piątek, 28 września 2007

jeszcze tydzień

Za tydzień o tej porze będę siedzieć w samolocie, najprawdopodobniej gdzieś nad Rosją.
Nie mogę się doczekać powrotu i nie chcę wyjeżdżać.

Od kilku dni siedzę i właściwie nic nie robię. To był chyba pierwszy poniedziałek, kiedy nigdzie nie pojechałam. Po pierwsze sę wyspałam. Spałam chwilkę rano, a potem ogladałam dramy. Duuuuużo dram. Jak za starych dobrych czasów. W te wakacje mam takie zaległości z dramami, że nie nadrobię pewnie do nowego roku T_T Poszłam spać tak około 14 i spałam aż do północy. Pierwszy raz spałam w takich godzinach tutaj. Jak wstałam (eeeto, wstałam to chyba za dużo powiedziane, usiadłam na łóżku i wzięłam komputer w swoje łapki), była akurat bardzo dogodna do rozmów z Polską i nagle wszyscy się na mnie rzucili na gg. Normalnie to nie mam kim pogadać, nikt nie ma czasu itd, a jak ja chce tylko maila sprawdzić i dramy w spokoju oglądać, no nagle wszyscy sobie przypominają o moim istnieniu ^^; znajomi i mniej znajomi. To znaczy ja nie narzekam, czy coś. Ale siedziałam na gg do piątej rano... Potem kilka odcinków serialu (miały być dwa epy, ale się skończyło na 5, bo drama się dość dobra okazała ^^; "Jotei").
Dni kolejne też mi tak mijają. Po pracy śpię ok 3 godzin, po czym się budzę i nie mogę zasnąć, wiec siadam do komputera, ewentualnie idę do sklepu. Potem następne 2-3 godzinki snu przed pracą. Ogólnie nie mogę spać między godzinami 10-16 więc muszę spać na dwie raty, rano i po południu, przez co czuję się ciągle nie wyspana. Nigdzie nie chce mi się jeździć, niczego zwiedzać. Właściwie byłam już we wszystkich miejscach "must see" w Tokio, tylko na Odaibę jeszcze mogłabym się ruszyć. Bardzo żałuję, że moja wycieczka do Nikkou nie doszła do skutku. Wprawdzie mogę jeszcze pojechać w ten poniedziałek, ale jakoś nie mam siły... No i tak samemu? Żadna to radość. I nawet zdjęć nie ma komu robić. Z drugiej strony, nigdy nie wiadomo, czy będzie następna okazja...
Taie to trochę głupie, zwiedzać z poczucia obowiązku, bo nie wiadomo, czy będzie następny raz. Po tych 2,5 miesiącach tak właśnie się czuję- w obowiązku- zwiedzać, jeździć, chodzić, kupować.
Dlatego te kilka dni przed komputerem (zapomniałam napisać, że wróciła do mnie stały internet, jakaś nowa sieć bezprzewodowa się po sąsiedzku pojawiła) sprawiły, że poczułam się trochę jak w Krk po jakimś okresie nadwyrężonej pracy, gdy z uczuciem totalnego zmęczenia przez 3-4 dni poruszam się tylko między łóżkiem, komputerem, kuchnią i łazienką, i nagle nic nie muszę.

Wysłałam paczkę do domu. Wydawała mi się strasznie ciężka, więc już nawet nie wpakowałam do niej wszystkiego, co chciałam. Stwierdziłam, że nie doniosę jej na pocztę, więc zmyślnie użyłam walizki jako wózka. Musiało to dość dziwnie wyglądać. Na poczcie się okazało, że paczka waży ledwie 8,5 kg i spokojnie mogłam tam jeszcze kilka rzeczy upchać (nadal mam wątpliwości, czy pani na poczcie dobrze ją zważyła). Cała ta radość kosztowało mnie 6200, dla porównania 15kg kosztuje coś z 8500y a 20 kg 10250y. Raczej niedrogo, powiedziałabym. Zdecydowanie trzeba było więcej wysłać.)Oczywiście jest to paczka wysłana statkiem, będzie w pl za miesiąc, akurat, jak przyjadę do domu na długi weekend w święto zmarłych.

piątek, 21 września 2007

Ueno x2

Wczoraj i przedwczoraj byłam w Ueno. Jak się okazało, Ueno jest nie do zrobienia w jeden dzień.


Pierwszym punktem zwiedzania było Muzeum Shitamachi (shitamachi to coś jak śródmieście, zamieszkiwane przez rzemieślników i kupców). Było więc odtworzonych kilka wnętrz domów i warsztatów, sklep, świątynka, riksze, oraz sporo starych fotografii i przedmiotów codziennego użytku (np zabawek :D). Co było fajne, to że niemal wszędzie można było sobie wejść, usiąść na tatami przy stole, otworzyć szafy z futonami, zobaczyć, jak działały sprzęty w warsztacie, przy świątynce wziąć omikuji (wróżbę na karteczce papieru, którą później należy przywiązać w świątyni lub specjalnie przeznaczonych do tego stojaków) i sprawdzić, co się ma- jest też wersja ang^^ (ja wyciągnęłam "średnie szczęście"). Dość fajne to muzeum.
Potem chodziłam po parku Ueno (w którym to znajdują się wszystkie opisane tutaj miejsca). Widziałam więc shinobazu-ike zarośnięte całe lotosami (średni ładny widok, jeśli mam być szczera; no ale to nie pora kwitnienia, więc tylko wielkie liście było widać).


Następnie buddyjska świątynia Benzaiten.






Potem gadałam z japońskimi bezdomnymi ^^; w tym jednym transwestytą >_< Sami do mnie zagadali i nie bardzo wiedziałam, jak ich spławić, ale w sumie nawet byli mili, wiedzieli gdzie jest Polska itp. Trzeba powiedzieć, że Ueno jest "domem"wielu bezdomnym. W ogóle można się zdziwić, ilu bezdomnych jest w Tokio. Nawet w moim "internetowym" parku jest jedna pani, która zamieszkuje go na stałe, ale bardzo często widzę jeszcze 2-3 osoby śpiące na ławce. Na licach też często ich widać. Starych, młodych, kloszardów, zadbanych, samotnych i w grupach. Jednak japońscy bezdomni są zupełnie inni od naszych, jacyś tacy bardziej porządni, zorganizowani, niegroźni (lub wyglądający na niegroźnych^^;) i na ogół trzeźwi. Bardzo często posiadają kota :D I mimo iż koty też są bezdomne, zdają się być szczęśliwymi ze swoimi właścicielami.


Przeszłam na druga stronę parku, gdzie jest pomnik Saigou Takamori- "ostatniego samuraja". Większość z was pewnie widziała film, oprócz tego, ze historia była dość bardzo zmieniona, to właśnie ten "ostatni samuraj". Najpierw popierał cesara i restauracje Meiji, ale gdy ograniczono wpływy wojskowych i rozluźniono plityke wobec zachodu, uważał, że to złe dla państwa i przeszedł do opozycji. W 1877 roku przystąpił do walki przeciw wojskom cesarskim; widząc, że nie ma szans popełnił seppuku. To tak w dużym uproszczeniu i skrócie.



Następnie poszłam do Zoo (na terenie parku Ueno). Pierwsze Zoo w JPN, założone w 1882 roku. Generalnie sporo kawaii stworzeń, trochę typowych dla zoo zwierząt jak tygrysy, lwy, słonie, pandy, żyrafy, zebry i co tam jeszcze, ale jakoś mnie to nie bawiło, za stara już chyba jestem T_T. Generalnie odechciało mi się chodzenia już po kilkuset metrach. Na dodatek padła mi bateria w aparacie więc mam tylko kilka zdjęć. Jedyne, co było warte oglądania z mojego punktu widzenia, to mało widowiskowe może, ale nie spotykane w innych ogrodach zoologicznych zwierzęta japońskie (szczególnie dużo ptaków mieli). Z jednej strony fajnie je było obejrzeć, drugiej strony jednak i tak nie zapamiętałam ich nazw i jak będę czytać jakąś książkę, albo nie daj Boże heiańską poezję, to kiedy wymienią nazwę, nadal nie będę wiedzieć, co to, nawet, jeśli dziś widziałam. Inną rzeczą, która mnie uderzyła, to wielkość klatek i wybiegów. Wszystko to jakieś małe... Te zwierzęta chyba nie są szczęśliwe... akt, że to strasznie stare zoo, budowane w czasach, gdy poecie zoo było bliższe rzędowi klatek 4x4m z gorylem z bananem w ręku, niż tego, co widzimy dzisiaj, i widać, że wiele się robi, by zwierzętom było dobrze, no ale nie a bardzo jest co robić, bo o porostu nie ma miejsca. Poza tym, teges, w niektórych miejscach po prostu śmierdzi-_-; Za to od strony zwiedzających wszystko jest bardzo ładne. Fajnie wytyczne ścieżki, ładne płotki i ogrodzenia, dużo przeszkleń, by wszyto można było oglądać, ciekawa i zadbana roślinność, kilka miejsc na odpoczynek i jedzonko, knajpki, lody, toalety co 100 metrów niemalże (Japończyki mają lekki odchył na punkcie toalet). Zoo jest podzielone na 2 części połączone specjalnym przejściem lub kolejką monorail (z której skorzystałam^^).
Zoo mnie wykończyło totalnie i postanowiłam wracać do domu. Właściwie to nie do domu, bo jeszcze chciałam zajechać do bookoffu do Nakameguro. Tak te zrobiłam. Kupiłam sobie 5 mang yaoi ;D (sprzedam na allegro), każda za 105y (niecałe 2,5zł), książeczkę o ubieraniu kimona (o czym zaraz) i płytę jego ulubionego jap. zespołu Remioromen- Ether. Mam to w mp3 i nie jestem pewna, czy ta płyta zostanie kiedykolwiek włożona do odtwarzacza, jako, iż słucham tylko mp3 ostatnio, no ale chciałam mieć jedną jap. płytę, a tak ih lubię, ze stwierdziłam, że mogę odżałować i wydać. Nie kupiłam żadnych książek, bo nie miałam nic upatrzonego, a już nie było czasu szukać. (Może mi ktoś doradzi, co warto kupić, szczególnie bym chciała jakieś współczesne pisarki). Chciałam też coś do nauki japońskiego, ale nie było. Nie znalazłam także
gazet poświęconych aktorom z dram, więc ogólnie mało udane zakupy, choć puściłam sporo kasy^^;
Wróciłam do mieszkania i miałam tylko czas, żeby się przebrać i iść do pracy. Tam generalnie spałam i nawet nie miałam siły się z tym ukrywać więc mi zwrócono uwagę. Generalnie od kilku dni nie chodzę spać, a jedynie drzemię o najrozmaitszych porach dnia i nocy. Czasami godzinę, czasami 4 (ale nawet jak są to 4 godziny, to ciężko to nazwać snem, a raczej drzemką właśnie, bo budzę się co chwila, albo przewracam z boku na bok). W ten sposób mam dużo czasu na łażenie po sklepach, albo zwiedzanie, ale jestem wiecznie senna i zmęczona.
Po pracy od razu poszłam spać, by po 5 godzinkach wstać i udać się ponownie do Ueno. Nie sprawdzałam nawet internetu, by nie marnować czasu. Chciałam wrócić najpóźniej o 16 i jeszcze pospać te 3,5h przed pracą, żeby nie spać potem.

Główna atrakcją dnia było Tokijskie Muzeum Muzeum Narodowe. Okazało się, że można by je cały dzień zwiedzać... bo to 5 budynków i teren w okół. Więc z zaplanowanych 2,5 h zrobiły się 4,5 i to raczej pobieżnego zwiedzania... Czułam się trochę jak głupia turystka "zaliczająca" kolejne wystawy. No ale w sumie czytałam niemal wszystkie opisy itd, jedynie co, to nie sądzę, że wiele z tej wiedzy zostanie w mojej głowie.


Zaczęłam od Touyoukan- budynkowi poświęconemu Azji. Na 3 piętrach znajduje się tam 10 galerii: 1 chińskie rzeźby buddyjskie i rzeźby Indyjskie, 2 bębny z brązu 3 Egipt, Pakistan, Afganistan, Iran, Aja południowa i południowo-wschodnia, 4 sztuka starożytnych Chin, 6 chińska sztuka dekoracyjna, 6,7 kamienne płyty, nagrobki, płaskorzeźby itd, 8 chińskie malarstwo i kakografia, 9,10 Sztuka Koreańska. W tym budynku spędziłam najwęcej czasu^^


Potem poszłam do Honkan- budynku głównego, poświęconego w całości Japonii. Zwiedzało się go szybko, bo bardzo często nie musiałam czytać opisów, widząc dougu, dotaku, czy haniwa od razu wiedziałam co to i po co to i kiedy zrobione, więc tylko szybkie spojrzenie na podpis i do nastepnego. Dość miłe to było^^



Zwiedzanie zaczyna se od drugiego piętra: 1a Okres joumon, fiurki dogu i ceramika, okres yayoi i "dzwony" dotaku. Okres kofun i figurki haniwa (dość bogata kolekcja)- czyli wszystko to, co się uczuliśmy na KO, tyko na żywo a nie na zdjęciach^^ 1b Buddym dociera do Japonii- figurki (głównie brąz), buddyjskie kaligrafie i inna sztuka sakralna 2 co miesiąc wystawiany jest tu inny
Skarb Narodowy- ja trafiłam na jakiś buddyjski obraz. 3 Stuka heian buddyjska (nuda) i dworska (super)- kaligrafia, zwoje emaki, piękne pudełka na antologie wierszy, pudełka na kosmetyki inne przedmioty użytkowe. Malarstwo zenistyczne i malarstwo tuszem okresów Kamakura i Muromachi. 4 wystawa poświęcona ceremonii parzenia herbaty 5,6 samuraje: miecze, zbroje, inro, netsuke, tsuby i inne przedmioty, które prócz swych zwykłych codziennych funkcji musiały też być małymi dziełami sztuki. 7 parawany i shouji 8 Absolutnie przepiękne przedmioty codziennego użytku z okresów Azuchi-Momoyama i Edo,ceramika, kimona, meble, pudełka, przybory do kaligrafii. Wszytko to okryte pięknymi ornamentami. Japońskie zgeometryzowane wzory są przepiękne, kwiaty, liście, owady, fale... Też bym chciała takie pudełko. Zdecydowanie jedna z najlepszych wystaw. Dalej malarstwo i kaligrafia tego okresu. 9 sztuka teatrów nou i kabuki, kostiumy, kimona, maski, obrazy. 10 Edo- moda (kimona, ozdoby do włosów, itp) i obrazy ukiyo-e (wielobarwne drzeworyty).
Na pierwszym piętrze także przedmioty Japońskie, między innymi zabawki z okresu heian, gry planszowe, gra polegająca na dopasowywaniu do siebie muszelek,japońska "piłka nożna" i inne; rzeźby, ceramika, przedmioty z laki, miecze. Przedmioty Ainów i z Ryuukyuu, trochę sztuki współczesnej.


Następny budynek to heiseikan- budynek poświęcony archeologii. Jeszcze więcej haniwa i innych przedmiotów wykopanych z ziemi, zardzewiałe miecze, groty od strzał, ceramika itp. Dość pobieżnie zwiedzone^^;


Hyoukeikan- budynek z okresu Meiji wzniesiony w tylu zachodnim. Heh, no wygada dość znam, jak nasze budynki ;D w środku informacja, coś na temat samego muzeum, jakieś wystaw edukacyjne, itp. wydało mi se nudne i nie zwiedzałam.


Ostatnia w planie była galeria skarbów Houryuuji (świątynia w Narze- pierwszej stolicy Japonii, VII w) . 1 kanjo-ban- takie tam sobie buddyjskie ozdoby zwisające ze słupów lub sufitów świątyń, 2 małe żeby buddyjskie, okres Nara, głównie brąz, czasem drewno. 3 maski gigaku, 4 najróżniejsze przedmioty z drewna i laki 5 obrazy i kaligrafia,
I to na tyle z muzeum.

W okolicy nie brakuje świątyń. Choć w panie miałam zobaczyć 2, to się jednak okazało, że jest ich więcej.
Rinou-ji:


Ueno Toshouguu- jedna z niewielu Toko naprade starych świątń (1651) *reszta zniszczona w kataklizmach lub w czasie wony T_T), wzniesiona ku czci shoguna Tokugawy Ieyasu. Całkiem ładna, znajduje się w niej jakieś 200 kamiennych latarnii.




Sensou-ji

Jakaś niezidentyfikowana przeze mnie świątynia

Pozostałości o daibutsu (wieli budda) z Ueno (?)



Kiyomizu Kannon-dou

Nie chce mi się tu o nich pisać, niepotrzebnie pisałam o muzeum, na pewno to wszytko jest w interncie wraz ze zdjęciami...

No a teraz najważniejsze!
Kupiłam sobie KIMONO, nie żadną yukatę, tylko prawdziwe JEDWABNE kimono! :D :D :D
A właściwie cały komplet. Nagajuban (specjalna bielizna pod kimono, w jednym kawałku (może być też dwuczęściowa)), tabi (skarpetki z jednym palcem- czarne, niejedwabne niestety), zori (klapki), obi (pas), eri (kołnierz) i zestaw sznurków i innych gadżetów do kimona, takich jak usztywnienie pod obi itd.

Generalnie sklep ob czaiłam już pierwszego dnia, ale nie miałam przy sobie tyle pieniędzy (choć 18.900y i tak stosunkowo niedrogo). Dlatego musiałam wrócić. Dokonanie wyboru to była masakra. Najpierw chciałam czerwone kimon, bo dość dobrze wygadam w czerwonym, ale miało tylko bardzo prosty geometryczne biało-czarny wzór. Podobało mi się też czarne kimono ze wzorem w drobne kwiatki, ale czarne... kimono zasadniczo kojarzy się ludziom z czymś kolorowym i kwiecistym. Było tez bardzo ładne kremowe kimono w kwiecisty wzór, ale nie było z jedwabiu tylko poliestru T_T. W końcu zdecydowałam sie a to eleganckie-czarne. Do tego mam biało-fioletowe obi i dość śliczne zori.

Ogólnie jest to takie zwykłe codzienne kimono, a nie jakieś tam piękne i bogato zdobione, ale jest moje i już je kocham, chociaż nawet nie bardzo wiem, jak się w nie ubrać ;D (dostałam książeczkę instruktażowa gratis, no i kupiłam sobie książkę na ten temat w bookoffie, bo już wiedziałam, że jakieś kimono sobie kupię^^)
Wróciłam cała szczęśliwa, zdrzemnęłam się niecałe 2 godzinki i do pracy... Tym razem udało mi się nie spać.


środa, 19 września 2007

herbata

kyaaaaaaa... Szok!
właśnie czytałam przepisy celne na wwóz różnych towarów do Polski. Chciałam się oczywiście dowiedzieć o alkohol, ale przy okazji przeczytałam, że można wieźć 100 (słownie STO) gram herbaty... To jest jakiś dżołk? I czemu akurat herbata?!
Ja już kupiłam ponad kilogram i miałam zamiar kupić więcej. Teraz nie wiem, co zrobić. No risk, no fun??
Poza tym, to miało być główne omiyage, jak mi na lotnisku zabiorą, to co ja wtedy dam?

