Ten tydzień upłynął mi pod znakiem spotkań po latach.
Najpierw sempai Magda, która jakiś czas temu spotkałam zupełnie przypadkowo w Asakusie. To strasznie dziwne, że w tym wielkim Tokio można kogoś spotkać tak przypadkowo.
No wiec w ten piątek spotkałyśmy sie w Shinjuku, żeby połazić trochę po mieście. Shinjuku to głownie sklepy i kluby, nie bardzo jest co zwiedzać, ale i tak było fajnie. No i Magda jest fanka j-rocka i viual-kei, więc mi pokazała kilka specjalistycznych sklepów (totalny odjazd ;D) i sklepów z gothic-lolitkowymi ubrankami. Akurat były przeceny (choć ceny i tak powalają) i nawet może bym sie skusiła, ale nadal jestem przed wypłatą. Cała wypłatę przeznaczę na elektronikę, więc nim wreszcie będę mieć kasę przeceny dawno się skończą.
Kupiłyśmy też sobie lody o smaku anko (słodkiej czerwonej fasoli z której wyrabia się tradycyjne słodycze). Nawet niezłe, ale chyba zostanę przy naszych ;P
W Shinjuku jest też pełno host-klubów, więc podziwiałyśmy hostów łapiących klientki na ulicy. Niestety gajdzinek nie zaczepią. Pewnie nie mówią po ang ;P No ale na Roppongi też jest nieco hostów, więc nie był to widok aż tak nowy. Magda mówi, że na Shibuya ją kiedyś zaczepili :D
Spotkałyśmy się też w niedzielę, ponieważ mój penfriend (o czym za moment) podarował mi darmowe zaproszenia do muzeum, które sie znajduje tutaj na Roppongi 国立新美術館 (Kokuritsubijutsukan, Nowe Muzeum Narodowe) i ta niedziela była ostatnim dniem, więc trzeba było wykorzystać, ne.
Była to wystawa współczesnego Shodou (kaligrafii). Pełno tego, weeeelka wystawa. Mam kilka fotek, jak Magda mi je wyśle, to pokażę. Samo muzeum też jest bardzo wypasione i wielkie (zwłaszcza jak się już człowiek przyzwyczai do klitkowatości wszelkich japońskich pomieszczeń) i dość nowe (2002 rok), więc sam budynek też jest ciekawy.
No a potem jeszcze poszłyśmy do mnie na ploteczki wszelakie. :D
Generalnie o tego mi było trzeba, wygadać się i pogadać z kimś, kto ma podobne zainteresowania, i wiedzę, i miłość do Japonii. Życie w Tokio samemu to strasznie zwałowa rzecz. Samotność w wielkim mieście, w dzielnicy setek klubów. Trzeba mieć jakieś towarzystwo, koniecznie, a nie go szukać, bo myślę, że w Roppongi nie da się znaleźć.
W czw i pt był u mnie mój penfriend. Choć własciwie to skype-friend, bo maile piszemy sporadycznie, a głownie skypujemy. Trochę to dziwne spotkać kogoś po ponad 2 latach internetowej znajomości. Poszliśmy razem do świątyni Zozoji, gdzie było pełno posażków Jizo ubranych w (na ogol) czerwone czapeczki i mająych wiatraczki w ręce. Takie posażki strzegą dusz zmarłych dzieci (głownie z aborcji). Miałam też szczęście, bo do samej świątyni można było wejść (najczęściej wchodzi sie na teren świątyni i po schodkach świątyni/chramu tylko, a nie do wnętrza. A w środku odbywała się jakaś buddyjska uroczystość za kogoś zmarłego, więc mogłam przyjrzeć się mnichom stukającym w takie dziwne cosie i recytującym przy tym sutry.
Potem byliśmy na Tokyo Tower. Nic to specjalnego. No ale mam przywieszkę do komórki z tą wierzą (która jest niemalże replika wierzy Eiffela (jak to sie pisze??), więc jak wiecie, jak wygada paryska, to wiecie też jak tokijska ;P) . Zrobiłam też pierwsze purikura (takie małe śmieszne naklejane zdjęcia, które można ozdabiać różnymi pierdołkami)
A dzisiaj spotkałam sie z Rena (dla tych, którzy nie pmiętają, to jedna z 3 Japonek, które studiowały w Krakowie, jak byłam na pierwszym roku, koleżanka z roku Megumi i Ayi)
Byłyśmy umówione w Shibuya, pod Hachiko (pomnik sławnego pieska) oczywiście.(to była u moja druga wizyta w shibuya). Pokręciłyśmy się po okolicy, w tym weszłyśmy do sklepu z elektroniką i zebrałam tam kilogram ulotek o elektronicznych słownikach i aparatach cyfrowych, Dziś w nocy będę to studiować, bo wszytko w krzakach naturalnie. p
Potem jadłyśmy bardzo pyszne jedzenie (kurczak z ryżem z takim dobrym sosem (szit, że też akurat ni zapamiętałam nazwy) i zupka miso, i tsukemono (pikle) z daikonu (dużej białej rzodkwi). Potem znów się kręciłyśmy i poszłyśmy na Dougenzaka, wzgórze słynnego z dużej ilości rabuhoteru (hoteli na godziny zwanych hotelami miłości). Dziwne to dla mnie bardzo, ale w Roppongi podobno nie ma hoteli miłości! I na Shibuye trzeba jechać ;P ale w sumie nie tak daleko ;P
Na koniec poszłyśmy zrobić zdjęcia w purikura :P
Spotkania po latach- cudna sprawa. Ale najbardziej niecierpliwie czekam na spotkanie po lecie. Bo tęsknię bardzo.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz