgodziny pociągiem (260y). Potem jeszcze trzeba się przejechać po samej Yokohamie.
Umówiona byłam z Czarkiem w Sakuragichou o 13. Bardzo to przyjemne spotkać się z jakimś japonistą po dłuższym czasie, zupełnie jak z sempai Magdą. Przeszliśmy się w te i we wte po okolicy- głównie wokół urbanistycznego kompleksu Minato Mirai 21 (taka tam sobie wizja metropolii przyszłości)- ukończonej 3 lata temu rewitalizacji tej części portu.
Tuż obok jest znany park rozrywki, gdzie przejechaliśmy się rollercoasterem (lepszy niz w Disneylandzie, ale nie tak ładny i krótko sie jedzie (700y), a potem jechaliśmy obowiązkowym Cosmo Clock Ferris Wheel, sławnej na całą Japonię karuzeli z gatunku diabelski młyn- wysokość 113m (jedno z największych na świcie), (700y). Widok z tego jest przepiękny a najlepiej widać Pacifico Yokohama (bardzo ładny budynek w kształcie żagla) i Landmark Tower. (Bartku, wszystko to jest na twojej pocztówce). Następnie zobaczyliśmy Nippon Maru (żaglowiec) i przeszliśmy się promenadą. Zajrzeliśmy też do Yokohama Museum of Art. Nie było tam wystaw na tyle nas interesujących, by zakupić bilet (^^;), ale przyjrzałam się budynkowi, który sam w sobie jest ciekawy-zaprojektowany przez uznanego architekta i urbanistę Kenzou Tange. Może się nie znam, ale koleś projektuje super budynki wg mnie, zachęca do przeszukania sieci. (Tokyo dome hotel, Fuji TV na Odaibie, Tokyo Metropolitan Government Building w Shinjuku, Hiroshima Peace Memorial Museum i wiele innych także poza Jpn).
Potem spotkaliśmy się z Megumi, narzeczoną Czarka, i jej koleżanką. Pojechaliśmy do Kannai zobaczyć stadion bejsbolowy (ulubiony sport Japończyków), następnie udaliśmy sie to Yamate. Poszliśmy na Cmentarz Cudzoziemców. W między czasie zdarzyło mi się trochę po japońsku rozmawiać, a nie jest to częste na Roppongi.
Ostatnim i najważniejszym punktem zwiedzania była Chuukagai- yokohamskie chinatown. Połaziliśmy po sklepach sprzedających różne dziwne rzeczy (np suszone meduzy, jako zakąskę do alkoholu) i pełno chińskiego kiczu (królowały pandy i złote świnie). Ogólnie mówiąc bardzo kolorowo i prawie klimatowo. Były też 2 chińskie świątynie i kilka bram (obfotografowane z każdej strony). Na koniec
jedzonko w chińskiej restauracji. Ja wzięłam subuta-wieprzowina z warzywami i sosem octowo-nie-wiadomo-jakim (su=ocet, buta= świnia), mocno kwaśne było, miska ryżu, dziwna zupa bez smaku, smaczny marynowany kurczak z cebulą, a na koniec deser z tofu(twaróg sojowy) (znacznie smaczniejszy niż się spodziewałam). Tofu normalnie nie jest się na słodko, tylko z sosem sojowym, albo smażony, albo w zupie. Chińskie jedzenie w Jpn jest znacznie inne od tego, jakie znamy z naszych chińskich fast-foodów a nawet lepszych restauracji. Brak i wołowiny w pięciu smakach, i wieprzowiny w sosie słodko-kwaśnym z dziwnymi grzybami ^_~;, i kaczki po pekińsku.
W drodze [owrotnej przszłam sie jeszcze w okół stacji Yokohama (już sama), powietrze było bardzo przyjemne, pachniało morzem i wprawiło mnie w nostalgiczny nastrój. Weekend był chłodniejszyniż ostatnie dni, ale oczywiście dzisiaj, kiedy sie wybrałam na wycieczkę i byłam przygotowana na miłe dwadzieścia kilka stopni (i tyle akurat było, gdy wychodziłam z domu w południe), to w Yokohamie właśnie wyszło słońce, zaczęło grzać i było strasznie gorąco. I dopiero wieczorem znów zrobiła się przyjemnie. Potem poszłam jeszcze do centrum handlowego, bo bardzo mało chodzę tutaj po sklepach ciuchowych, no a przecież coś sobie muszę kupić, choćby tak dla zasady. Widziałam dość ładną sukienkę,ale tak średnio leżała- widać było,że szyta na Japonkę, i była taka ani tania, ani droga. Myślałam, że trafię jeszcze na coś ładniejszego. I trafiłam, znalazłam przecudną elegancka plisowaną spódnicę, z niesmowitego materiału, taką do noszenia z żakietem- oczywiście nie było rozmiaru. W Polsce zdążyłmsię w ty roku przyzwyczaić do rozmiaru S, po który najpierw z dżą niemiałością sięgalam, a terz to już sę nawet nie zastanawiam. Ale tu w Jpn nadal jestem L, no czasem M. Niby schudłam jeszcze 3 kg tutaj po pierwszym miesiącu, ale jestem pewna, że już przytyłam, bo prawie codziennie jem w pracy lub po drodze do pracy w McDonadsie (bo szybko i tanio). (Nie myślcie sobie, że ciągle tylko w knajpkach jadam)
Well, zdążyłam się w owej spódnicy zakochać i byłam dość zrozpaczona, że nie mogę jej nieć. Do tego była tania, bo był ostatni dzień wyprzedaży w tamtym sklepie. Potem jeszcze trochę połaziłam, ale już nic ładnego nie znalazłam i o tej sukience, którą najpierw widziałam, też zapomniałam, więc jeszcze cały wieczór potem myślałam, że trzeba było ją kupić.

Yokohama wydała mi się przyjemnym miastem, wygodnym do życia. Ma zupełnie inną atmosferę niż Tokio, inne powietrze pachnąc morzem, ciut więcej przestrzeni, ciut mniej ludzi. Klimatem przypomina mi Gdynię i chyba to dobre porównanie. Miasto zbudowane stosunkowo niedawno, od razu z założeniem, że ma to być najważniejszy port kraju, nieco międzynarodowa atmosfera, obecnie w trakcie modernizacji, sporo inwestycji itd. Brakuje tam może nieco turystycznych atrakcji w porównaniu z sąsiednimi, starszymi miastami (Tokio, Gdańsk), ale jest port, muzeum morskie, statek muzeum, jakiś bulwar. Za to nie brakuje knajpek, klubów, sklepów, kin. Jakieś imprezy kulturalne też sie odbywają niekiedy. Tyle tylko, że Yokohama ponad 10 razy większa, niż Gdynia i trochę się to czuje w rozmachu budowli. Zobaczymy co wyjdzie w naszych Sea Towers^^;

niedziela, 2 września 2007

tajskie jedzonko

Ech, kiedy mi zależy, żeby skończyć prace szybko (z racji tego, że jutro się wybieram do Yokohamy i muszę wstać skoro świt, czyli w południe, a dokładnie o 11), to oczywiście nagle klub robi się wery bizi i zamiast skończyć kilkanaście minut po trzeciej, skończyłam o 4.35. Blah. Jutro będę zombie.

Ale było w pracy ez coś miłego. Dziewczyna z Tajlandii, która ze mną pracuje, przyniosła własnoręcznie zrobione tajskie jedzenie dla wszystkich. Było więc tajskie zielone curry (dobre), jakaś bardzo smaczna potrawka z kurczaka i wieprzowiny (najlepsze), i coś, co wyglądało jak makaron ryżowy z piklowanymi warzywami, a smakowało jak makaron z kiszoną kapustą, azjatyckimi grzybami i papryką, przyprawami i rzeczami niezidentyfikowanymi (to mi nie smakowało). Do tego ryżyk. Wszystko piekielnie pikantne (niczym znane części z was jedzenie z pewnej londyńskiej hinduskiej restauracji ;D, albo jeszcze pikantniejsz...)
Generalnie chciałam się wybrac do jaiejś tutajszej tajskiej resaurcji, ale teraz to sie boję. Jeszcze mi buźkę spali, albo coś... No i w sumie już posmakowałam^^

Dostałam też dzisiaj dobry napiwek^^ (czyli praiwe 200zł)

No i pogoda wreszcie się zlitowała. Zrobiło się chłodniej. Śmiem nawet rzec, że jest bardzo przyjemnie na dworze otanio. Oby tylko jutro nie zaczęło padać.

sobota, 1 września 2007

Zedytowałam starsze posty, poprawiłam większość błędów (nie wszystkie, ale już nie mm siły i tak zabrało to zdecydowanie za dużo czasu), niektóre posty rozszerzyłam, coś tam dopisałam, dodałam trochę linków do wikipedii, coby osoby nie w temacie mogły się dokształcić ;D
Miała być jeszcze galeria zdjęć, ale wygląda na to, że to dalsza przyszłość, gomen.

W każdym razie zapraszam do ponownej lektury starszych postów (od 31 VII znaczy się, wcześniej nic ciekawego nie ma) i obowiązkowego zostawiania komentarzy, bo słabiutko z tym i mi się zupełnie pisać nie chce.

^3^

wtorek, 28 sierpnia 2007

tokijski Disneyland

Wczoraj pojechałam z Magdą (moją polską współlokatorką) do Tokyo Disney Resort.
Dostać się tam z Roppongi można szybciej i taniej niż przypuszczałam (metro do Hatchobori 160y, pociąg JR do Maihama 210y, całość około 45 minut w jedną stronę).
Sam bilet całodzienny do TDR to 5800y. Więc wycieczka wyszła mnie jakieś 7500y (ok 160zł). Na szczęście udało mi się tym razem nic nie kupić, prócz jadzenia i picia. Choć różnego rodzaju myszkomikowe i kocie uszka (opaski, spinki i różne inne bajery) były bardzo kuszące.

Dzień był gorący, ale nie bardzo gorący jak zwykle. (W tym roku został pobity Japoński rekord ciepła, kilka dni temu było 40,9 stopni w cieniu, wcześniejszy rekord to 40,8 ;p należy też zaznaczyć, e ze względu na wilgotność temperatury odczuwalne są znacznie wyższe, wiec mimo, że 40 stopni może nie robi jakiegoś wielkiego wrażenia, to jednak jest to okropne). Za to było bardzo wilgotno. Przez tą wilgoć cały czas mam takie nieprzyjemne uczucie bycia brudną. Wcale nie pocę się aż tak dużo, ale wszystko jest takie jakieś wilgotnawe i skóra też jest taka jakaś lepka w dotyku, więc już po kilku minutach od wyjścia z domu zaczyna się myśleć o prysznicu. Jest to strasznie męczące. Wyłażą mi zaraz żyły na rękach, puchą stopy.
Pogoda i tak była łaskawa, bo około godz 20 zrobiło się nieco chłodniej i naprawdę przyjemnie. A dzisiaj zaczął padać deszcz (i się ciut ochłodziło, ale tylko ciut), więc jestem bardzo wdzięczna wielce szacownym kami (japońskim bóstwom), że ten deszcz pada dzisiaj, a nie wczoraj. Bo stanie w gigantycznych kolejkach w deszczu byłoby chyba jeszcze gorsze niż stanie w upale.

No właśnie, kolejki. To rzecz, którą zapamiętam najlepiej. Na wszystkie fajne atrakcje trzeba było czekać po 100-130 minut! koszmar. A przecież był poniedziałek, a nie weekend. No ale wakacje, dzieciaki nie w szkole, to sie włóczą. To czekanie było straszne. Okropnie męczące. Około godziny 15 padałyśmy już na cyce, byłyśmy bardzo rozdrażnione, rozważałyśmy możliwość szybszego powrotu do domu, marudziłyśmy nieustannie (Magda bardziej niż ja!! ;D) i stwierdziłyśmy, ze ten disneyland w ogóle był kiepskim pomysłem. Ale potem stałyśmy w kolejce w tunelu pod ziemią, gdzie była klima, a wiec chłodno i sucho i jakoś odżyłyśmy, a przejażdżka była fajowa (taka łódka, która płynie, płynie to na powierzchni, to w tunelu, a potem spada niemal pionowo w dół i robi wielkie chlup! (musieliście widzieć w TV). W czasie spadania robi się zdjęcie, ale kosztuje takie 1050y, więc nie kupiłyśmy, bo to jednak lekka przesada jest... -_-' Oprócz tego, że Magda się strasznie bała i nie chciała już jechać na niczym, było fajnie. Potem poszłyśmy stać w kolejnej giga kolejce (nasępne 2 godziny prawie) i jak już tam wchodziłyśmy, to chciała zrezygnować. Na szczęście kazałam jej jechać i koniec. A był to super ekstra rollercoaster-rakieta, gdzie sie jedzie strasznie szybko, ostrych zakrętach, pod dużym kątem w niemal całkowitej ciemności, a wszędzie wyświetlane są gwiazdy i inne kosmiczne czary-mary. Więc całą jazdą Magda krzyczała "Cudownie! Jak pięknie!", a ja jej niekiedy wtórowałam. Warte to było czkania i sprawiło, że odżyłyśmy i wstąpił w nas zapał i nowa energia. Jak wyszłyśmy było już ciemno i zaczynała się właśnie wieczorna parada (disnejowskie postacie na platformach rozświetlonych tysiącami światełek tańczą i machają do tłumów). Ludzie poszli się gapić, więc do atrakcji średniego kalibru kolejki były na ok 10 minut. Przejechałyśmy się dwa razy karuzelą-filiżankami z Alicji w krainie czarów (także zapewne znane z widzenia z TV) i klasyczną karuzelą z konikami. Poszłyśmy na moment obejrzeć tą paradę, przejechałyśmy się jeszcze jedną łódką, zobaczyłyśmy końcówkę ostatniego występu (z fontannami, wybuchami ognia i odrobią fajerwerków- dość widowiskowe) i ruszyłyśmy w stronę domu.

niedziela, 26 sierpnia 2007

matsuri podejście drugie

Dziś ponownie poszłam na matsuri na Azabu juuban. Tym razem poszłam tam nie sama, lecz z moją współlokatorką Magdą; obie wystroiłyśmy się w zakupione przeze mnie w piątek yukaty, więc już od samego rana (a właściwie popołudnia^^;) miałyśmy zabawę w ubierani się i wiązanie obi.

Jak szłyśmy na matsuri, to w Roppongi wszyscy sie za nami oglądali- hehe, role sie odwróciły, normalnie to m się gapimy na nich :P

Było straaaaasznie tłoczno, bardziej niż w piątek. Choć dzień nie był aż taki gorący (tak dla odmiany), to było nam gorąco z powodu tłumów, wielkiej ilości stoisk z jedzeniem, co najczęściej oznacza gril albo blat do smażenie- obydwa emitują masę ciepła, i jeszcze z naszym yukatowym strojem. Nastrzelałyśmy kupę zdjęć (głównie jedzeniu), posmakowałyśmy różnych różności (yakisoba, kukurydzy gotowanej, takich śmiecznych ciasteczek- smakowały zupełnie jak gofry i sądzę, że były z gofrowego ciasta, banana w czekoladzie, pieczonego ziemniaka. Na morskie potwory się nie skusiłyśmy). Zrobiłyśmy też kilka filmików.

piątek, 24 sierpnia 2007

matsuri

Dawno nie pisałam, chociaż mam teraz stały net. Po pierwsze edytuję stare posty, co zabiera znacznie więcej czasu niż zakładałam. Po drugie ja teraz ogólnie mam mało czasu i mało śpię, jako że jak mam towarzystwo, to ciągle gadam, albo gdzieś łazimy (chociażby do pobliskiej piekarni, w której jest normalne, pyszne pieczywo smakujące właściwie jak w Polsce, tyle, że jest tam tego tysiąc rodzajów (głównie bułki i ciastka, chleba mało jest), croissanty, bułki z serem na wierzchu, bagietki z całkiem smakowitą kiełbaską w środku (de best), wszystko! Wielka wada piekarni: ceny. Np wspomniana bagietka (a właściwie pół bagietki) z kiełbaską kosztuje jakoś tak, nie pamiętam dokładnie, ze 250 yenów, czyli ponad 6 zł (dla porównania cheeseburger w maku to 100 yenów). Ale jest takie dobre, że kupuję T_T Dobrego jedzenia nigdy nie umiem sobie odmówić...)
O moim braku czasu na komputer najlepiej chyb świadczy fakt, że mam net od tygodnia i widziałam w tym czasie 1 odcinek dramy tylko!

W ten weekend na Azabujuuban (jakieś 10-15 minut piechotą stąd) jest matsuri, czyli coś w rodzaju festynu. Oczywiście poszłam dziś i wybiorę się tam raz jeszcze jutro lub w niedzielę. Taki festyn to fajowa sprawa. Tłumy ludzi, spora cześć w yukatach. Sama też kupiłam sobie dwie kolejne yukaty (coś jak letnie kimono zrobione z bawełny), zieloną i ciemnoczerwoną, oraz 3 obi (pas)(a co sobie będę żałować). Wydałam dość dużo kasy, ale raz się żyje.
Matsuri oznacza wielką, wielką ilość straganów z jedzeniem wszelakim. Najpopularniejsze są szaszłyki ze stworzeń wszelakich, od kurczaka i krowy, przez tuńczyki na ośmiornicach innych morskich potworach skończywszy. Potem grillwane ryby (ale grillowane w taki fajny sposób (w swoim czasie zobaczycie na zdjęciu). Niesamowicie popularne jest też yakisoba, czyli smażony makaron gryczany z smażoną kapustą i sosikiem, i często jajkiem sadzonym na wierzchu. Pyyycha. Następnie opisywane już wcześniej takoyaki. Gotowna kukurydza w kolbach. Tsukemono (pikle z różnych warzywek, najpopularniejsza jest biała japońska rzodkiew, ogórek, kapusta, pędy bambusa). Okonomiyaki. Pieczone kalmary. Małże w różnej postaci. Ciastka i krakersy ryżowe. Banany w czekoladzie na patyku. Znana i z naszych festynów wata cukrowa :D WSZELKIE napoje alokoholowe, sprzedawane zarówno na butelki, jak i kubeczki. Lody z kruszonego lodu polanego syropem.
Na matsuri jest też bębniarz grający na taiko. Ludzie tańczą w wielkim kółku tradycyjny taniec do śmiesznej muzyki ;P Są jakieś konkursy, loterie, zabawy i przedstawienia dla dzieci.
Na ulicach są porozwieszane lampiony. Wszyscy chodzą z wachlarzami rozdawanymi przechodniom- z jednej strony logo matsuri, z drugiej sponsorzy. Takie wachalrze najczęściej są zatknięte za obi (pas) yukaty.
Matsuri to także mnogość pięknych chłopców, tym piękniejszych, że niekiedy w yukatach. Niestety o ile dziewcząt w yukatach jest bardzo dużo, to niestety faceci jakoś mniej się do tego garną, a ci co się zdecydują są na ogół właśnie z ubraną w piękną yukatę dziewczyną. Zresztą to chyba jest taka prawidłowość, że faceci rzadko chodzą na festyny sami lub grupkami kolegów- raczej z dziewczynami, zaś grupek radosnych, wystrojonych dziewczyn jest dużo.

Inna miła sprawa. Mamy nową współlokatorkę. Z Izraela. I (przynajmniej po jednym dniu) wydaje się super miła i fajna. Interesuje sie designem i japońską modą, dlatego tu przyjechała i chciałaby zostać. Jest tu 3 dni i myśli o papierowym małżeństwie dla wizy (nie wiem, na ile serio...^^;). Mówi:"ale fajnie będzie, wrócę za 2 miechy do kraju, znajomi spytają- i co robiłaś w Jpn- a ja powiem- a wiecie, hajtnęłam się :P" Jak widać są istoty bardziej nawiedzone ode mnie.
Do tego jest chętna do jeżdżenia i zwiedzania.

sobota, 18 sierpnia 2007

nowy komputer, nowe mieszkanie

Przeprowadziłam się. mieszkam teraz na Roppongi dokładnie na przeciwko Roppongi Hills.
Mieszkanie takie średnie. Niby duże, bo 6 pokoi, ale pokoiki malutkie, mój nie ma chyba nawet 8m2, stoi w nim piętrowe łóżko, za to nie ma szafy (bo też i gdzieżby ją postawić niby), więc łóżka górnego używam jako szafy. Poza tym nie mam też ona w tym pokoju. Ani klimy, tylko wiatrak T_T Czuje sie trochę jak w akademiku. Mieszkają tutaj 3 (niezbyt miłe) Rosjanki, ja i jeszcze jedna (miła) Polka. 2 pokoje są wolne.
Jest też jedna rzecz, którą kocham. Lustro. takie oszukane lustro, które wydłuża sylwetkę, przez co wyglądam na wysoką i bardzo smukłą. Jest cudne i muszę sobie takie w domu sprawić, a zawsze będę mieć dobre samopoczucie.
No to mam stałe, kradzione łącze z bezprzewodowym netem.

Dlatego też dzisiaj ponownie pojechałam do Akihabary i sprawiałam sobie notebooka, dość wypasionego dodam. Sam wygląd ma wypasiony, dość bardzo stylowy, poza tym jest na pilota i ma wszystko to, czego się wymaga od średniego komputera stacjonarnego. Wprawdzie marzył mi sie taki mały słodziutki i kawaii notbook 13 lub 12 cali, ale porównawszy ceny (12 calówki z wypatrzonych przeze mnie promocji kosztowały od 119ooo yenow do 125000y, zaś moja zabawka kosztowała mnie ledwie 82 tys, czyli niecaly 1900zl), zdecydowałam sie na 14 cali jednak. Wada mojej nowej zabawki- waga, aż 2,5 kg, co przy niewielkich rozmiarach jest dość dużo TT. techniczne dane: 14,1 cali, widescreen, RAM 1 GB, Dysk 120 GB, NVIDIA GeForce Go 6150, nagrywarka DVD duallayer, 3 usb, czytnik kart przeróżnych, net bezprzewodowy, ma wbudowana kamerkę, pilota i inne bajery, procesor, kurcze, nie pamiętam (ale coś w rodzaju AMD Turion64 x2 1,80) i nie mogę znaleźć tego modelu nigdzie w necie (HP Pavilion dv2000 rx692avaahf). Zainteresowanych odsyłam do sieci po szczegóły i zdjęcia. Japoński windows vista na licencji, i instrukcja obsługi tylko po jap. nie ułatwiają mi życia, oj nie... (zwłaszcza, że nie miałam jeszcze okazji bawić się vistą w cywilizowanym języku i wszystko jest dla mnie nowe, vista dość znacznie się różni od XP, przynajmniej na pierwszy rzut oka)
Za to zrobiłam sobie polskie literki i ogólnie jakość moich wpisów powinna teraz znacznie wzrosnąć.
Sam zakup był bardzo spontaniczny i mało przemyślany (na zasadzie, a wiec co dzisiaj mamy w promocji), i nie wiem, czy nie przepłaciłam, czy coś, no ale chciałam kompa i neta, i mam. W PL taka zabawka to i tak jakieś 3 tys, więc raczej sie opłacało. Choć nadal mi smutno, że nie jest to taki malutki laptopik... Bo w sumie mnie stać, ale rozsądek rzekł: dziewczyno, nie przesadzaj, ta zabawka też jest pikna i o 50% tańsza.

środa, 15 sierpnia 2007

Wszystko mnie boli. I to nie od słońca, tak jak sie spodziewałam, tylko mięśnie. Wczoraj nic mnie nie bolało, ale dzisiaj strasznie. Jednak brak kondycji musi wyjść wcześniej czy później. A zrobiłam ponad 20 kilometrów pieszo w pon i wt. Z czego spora cześć po schodach, jako iż Japończycy lubią budować swoje świątynie i chramy w górach i trzeba sie najczęściej wspinać setkami schodów.

Wczoraj i dzisiaj pracowałam w innym klubie bo mój był zamknięty w obon (święto zmarłych, miasta pustoszeją, wszyscy jadą do rodzin, choć święto trwa 3 dni, dużo firm robi sobie wolne cały tydzień). Szczerze, wolałabym po prostu nic nie robić, a nie iść do innego klubu, który jest otwarty (jest jeden własciciel i kilkanaście klubów, i czasami dziewczyny są przesuwane do innego, jak gdzieś jest za mało, albo nie ma ani jednej białej, albo coś) no ale przynajmniej dostałam dodatkowa kasę, nie dużo, bo nie dużo, ale zawsze coś.

Poza tym nadal jest obrzydliwie gorąco .