czwartek, 17 kwietnia 2008

co tam w szkole, dziecko

Dziwne, ale ktoś się upomniał, że nic nie piszę, więc piszę. To jest tak, że jak coś się dzieje i jestem bizi, to nie mam czasu pisać i piszę, jak jest nudno. Ale wtedy powstają nudne notki -_-; Jak dziś.

Wczoraj skończyliśmy tłumaczyć tego przebrzydłego Lemona
(chyba jeszcze nie dawałam linka do tego, co za błąd ;D, sami możecie się przekonać, co to za bleee, moje beznadziejne tłumaczenie mogę udostępnić mailem ^_~;). WRESZCIE, bo dłużej bym nie zdzierżyła. W sobotę miałyśmy nawet małe spotkanie naukowe z Anią, żeby sobie wzajemnie popoprawiać nasze wersje i wspólnie zrobić ostatni kawałek. To znaczy dla mnie głównym punktem spotkania było pieczenie ciasteczek i ta cześć w sumie zajęła nam więcej czasu niż Lemon, ale możemy i tak przyjąć, że ciężko gambarowałyśmy ^_^ A ciastka wyszły super. A jeszcze zrobiłyśmy trochę nie korzennych tylko z zieloną herbatą (yep, tylko ja mogę wpaść na taki pomysł). Herbaciane ciasteczka wyszły średnio- takie były moje wrażenie, ale jak korzenne się skończyły 2 dni później i zaczęłam jeść te zielone, to jednak wydały mi się równie pyszne. Yey ciasteczka!

Poza tym Pan Chińczyk ostatnio ma humory i kompleksy, więc dziwnie jest na zajęciach; na krzaki nadal chodzi jedynie garstka ludzi; na Uryuu ciągle mamy quizy, prof. K nadal przyjeżdża nie częściej niż raz w miesiącu; prof. Pączek też miła przyjechać do nas (właściwie to przylecieć), ale nie przyjechała ani w zeszłym ani w tym tyg. (yey niemieckie konferencje naukowe). Nawet na zajęciach prof. Kozyry był ostatnio lajcik, bo w zeszły tygodniu (tak jak i 2 tyg. wcześniej) oglądaliśmy film o różnych matsuri (światach i festynach shinto) na monografii, potem był referat Marty, wiec wystarczyło być obecnym tylko ciałem a nie duchem, a na tłumaczeniach oglądałyśmy „Życie Oharu” film (strasznie stary, brzydki, nudny, a co najgorsze czarno-biały) na podstawie książki, o której Marta pisze. No ale lepszy choćby najnudniejszy film niż tłumaczenie. A jeszcze w tym czasie była obrona jakiejś magisterki i pani profesor oczywiście była w komisji, więc nas zostawiła z tym filmem. On sobie leciał, a my plotkowałyśmy :D. A w tym tygodniu powtórka z rozrywki. W prawdzie na monografii tym razem był już normalny wykład (robimy japońska mitologię i jest całkiem ciekawie, nawet coś tam pamiętałam z wcześniejszego wykładu i odpowiedziałam na jakieś pytanie! hahaha!), ale potem był referat drugiej Marty (dość krótki) i do tego film (yey!), i to dość ciekawy (!). To też był bardzo stary i pierwotnie czarno-biały film, ale Marta miała jego zremasterowaną cyfrowo, pokolorowaną wersję i… I was impressed, I must say. Stare czarno-białe filmy nie są takie złe, jak się okazuje, jeśli tylko nie są… stare i czarno-białe ;D A tu odwalili kawał dobrej roboty. Ach, ta dzisiejsza technika. Mam nadzieje, że mi Marta pożyczy i obejrzę całość. Problem jest tylko jeden. To jest oczywiście po dżapańsku- tylko że w dialekcie Wakayama T_T I nie ma napisów, nawet japońskich (kto w ogóle wydaje DVD bez jakichkolwiek napisów?! >_<). A na tłumaczeniach dalej oglądaliśmy „Życie Oharu”. Ach, jak dobrze się poobijać niekiedy…

Czuje się jak dziecko, które wraca ze szkoły i zdaje mamie relacje, jak było. ^_^"

3 komentarze:

aneczka pisze...

Zapomniałaś o klu programu czyli o jajkach ;)

aneczka pisze...

Kim jest ten ktoś, kto się dopominał o wpisy i czemu nic nie komentuje? ;]

neko pisze...

Moja koleżanka, nie znasz^^.
A bo ja wiem, czemu nie komentuje?! generalnie to tu z komentarzami bieda, a w końcu widzę, że codziennie kilkanaście osób zagląda -_-;