PS. Pojawiły sie dwa zaległe posty z początku września- Yokohama i Ebisu

poniedziałek, 17 września 2007

papa

Dzisiaj był ostatni dzień Magdy w JP. Dlatego po pracy zdrzemnęłam się w domku godzinkę i ruszyłam na miasto. Najpierw poszłyśmy z naszym szefem jeść. Było kilka spraw do obadania, więc zajęło to sporo czasu. Potem poszwendałyśmy się po Roppongach. Poszłyśmy na Roppngi Hills do Grand Hyatt Hotel, skąd jak się okazało, jeździ autobus na Narite (lotnisko) i wcale nie trzeba jechać najpierw na Akasakę, jak mi mówiono (co wiązałoby się z koniecznością wzięcia taksówki). Ten hotel jest jaieś 5 minut od mojego mieszkania, więc wygodnie. Wzięłyśmy rozkład jazdy i zarezerwowałyśmy bilet. Przy okazji widziałyśmy kilka super-wypasionych samochodów i kilku bardzo bogatych ludzi mieszkających w owym hotelu. Wróciłyśmy do mieszkania i gadałyśmy sobie, a Magda się pakowała. Dostałam kilka rzeczy w spadku^^
Potem ruszyłyśmy do Azabujuuban. Byłam tam tylko raz, od kiedy się przeprowadziłam na Roppongi- gdy było matsuri. Strasznie mi brakuje tamtej okolicy. Roppongi jest takie niefajne w porównaniu do Azabu. Połaziłyśmy po sklepach i sklepiczkach, generalnie szukałyśmy jakichś omiyage (pamiątek), ale albo była jakaś totalna tandeta, albo napawdę ładne rzeczy- co znaczy: drogie. Chciałam też jeszcze jedną yukatę, ale już po sezonie i same nieładne zostały. Albo drogie. Największą atrakcją były supermarkety, gdzie kupiłyśmy trochę jedzenia i herbaty- ja, bo się przygotowuję do wysłania paczki, Magda na omiyage. Wróciłyśmy do domu inną drogą niż zwykle w ramach ostatniego zwiedzania okolicy.
W domu zjadłyśmy część zakupów ^^; i ok 20 poszłyśmy się przespać. Wstałyśmy o północy i właśnie dokonujemy ostatniej wymiany zdjęć i muzyki. Zaraz pójdziemy do DonKiego i wydamy jeszcze trochę pieniędzy :D Potem może jeszcze jakaś mała purikura, i trzeba się będzie zbierać.
Co ja tu będę sama robić?! T_T

niedziela, 16 września 2007

Parki

Przed przyjazdem do Tokio słyszałam, że miasto jest zalane betonem i w ogóle nie ma zieleni. Owszem, jest jej znacznie mniej niż w Polsce, ale "sam beton" to stwierdzenie krzywdzące. Z różnych zakątków wyglądają jakieś małe krzaczuszki, jest dużo mikro parków (które ciężko nazwać parkiem, a raczej placem zabaw z kawałkiem zieleni, no ale pisze na tym dumnie "kouen"). Fakt, niewiele jest dużych drzew czy trawników, no ale coś zielonego zawsze jest w zasięgu wzroku.
Jednak są też i takie miejsca, gdzie zieleni jest więcej, niż budynków.Więcej, niż sięga wzrok nawet. Takie miejsce to... CENTRUM TOKIO. To znaczy nie geograficzny środek miasta, ale centrum życia miejskiego (jedno z centrów). Ciut na wschód lub na północ od takich stacji metra jak: Ginza, Hibiya, Marunuchi i TOKIO właśnie... są PARKI i ogrody.
Dziś będzie więc o mojej wtorkowej wycieczce po parkach.

W poniedziałki mam wolne, ale w tym tyg. nie miałam żadnych specjalnych planów prócz zakupów w Shibuya, jak to pisałam w ostatnim poście. Po zakupach poszłam spać o bardzo nietypowej porze, czyli około 11, i wstałam po 3 z jakąś taką dziwną energią, którą postanowiłam spożytkować. Poszłyśmy więc z Magdą do DonQuijote. To zaowocowało śmiesznie tanim płaszczykiem (niecałe 3000y), sukienką (dość ładną dodam, niecałe 2000y) i majtkami Calvin Klein, których bym nigdy nie kupiła w Polsce, no ale raz się w Tokio żyje (1200y). Po co jeździć na Shibuye, skoro wszystko można w poczciwym DonKi kupić. Ach zapomniałabym o perfumach, umeshu i sake.

W związku z dużą ilością zakupów zeszło nam się nieco w tym sklepie, toteż wyruszyłyśmy gdy dochodziła już godzina 8 (mój pierwotny plan zakładał wyjazd o 6 rano). Wysiadłyśmy na stacji Hibiya (3 przystanki od Roppongi). Poszłyśmy rzucić okiem na budynek Tokio International Forum oraz Teatr Cesarski, który się okazał zawodem miesiąca, bo był to brzydki budynek, wyglądający trochę jak z PRL, a spodziewałam się czegoś w tradycyjnym stylu. Na osłodę były na nim plakaty sztuki (?) Dream Boys, gdzie grają piękni chłopcy, w tym Kamenashi Kazuya ^^ Następnie zaliczyłyśmy park Hibiya. Myślałam, że jest większy, szczerze mówiąc. Ale za to dość ładny. Dużo roślinek często opisanych tabliczkami z nazwą gatunku i jakimiś innymi info. W parku było peeeeełno kotów. Więc mi się park podwójnie podobał. Niestety kocurki nie były chętne do głaskania T_T. Było też klika nekochanów z tymi śmiesznie krótkimi ogonami. Z parku Hibiya udałyśmy się do Koukyogaien (Zewnętrzny Ogród Pałacu Cesarskiego), czyli następnego parku, otoczonego fosami, z którego widać zielone dachy pałacu cesarskiego oraz kilka budynków i bram w tradycyjnym stylu (Sakashitamon, Nijaabashi, Sakuradamon). Następnie Wadakura Fountain Park, gdzie, jak nazwa wskazuje, było kilka fajnych fontann, ale bez magii. Za parkiem była jeszcze rzeczka (a może kanał), którą zamieszkiwały wygłodniałe żółwie. Jak tylko podeszłyśmy do krawędzi mostu, to zarz podpłynęły tak ze 4 czy 5 i wychylały głowy nad wodę. Myślały, że im jakieś jedzonko rzucimy. Niedoczekanie! Ale duść słodkie były, trzeba przyznać. No i jak często się u nas widuje żyjące na wolności żółwie?! Zmęczone, ale szczęśliwe przekroczyłyśmy bramę Ootemon i znalazłyśmy sie w Koukyo Higashi Gyoen, ogrodach cesarskich udostępnionych turystom (wejście za darmo :D). Tam też wszystko pięknie, każda rośnika równo przystrzyżona, ład i porządek ewriłer, kilka starych budynków, w tym chashitsu (budynek do ceremonii parzenia herbaty), jakiś staw z spasionymi (przynajmniej dwa razy większe niż te, które się u mnie w domu na wigilie zjada) karpiami (zarówno te szare, jak i kolorowe), wodospad, mostek itp. Ogólnie nie ma co opowiadać, bo kiedyś (KIEDYŚ) będą zdjęcia. Zjadłyśmy lody, wysłuchałyśmy treningu kendo- który był w jakimś przypałacowym budynkiem z wielkim żywopłotem, więc słyszałyśmy tylko okrzyki, a zobaczyć mogłyśmy tylko, że coś tam faktycznie się rusza. I tak dobrze, że shoji były rozsunięte. No ale zawsze można sobie pomarzyć, że tam jakiś przystojny książę wymachuje bambusowymi mieczem ;D (taaak, wiem, że przystojnych książąt w rodzinie cesarskiej brak, bo same córki i jedeno niemowlę...). Olałyśmy znajdujące się w koukyo gyoen Narodowe Muzeum Sztuki Współczesnej, wyszłyśmy bramą północną z ogrodów, by za niecałe 100 metrów znaleźć się... w kolejnym parku: Kitanomaru Kouen. Park jak park, przynajmniej po tym, co już widziałyśmy nie miał jakiegoś większego uroku. No może był trochę bardziej dziki, trawa nie skoszona, gdzieniegdzie jakaś małe chaszcze, ale i tak wytyczone ścieżki, opisane drzewa itd. Olałyśmy Muzeum nauki, bo się nam jakieś takie dziecinne wydało (z gatunku pokręć, pomacaj, a dowiesz się, skąd się bierze prąd), no a jak już zaliczyłam londyńskie Muzeum of Science to chyba jestem usprawiedliwiona. Obeszłyśmy dookoła budynek Nippon Budoukan i poszłyśmy do Muzeum Rzemiosła (na obrzeżach owego parku). Najpierw byłam nieco niepocieszona, bo tam same współczesne przedmioty były, no ale w sumie nie ozna im było omówić urody lub pomysłowości, więc w sumie byłam zadowolona, chociaż mogliby mieć nico więcej tych eksponatów.
Dalej udałyśmy się do głównej atrakcji dnia czyli niesławnej Yasukuni-jinja, ("świątynia pokoju dla pastwa", która jest czymś jak nasz pomnik nieznanego rzołniera- czci się tam poległych w wojnach za ojczyznę. A że wśród nich są zbrodniarze wojenni z IIWŚ to wizyty członków rządu zawsze wywołują oburzenie w Chinach i Korei"). Do chramu wchodzi się przez wielkie, ważące 100 ton torii. Świątynia bardzo ładna, ale brak jej rozmachu Meijijingu czy atmosfery świątyń z Kamakura. Za to jest tam scena Nou (tradycyjny teatr japoński), więc się przyjrzałam dokładnie i nacieszyłam, są osadzone 3 sosny, wszystkie kolumny, malowidło na tylej ścianie, no jak w podręczniku. Wynagrodziło mi to zawód Teatrem Cesarskim z tego poranka. Obejrzałyśmy wszytko wkoło i... zaczęło padać. Właściwie to lać...I tak dobrze, że tak późno, bo ciemne chmury snuły się po niebie od amego rana. Myśl o dalszym zwiedzaniu (Ueno, Zoo i inne takie) minęła nam już wcześniej, bo się już po 14 zrobiło, i ogólnie padałyśmy z nóg i głodu, spokojnie zrobiłyśmy 20 kilometrów na nóżkach. Poszłyśmy coś zjeść (padło na curry i yakisoba) z nadzieją, że jak skończmy przestanie padać (a może i odpoczniemy i jeszcze nam sie zachce na to Ueno), ale oczywiście nie przestało lać i nie zapowiadało się, że przestanie, więc z deszczu poszłyśmy na najbliższą stacji metra, i otem musiałyśmy się przesiadać 3 razy (niewiele dalej była inna stacja z jedną przesiadką do domu, ale w deszczu nie było opcji, że tam pójdziemy). o 16 byłyśmy w domu. A wieczorem... hurra- do pracy T_T Spałam z otwartym oczami. na szczęście nie było bizi.

A teraz o rzeczy przykrej. Od 2 dni nie mam internetu. Zniknął! T_T Kradłam bezprzewodowy net sąsiadom, ale teraz go nie ma, a inne sieci są zahasłowane. Na szczęście jest inna niezahasłowana sieć w pobliskim parku, więc rano po pracy będę tam chodzić, jeśli nie będzie padać. Niestety wrzesień to pora tajfunów i może padać dość często T_T Więc jak mnie zobaczycie na gg to korzystajcie z okazji, bo nie wiadomo, kiedy znów będę, choć z moim uzależnieniem to pewnie nie tak długo... Generalnie strasznie cierpię bez tego netu, więc czekam na wyrazy współczucia.

poniedziałek, 10 września 2007

Shibuya 109

Na dzisiaj nie zaplanowałam nic ciekawego, mimo, że miałam dzień wolny. Myślałam, żeby jechać do Nikkou,ale się nie udało, mam nadzieję, ze dam rade za tydzień, albo dwa.
zamiast tego pojechałam ok 17 na Shibuyę (to nie moja pierwsza wizyta tam). Tam byłam w Shibuya 109 jednym z najpopularniejszych centrów handlowych (ciuchy, buty, biżuteria, akcesoria)dla młodzieży. Ceny różne, zależnie od butiku, ale można by sobie na coś pozwolić. Niemniej nie znalazłam niczego, co krzyczałoby do mnie kup mnie, wiec nie kupiłam nic. Strasznie żałuję, że się nie zajęłam ciuchowymi zakupami, kiedy były przeceny (cały sierpień). Coś mi się wydaje, że nic ładnego sobie nie kupię.
Potem poszłam jeść do hiszpańskiej restauracji. Takie średnie to jedzonko było. Właściwie to smaczne były omlet z ziemniakami, smażone grzyby i sałatka ze smażonych warzyw, ale samo danie główne- risotto z krewetkami i małżami (ośmiornice chyba też były, tylko drobno pokrojone i w sumie nie wiem, co to było) takie średnie (jednak nie jestem wielką fanką takich owoców morza). Ogólnie się nie najadłam. Wróciłam i poszłam spać tak po jedenastej. Wstałam o 3 i postanowiłam, że z rana pojadę na wielkie zwiedzanie Tokio (dzielnicy Tokio w Tokio :D). Plan już opracowany, pewnie niedługo będę wychodzić.

sobota, 8 września 2007

zmiany

Zmieniłam laya. A właściwie skradłam layout z mojego bliźniaczego bloga, który już dawno umarł, a właściwie to nigdy nie żył. Miałam zamiar tam pisać, ale już z tym blogiem się nie wyrabiam, więc gomen Izo i Bartku, ale reszta tylko na skajpie.

I tak, nadal nie mogę się pozbyć tego nagłówka. W tej chwili to nie mogę go nawet znaleźć... A nie mam czasu się bawić.

Pojawiła się też galeria (link po prawej stronie, nad nekochanami). Na razie prawie pusta, ale plany są ambitne. Radzę przeglądać online, a nie pobierać na dysk, bo robię opisy do zdjęć. Zajmuje to naprawdę dużo czasu i energii, dlatego się wysilcie i przeczytajcie, ne :D Póki mam zapał.

Jak zwykle zachęcam do pozostawienia komentarzy- tym razem do zdjęć.

czwartek, 6 września 2007

powrót do Japonii

Dziś byłam na japońskim jedzeniu, żeby nie było, ze szaleję za bardzo. Micha ryżu, zupa miso, wołowina i dwie sałatki (650y). Też dobre było. Że też ja się zawsze tak z rana objem (a z rana znaczy tuż przed snem^^;)

Poza tym właśnie przyszedł dziś tajfun (bodajże tajfun nr 9, tutaj nie nadaje się żeńskich imion tajfunom, w rodzaju Katerina czy Oktavia, jak w Stanach, ale tajfuny mają tylko numery). Więc pada i wieje straszliwie. Wiatr połamał mi parasol T_T i teraz nie mam. Muszę w pracy podwędzić. Zawsze jest kilka zapomnianych przez klientów^^; to sobie zabieram, jak nie mam. Po 2-3 dniach wytchnienia od poniedziałku znów było gorąco i miałam nadzieję, ze tajfun przyniesie ochłodzenie. Niestety jest tylko ciut chłodniej. Ale generalnie to fajnie jest doświadczyć tajfunu, tak samo, jak nie mogłam się doczekać pierwszego trzęsienia ziemi^^;. Wprawdzie w lipcu też był tajfun, albo i 2, ale były bardziej na południu Jpn i W Tokio tylko wiało i padało. A ten tajfun właśnie niemal centralnie na Tokio idzie. Sama radość. Baaaka.

Mam zaległe opisy Yokohamy z pon i Ebisu z wt, ale nie mam motywacji do pisania. Czekam na komenty!

koreańskie jedzonko

A dziś byłam w restauracji koreańskiej w Tokyo Midtown^^ Zawsze chciałam wiedzieć, co oni w tych dramach tam szamają. Chociaż to moje było inne od tego, co zazwyczaj w dramach widzę. Jadłam więc kimchi, coś, co najbardziej kojarzy mi się z koreańską kuchnią- w każdej dramie to jedzą. Jest to rodzaj kiszonej kapusty, nico mniej kwaśnej niż nasza, za to bardzo pikantna i z jakimś czerwonym czymś, przypuszczalnie papryą. Miałam okazję jeść kimchi już wcześniej w izakaya. Średnio lubię. Potem zupa z wakame (rodzaj smacznych wodorostów). Sałatka. Danie główne: absolutnie przepyszna wołowina smażona warzywami, o lekko słodkawym smaku. Cudna! Wszystko to, naturalnie, dopełnione miseczką ryżu.
Chyba się jeszcze kiedyś wyore na koreański jedzenie :D
Wiec, wliczając knajpę chińską z poniedziałkowej wyprawy do Yokohamy, miałam kulinarną wycieczkę dookoła Azji ostatnio.

środa, 5 września 2007

Ebisu

Dziś wybrałam się do Ebisu, dzielnicy odległej od Roppongi jedynie o stacje metra (co bło głównym argumentem, by tam jechać. Przeszłam się o okolicy, głównie po kompleksie handlowo-restauracjowo-biznesowym Ebisu Garden Place. Bardzo mi się podobało zagospodarowanie terenu. Tutaj, jak się stawia wieżowiec,lub grupę wierzowców to robi się w okół niego całą infrastrukturę, jest wiec trochę restauracji i sklepów, dogdne połączenie ze stacją (w tym wypadku nadziemnym tunelem, w którym jest ruchomy chodnik- rzecz bardzo popularna w Japonii. Bardzo to wygodne dla leniwych :D I rzeczywiście nieco przyspiesza poruszanie się pomiędzy budynkami, bo wszyscy stojący stoją grzecznie po lewej stronie, a wszyscy, którzy się spieszą maszerują stroną prawą). Wszystko jest przemyślane, estetyczne, dobrze zaprojektowane, starannie wykonane i zawsze utrzymywane w porządku i dobrym stanie. Jest trochę zieleni, obowiązkowo nico wody, czy w postaci obowiązkowej niemal fontanny, czy w postaci sztucznego stawu, a to jeszcze jakaś rzeźba, a to pomnik, a to mini-chram shintou. Ładne, równe chodniki, pasujące stylem do reszty zabudowy. wszystko odpowiednio oświetlone. Wszędzie publiczne toalet, na ogół czyste, kraniki z pitną wodą.
Ogólnie mówiąc, nie stawia się tu pojedynczych budynków, tylko są to całe projekty urbanistyczne. Nie znam się na architekturze, więc nie potrafię ocenić ich walorów architektonicznych, nie mieszkam/pracuję tam też, więc nie wiem, czy rzeczywiście są wygodnymi miejscami. Ale wszystko wygląda naprawdę ładnie (niektóre miejsca wręcz efektownie), wszystko sprawia wrażenie starannie przemyślanego i funkcjonalnego. Nawet to Ebisu, o którym, w dio Ginzy, Shibui, Shinjuju, Roppongi czy innych, nigdy się nie słyszy i często omija w przewodnikach turystycznych, zrobiło na mnie wrażenie. O budynkach takich jak Roppongi Hills, czy Tokyo Midtown nawet nie wspominam.
Smutne to, ale jesteśmy przynajmniej 30 lat do tyłu pod tym względem.
W Ebisu Garem Place ma siedzibę Sapporo, jeden z większych japońskich browarów i producentów napoi wszelakich. Teraz same browary są gdzieś indziej i znajduje sie tu tylko część biurowa, ale jst też... muzeum piwa :D Co jeszcze fajniejsze, jest ono za darmo, bo w umie jest wizytówka i reklamą firmy. ak więc można sobie zobaczyć jakieś stare maszyny, stare zdjęcia, obejrzeć kilka filmów o produkcji piwa (japanese only), dowiedzieć sie czegoś o historii browaru. Najbardziej mi się podobała sala z plakatami reklamowymi od lat pięćdziesiątych a do dziś.

Potem poszłam do Tokijskiego Muzeum Fotografii, mieszczącego się na przeciw krańcu tego kompleku. Miałam tylko 45 minut do zamknięcia, więc trochę się ś;pieszyłam, ale w se to idealnie wyszło. Były 3 wystawy: pierwsza to zdęcia różnych autorów z lat 60-80 gwałtownie rozwijającego się Tokio i dzielnic, które wówczas były totalnymi zadupiami a dziś są suerburżjskie i ultranowoczesne. Druga wystawa była wysawa jakiegoś forografa (nazwisko zapomniałam, jak znajdę ulotę, to dopiszę); przyroda; trzy cykle zdjęć: drzewa i wodospady, zdjęcia z jakiegoś festiwalu ognia, cy coś w tym stylu, śnieg i drzewa sakury (jap. wiśnie). Ładne^^

Tu muszę powiedzieć,ze olska znów jest 30 lat do tyłu. Japońskie muzea są super. Nawey takie tam sobie muzeum piwa ma kilka fajnych, ciekawych eksponatów, coś sie rusza, coś gada, tu można czymś pokręcić, tam coś nacisnąć. Trochę historii, trochę bajerów. Animacja na ekranach wmontowanych w podłodze itp.
Wrażenie robiło na mnie owo muzeum fotografii i druga wystwa. Pierwsza sala, powiedzmy, zwyczajana, muzealna. światło nieco przygaszone, szare ściany, na środku białe skórzane coś do siedzenia. druga sala to wąski korytarz, niemal zupełnie ciemny, tam były te zdjęcia z ogniem, bardzo efektownie to wyglądało. I nagle szok. Przestronna zupełnie biała i bardzo jasno oświetlona sala. W pierwszej chwili trzeba zmrużyć oczy. Wiać, że ta sala tak nie wygląda na co dzień, na podłogę położone jest śnieżnobiałe PCV (reszta połóg to deski), ściany też oklejone na biało, biały sufit.Wcale nie wygląda na prowizorkę. I wiszą sobie zdjęcia tego śniegu, lub bladoróżowych kwiatów wiśni. Może z opisu nie wydaje się to aż takie super, ale robi niesamowite wrażenie i sprawia, że zdjęcia nie tylko wiszą na ścianie, ale po prostu są tym, co jest sfotografowane. Jak się wróci myślami do pozostałych sal, ma się takie przyjemne uczucie kompletności tych zdjęć i tego, że ktoś to fajnie wymyślił, ktoś się postarał z wykonaniem.

W trzeciej sali były zdjecia wszelakie, od bardzo starych, przez portrety, zdjęcia z Japonii z i Afryki, aż po ludzi chorych na te wszytkie dziwne choroby swodowane zaniczyszczeniem środowiska, np itai-itai, o których mieliśmy kiedyś referat na zajęciach z magistrem K.

Po zaliczeniu wystaw przeszłam się jeszcze po holu na parterze. Była tam sala kinowa, a przed nią... Miś Uszatek- zdjęcia, wydruki stron z internetu, maskotki, plakaty, rysunki dzieci. Pamiętacie, kiedyś posyłałam na gg link do japońskiej strony Uszatka, jak Japończycy kupli do niego prawa. Teraz wyświetlają to w kinach, 10 odcinków z przerwą w środku. Podobno japońskim dzieciom bardzo się podoba. Anyway, jak to zobaczyłam, to mi sie tęskno zrobiło i się rozpłakałam... ^^;
A jako dziecko nawet nie lubiłam Uszatka.

Z Ebisu pojechałam jeszcze do Naka Meguro znaleźć upragniony przeze mnie Bookoff (sieć tanich księgarnio-antykwariatów). na parterze peeeeeeełno mang. Nie wiem, jak można tam coś znaleźć... Chciałam coś z mojego lubionego typ[u, ale wszystkie były wielotomowe, a ja bm chciała jakiegoś oneshota albo cos 2-3 tomikowego max. Za to kupiłam sobie burżujskie wydanie mojej lubionej autorki- Yazawa Ai (ta od Parakiss i Nana)- Tenshi nanka ja nai (aniołem to ja nie jestem). Ciekawe, czy kiedyś przeczytam^^;
Potem poszłam na 3cie pitro CD i DVD i widziałam DVD z dramami. Była Nobuta o produce, jedna z moich ulubionych. Na szczęście udało mi się nie kupić, bo była droga (13000y, w zwykłym sklepie pewnie koło 18000). Potem musałam już wracać, żeby do pracy zdążyć, więc na piętro z książkami nie miałam nawet czasu zajrzeć, a o gazetach z pięknymi chłopcami zupełnie zapomniałam. >_<

poniedziałek, 3 września 2007

Yokohama

Jak zwykle w dzień wolny (dni wolne mam tu zawsze najbardziej męczące), ruszyłam potwornie niewyspana na podbój kolejnych miejsc. Tym razem była to Yokohama (pozwolę sobie nie spolszczać), leżąca kilkanaście kilometrów na południowy-zachód od Tokio. Jest to jeden z największych portów na świecie. Z Roppongi jest tam bardzo dogodny dojazd, 3 przystanki metrem do Nakameguro(160y), a potem około półgodziny pociągiem (260y). Potem jeszcze trzeba się przejechać po samej Yokohamie.
Umówiona byłam z Czarkiem w Sakuragichou o 13. Bardzo to przyjemne spotkać się z jakimś japonistą po dłuższym czasie, zupełnie jak z sempai Magdą. Przeszliśmy się w te i we wte po okolicy- głównie wokół urbanistycznego kompleksu Minato Mirai 21 (taka tam sobie wizja metropolii przyszłości)- ukończonej 3 lata temu rewitalizacji tej części portu.
Tuż obok jest znany park rozrywki, gdzie przejechaliśmy się rollercoasterem (lepszy niz w Disneylandzie, ale nie tak ładny i krótko sie jedzie (700y), a potem jechaliśmy obowiązkowym Cosmo Clock Ferris Wheel, sławnej na całą Japonię karuzeli z gatunku diabelski młyn- wysokość 113m (jedno z największych na świcie), (700y). Widok z tego jest przepiękny a najlepiej widać Pacifico Yokohama (bardzo ładny budynek w kształcie żagla) i Landmark Tower. (Bartku, wszystko to jest na twojej pocztówce). Następnie zobaczyliśmy Nippon Maru (żaglowiec) i przeszliśmy się promenadą. Zajrzeliśmy też do Yokohama Museum of Art. Nie było tam wystaw na tyle nas interesujących, by zakupić bilet (^^;), ale przyjrzałam się budynkowi, który sam w sobie jest ciekawy-zaprojektowany przez uznanego architekta i urbanistę Kenzou Tange. Może się nie znam, ale koleś projektuje super budynki wg mnie, zachęca do przeszukania sieci. (Tokyo dome hotel, Fuji TV na Odaibie, Tokyo Metropolitan Government Building w Shinjuku, Hiroshima Peace Memorial Museum i wiele innych także poza Jpn).
Potem spotkaliśmy się z Megumi, narzeczoną Czarka, i jej koleżanką. Pojechaliśmy do Kannai zobaczyć stadion bejsbolowy (ulubiony sport Japończyków), następnie udaliśmy sie to Yamate. Poszliśmy na Cmentarz Cudzoziemców. W między czasie zdarzyło mi się trochę po japońsku rozmawiać, a nie jest to częste na Roppongi.
Ostatnim i najważniejszym punktem zwiedzania była Chuukagai- yokohamskie chinatown. Połaziliśmy po sklepach sprzedających różne dziwne rzeczy (np suszone meduzy, jako zakąskę do alkoholu) i pełno chińskiego kiczu (królowały pandy i złote świnie). Ogólnie mówiąc bardzo kolorowo i prawie klimatowo. Były też 2 chińskie świątynie i kilka bram (obfotografowane z każdej strony). Na koniec
jedzonko w chińskiej restauracji. Ja wzięłam subuta-wieprzowina z warzywami i sosem octowo-nie-wiadomo-jakim (su=ocet, buta= świnia), mocno kwaśne było, miska ryżu, dziwna zupa bez smaku, smaczny marynowany kurczak z cebulą, a na koniec deser z tofu(twaróg sojowy) (znacznie smaczniejszy niż się spodziewałam). Tofu normalnie nie jest się na słodko, tylko z sosem sojowym, albo smażony, albo w zupie. Chińskie jedzenie w Jpn jest znacznie inne od tego, jakie znamy z naszych chińskich fast-foodów a nawet lepszych restauracji. Brak i wołowiny w pięciu smakach, i wieprzowiny w sosie słodko-kwaśnym z dziwnymi grzybami ^_~;, i kaczki po pekińsku.
W drodze [owrotnej przszłam sie jeszcze w okół stacji Yokohama (już sama), powietrze było bardzo przyjemne, pachniało morzem i wprawiło mnie w nostalgiczny nastrój. Weekend był chłodniejszyniż ostatnie dni, ale oczywiście dzisiaj, kiedy sie wybrałam na wycieczkę i byłam przygotowana na miłe dwadzieścia kilka stopni (i tyle akurat było, gdy wychodziłam z domu w południe), to w Yokohamie właśnie wyszło słońce, zaczęło grzać i było strasznie gorąco. I dopiero wieczorem znów zrobiła się przyjemnie. Potem poszłam jeszcze do centrum handlowego, bo bardzo mało chodzę tutaj po sklepach ciuchowych, no a przecież coś sobie muszę kupić, choćby tak dla zasady. Widziałam dość ładną sukienkę,ale tak średnio leżała- widać było,że szyta na Japonkę, i była taka ani tania, ani droga. Myślałam, że trafię jeszcze na coś ładniejszego. I trafiłam, znalazłam przecudną elegancka plisowaną spódnicę, z niesmowitego materiału, taką do noszenia z żakietem- oczywiście nie było rozmiaru. W Polsce zdążyłmsię w ty roku przyzwyczaić do rozmiaru S, po który najpierw z dżą niemiałością sięgalam, a terz to już sę nawet nie zastanawiam. Ale tu w Jpn nadal jestem L, no czasem M. Niby schudłam jeszcze 3 kg tutaj po pierwszym miesiącu, ale jestem pewna, że już przytyłam, bo prawie codziennie jem w pracy lub po drodze do pracy w McDonadsie (bo szybko i tanio). (Nie myślcie sobie, że ciągle tylko w knajpkach jadam)
Well, zdążyłam się w owej spódnicy zakochać i byłam dość zrozpaczona, że nie mogę jej nieć. Do tego była tania, bo był ostatni dzień wyprzedaży w tamtym sklepie. Potem jeszcze trochę połaziłam, ale już nic ładnego nie znalazłam i o tej sukience, którą najpierw widziałam, też zapomniałam, więc jeszcze cały wieczór potem myślałam, że trzeba było ją kupić.

Yokohama wydała mi się przyjemnym miastem, wygodnym do życia. Ma zupełnie inną atmosferę niż Tokio, inne powietrze pachnąc morzem, ciut więcej przestrzeni, ciut mniej ludzi. Klimatem przypomina mi Gdynię i chyba to dobre porównanie. Miasto zbudowane stosunkowo niedawno, od razu z założeniem, że ma to być najważniejszy port kraju, nieco międzynarodowa atmosfera, obecnie w trakcie modernizacji, sporo inwestycji itd. Brakuje tam może nieco turystycznych atrakcji w porównaniu z sąsiednimi, starszymi miastami (Tokio, Gdańsk), ale jest port, muzeum morskie, statek muzeum, jakiś bulwar. Za to nie brakuje knajpek, klubów, sklepów, kin. Jakieś imprezy kulturalne też sie odbywają niekiedy. Tyle tylko, że Yokohama ponad 10 razy większa, niż Gdynia i trochę się to czuje w rozmachu budowli. Zobaczymy co wyjdzie w naszych Sea Towers^^;

niedziela, 2 września 2007

tajskie jedzonko

Ech, kiedy mi zależy, żeby skończyć prace szybko (z racji tego, że jutro się wybieram do Yokohamy i muszę wstać skoro świt, czyli w południe, a dokładnie o 11), to oczywiście nagle klub robi się wery bizi i zamiast skończyć kilkanaście minut po trzeciej, skończyłam o 4.35. Blah. Jutro będę zombie.

Ale było w pracy ez coś miłego. Dziewczyna z Tajlandii, która ze mną pracuje, przyniosła własnoręcznie zrobione tajskie jedzenie dla wszystkich. Było więc tajskie zielone curry (dobre), jakaś bardzo smaczna potrawka z kurczaka i wieprzowiny (najlepsze), i coś, co wyglądało jak makaron ryżowy z piklowanymi warzywami, a smakowało jak makaron z kiszoną kapustą, azjatyckimi grzybami i papryką, przyprawami i rzeczami niezidentyfikowanymi (to mi nie smakowało). Do tego ryżyk. Wszystko piekielnie pikantne (niczym znane części z was jedzenie z pewnej londyńskiej hinduskiej restauracji ;D, albo jeszcze pikantniejsz...)
Generalnie chciałam się wybrac do jaiejś tutajszej tajskiej resaurcji, ale teraz to sie boję. Jeszcze mi buźkę spali, albo coś... No i w sumie już posmakowałam^^

Dostałam też dzisiaj dobry napiwek^^ (czyli praiwe 200zł)

No i pogoda wreszcie się zlitowała. Zrobiło się chłodniej. Śmiem nawet rzec, że jest bardzo przyjemnie na dworze otanio. Oby tylko jutro nie zaczęło padać.

sobota, 1 września 2007

Zedytowałam starsze posty, poprawiłam większość błędów (nie wszystkie, ale już nie mm siły i tak zabrało to zdecydowanie za dużo czasu), niektóre posty rozszerzyłam, coś tam dopisałam, dodałam trochę linków do wikipedii, coby osoby nie w temacie mogły się dokształcić ;D
Miała być jeszcze galeria zdjęć, ale wygląda na to, że to dalsza przyszłość, gomen.

W każdym razie zapraszam do ponownej lektury starszych postów (od 31 VII znaczy się, wcześniej nic ciekawego nie ma) i obowiązkowego zostawiania komentarzy, bo słabiutko z tym i mi się zupełnie pisać nie chce.

^3^