wtorek, 28 sierpnia 2007

tokijski Disneyland

Wczoraj pojechałam z Magdą (moją polską współlokatorką) do Tokyo Disney Resort.
Dostać się tam z Roppongi można szybciej i taniej niż przypuszczałam (metro do Hatchobori 160y, pociąg JR do Maihama 210y, całość około 45 minut w jedną stronę).
Sam bilet całodzienny do TDR to 5800y. Więc wycieczka wyszła mnie jakieś 7500y (ok 160zł). Na szczęście udało mi się tym razem nic nie kupić, prócz jadzenia i picia. Choć różnego rodzaju myszkomikowe i kocie uszka (opaski, spinki i różne inne bajery) były bardzo kuszące.

Dzień był gorący, ale nie bardzo gorący jak zwykle. (W tym roku został pobity Japoński rekord ciepła, kilka dni temu było 40,9 stopni w cieniu, wcześniejszy rekord to 40,8 ;p należy też zaznaczyć, e ze względu na wilgotność temperatury odczuwalne są znacznie wyższe, wiec mimo, że 40 stopni może nie robi jakiegoś wielkiego wrażenia, to jednak jest to okropne). Za to było bardzo wilgotno. Przez tą wilgoć cały czas mam takie nieprzyjemne uczucie bycia brudną. Wcale nie pocę się aż tak dużo, ale wszystko jest takie jakieś wilgotnawe i skóra też jest taka jakaś lepka w dotyku, więc już po kilku minutach od wyjścia z domu zaczyna się myśleć o prysznicu. Jest to strasznie męczące. Wyłażą mi zaraz żyły na rękach, puchą stopy.
Pogoda i tak była łaskawa, bo około godz 20 zrobiło się nieco chłodniej i naprawdę przyjemnie. A dzisiaj zaczął padać deszcz (i się ciut ochłodziło, ale tylko ciut), więc jestem bardzo wdzięczna wielce szacownym kami (japońskim bóstwom), że ten deszcz pada dzisiaj, a nie wczoraj. Bo stanie w gigantycznych kolejkach w deszczu byłoby chyba jeszcze gorsze niż stanie w upale.

No właśnie, kolejki. To rzecz, którą zapamiętam najlepiej. Na wszystkie fajne atrakcje trzeba było czekać po 100-130 minut! koszmar. A przecież był poniedziałek, a nie weekend. No ale wakacje, dzieciaki nie w szkole, to sie włóczą. To czekanie było straszne. Okropnie męczące. Około godziny 15 padałyśmy już na cyce, byłyśmy bardzo rozdrażnione, rozważałyśmy możliwość szybszego powrotu do domu, marudziłyśmy nieustannie (Magda bardziej niż ja!! ;D) i stwierdziłyśmy, ze ten disneyland w ogóle był kiepskim pomysłem. Ale potem stałyśmy w kolejce w tunelu pod ziemią, gdzie była klima, a wiec chłodno i sucho i jakoś odżyłyśmy, a przejażdżka była fajowa (taka łódka, która płynie, płynie to na powierzchni, to w tunelu, a potem spada niemal pionowo w dół i robi wielkie chlup! (musieliście widzieć w TV). W czasie spadania robi się zdjęcie, ale kosztuje takie 1050y, więc nie kupiłyśmy, bo to jednak lekka przesada jest... -_-' Oprócz tego, że Magda się strasznie bała i nie chciała już jechać na niczym, było fajnie. Potem poszłyśmy stać w kolejnej giga kolejce (nasępne 2 godziny prawie) i jak już tam wchodziłyśmy, to chciała zrezygnować. Na szczęście kazałam jej jechać i koniec. A był to super ekstra rollercoaster-rakieta, gdzie sie jedzie strasznie szybko, ostrych zakrętach, pod dużym kątem w niemal całkowitej ciemności, a wszędzie wyświetlane są gwiazdy i inne kosmiczne czary-mary. Więc całą jazdą Magda krzyczała "Cudownie! Jak pięknie!", a ja jej niekiedy wtórowałam. Warte to było czkania i sprawiło, że odżyłyśmy i wstąpił w nas zapał i nowa energia. Jak wyszłyśmy było już ciemno i zaczynała się właśnie wieczorna parada (disnejowskie postacie na platformach rozświetlonych tysiącami światełek tańczą i machają do tłumów). Ludzie poszli się gapić, więc do atrakcji średniego kalibru kolejki były na ok 10 minut. Przejechałyśmy się dwa razy karuzelą-filiżankami z Alicji w krainie czarów (także zapewne znane z widzenia z TV) i klasyczną karuzelą z konikami. Poszłyśmy na moment obejrzeć tą paradę, przejechałyśmy się jeszcze jedną łódką, zobaczyłyśmy końcówkę ostatniego występu (z fontannami, wybuchami ognia i odrobią fajerwerków- dość widowiskowe) i ruszyłyśmy w stronę domu.

Brak komentarzy: