Ech, kiedy mi zależy, żeby skończyć prace szybko (z racji tego, że jutro się wybieram do Yokohamy i muszę wstać skoro świt, czyli w południe, a dokładnie o 11), to oczywiście nagle klub robi się wery bizi i zamiast skończyć kilkanaście minut po trzeciej, skończyłam o 4.35. Blah. Jutro będę zombie.
Ale było w pracy ez coś miłego. Dziewczyna z Tajlandii, która ze mną pracuje, przyniosła własnoręcznie zrobione tajskie jedzenie dla wszystkich. Było więc tajskie zielone curry (dobre), jakaś bardzo smaczna potrawka z kurczaka i wieprzowiny (najlepsze), i coś, co wyglądało jak makaron ryżowy z piklowanymi warzywami, a smakowało jak makaron z kiszoną kapustą, azjatyckimi grzybami i papryką, przyprawami i rzeczami niezidentyfikowanymi (to mi nie smakowało). Do tego ryżyk. Wszystko piekielnie pikantne (niczym znane części z was jedzenie z pewnej londyńskiej hinduskiej restauracji ;D, albo jeszcze pikantniejsz...)
Generalnie chciałam się wybrac do jaiejś tutajszej tajskiej resaurcji, ale teraz to sie boję. Jeszcze mi buźkę spali, albo coś... No i w sumie już posmakowałam^^
Dostałam też dzisiaj dobry napiwek^^ (czyli praiwe 200zł)
No i pogoda wreszcie się zlitowała. Zrobiło się chłodniej. Śmiem nawet rzec, że jest bardzo przyjemnie na dworze otanio. Oby tylko jutro nie zaczęło padać.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
Zazdroszczę Tobie tych wszytkich przysmaków. Chętnie bym czegoś takiego spróbował :-)
Prześlij komentarz