sobota, 9 czerwca 2007

chiński

Jako, że ogarnia mnie właśnie panika przedexamowa, a co jest rzeczą dziwną, zważywszy, że jest exam z chińskiego, CHIŃSKIEGO, to znajduję sobie zajęcia wszelakie, żeby tylko odciągnąć moment powrotu nad krzaczki. Krzaczki, krzaczuszki… blah…

Przecież pan Fu nie może nam zrobić nic złego, prawda?! Musi pozwolić nam ściągać… Musi T_T. I jakbym była pewna, że pozwoli, to już bym sobie poszła spać, a tak… przepisuję krzaczki w kółko i gapię się w tony (chiński ma 4 tony, oznaczane transkrypcji pinyin - \ v / nad samogłoskami, są też slaby bez tonów). Zaznaczyłam sobie każdy ton innym kolorem, w nadziei, że to coś pomoże, jakoś mi się słowa z kolorami będą kojarzyć, czy coś… Oczywiście zrobiłam to tylko tak w naiwnej nadziei, bo i tak wiem, że nic mnie nie może uratować. No chyba, że Jola i Czarek. Ale co będzie, jak mi się nie uda usiąść koło nich?! AAAA co ja zrobię?! A jeszcze nie wiem, czemu, wszystkim się wydaje, że ja to będę umieć i już 2 osoby chcą siedzieć koło mnie… o naiwni! ^^”

Że też musieliśmy tak mu podpaść pod sam koniec roku... byliśmy bezczelni, to i on może w końcu być chamski. Nawet nie miałabym mu za złe, bośmy przegięli z tymi wiecznymi wagarami...

W ogóle to się z tego taaaaka historia u nas w grupie zrobiła i teraz wszyscy są na wszystkich źli. I jeszcze w sumie wychodzi, że to moja wina, bo śmiałam podjąć próbę zróbmy *wszyscy* coś miłego dla pana Fu w ramach przeprosin i pożegnania. Wyszło na to, że się rządzę... A poświęciłam sporo energii i naprawdę duuużo czasu T_T Wszystko w dobrej wierze.

Sama nie wiem, może faktycznie, czy ktoś chodzi, czy nie chodzi na zajęcia, czy się uczy, czy nie, czy robi notatki, czy xeruje to jego sprawa, i tylko wykładowcy niesłusznie marudzą tym, co akurat przychodzą...

Brak komentarzy: