Jak zwykle w dzień wolny (dni wolne mam tu zawsze najbardziej męczące), ruszyłam potwornie niewyspana na podbój kolejnych miejsc. Tym razem była to Yokohama (pozwolę sobie nie spolszczać), leżąca kilkanaście kilometrów na południowy-zachód od Tokio. Jest to jeden z największych portów na świecie. Z Roppongi jest tam bardzo dogodny dojazd, 3 przystanki metrem do Nakameguro(160y), a potem około półgodziny pociągiem (260y). Potem jeszcze trzeba się przejechać po samej Yokohamie.
Umówiona byłam z Czarkiem w Sakuragichou o 13. Bardzo to przyjemne spotkać się z jakimś japonistą po dłuższym czasie, zupełnie jak z sempai Magdą. Przeszliśmy się w te i we wte po okolicy- głównie wokół urbanistycznego kompleksu Minato Mirai 21 (taka tam sobie wizja metropolii przyszłości)- ukończonej 3 lata temu rewitalizacji tej części portu.
Tuż obok jest znany park rozrywki, gdzie przejechaliśmy się rollercoasterem (lepszy niz w Disneylandzie, ale nie tak ładny i krótko sie jedzie (700y), a potem jechaliśmy obowiązkowym Cosmo Clock Ferris Wheel, sławnej na całą Japonię karuzeli z gatunku diabelski młyn- wysokość 113m (jedno z największych na świcie), (700y). Widok z tego jest przepiękny a najlepiej widać Pacifico Yokohama (bardzo ładny budynek w kształcie żagla) i Landmark Tower. (Bartku, wszystko to jest na twojej pocztówce). Następnie zobaczyliśmy Nippon Maru (żaglowiec) i przeszliśmy się promenadą. Zajrzeliśmy też do Yokohama Museum of Art. Nie było tam wystaw na tyle nas interesujących, by zakupić bilet (^^;), ale przyjrzałam się budynkowi, który sam w sobie jest ciekawy-zaprojektowany przez uznanego architekta i urbanistę Kenzou Tange. Może się nie znam, ale koleś projektuje super budynki wg mnie, zachęca do przeszukania sieci. (Tokyo dome hotel, Fuji TV na Odaibie, Tokyo Metropolitan Government Building w Shinjuku, Hiroshima Peace Memorial Museum i wiele innych także poza Jpn).
Potem spotkaliśmy się z Megumi, narzeczoną Czarka, i jej koleżanką. Pojechaliśmy do Kannai zobaczyć stadion bejsbolowy (ulubiony sport Japończyków), następnie udaliśmy sie to Yamate. Poszliśmy na Cmentarz Cudzoziemców. W między czasie zdarzyło mi się trochę po japońsku rozmawiać, a nie jest to częste na Roppongi.
Ostatnim i najważniejszym punktem zwiedzania była Chuukagai- yokohamskie chinatown. Połaziliśmy po sklepach sprzedających różne dziwne rzeczy (np suszone meduzy, jako zakąskę do alkoholu) i pełno chińskiego kiczu (królowały pandy i złote świnie). Ogólnie mówiąc bardzo kolorowo i prawie klimatowo. Były też 2 chińskie świątynie i kilka bram (obfotografowane z każdej strony). Na koniec
jedzonko w chińskiej restauracji. Ja wzięłam subuta-wieprzowina z warzywami i sosem octowo-nie-wiadomo-jakim (su=ocet, buta= świnia), mocno kwaśne było, miska ryżu, dziwna zupa bez smaku, smaczny marynowany kurczak z cebulą, a na koniec deser z tofu(twaróg sojowy) (znacznie smaczniejszy niż się spodziewałam). Tofu normalnie nie jest się na słodko, tylko z sosem sojowym, albo smażony, albo w zupie. Chińskie jedzenie w Jpn jest znacznie inne od tego, jakie znamy z naszych chińskich fast-foodów a nawet lepszych restauracji. Brak i wołowiny w pięciu smakach, i wieprzowiny w sosie słodko-kwaśnym z dziwnymi grzybami ^_~;, i kaczki po pekińsku.
W drodze [owrotnej przszłam sie jeszcze w okół stacji Yokohama (już sama), powietrze było bardzo przyjemne, pachniało morzem i wprawiło mnie w nostalgiczny nastrój. Weekend był chłodniejszyniż ostatnie dni, ale oczywiście dzisiaj, kiedy sie wybrałam na wycieczkę i byłam przygotowana na miłe dwadzieścia kilka stopni (i tyle akurat było, gdy wychodziłam z domu w południe), to w Yokohamie właśnie wyszło słońce, zaczęło grzać i było strasznie gorąco. I dopiero wieczorem znów zrobiła się przyjemnie. Potem poszłam jeszcze do centrum handlowego, bo bardzo mało chodzę tutaj po sklepach ciuchowych, no a przecież coś sobie muszę kupić, choćby tak dla zasady. Widziałam dość ładną sukienkę,ale tak średnio leżała- widać było,że szyta na Japonkę, i była taka ani tania, ani droga. Myślałam, że trafię jeszcze na coś ładniejszego. I trafiłam, znalazłam przecudną elegancka plisowaną spódnicę, z niesmowitego materiału, taką do noszenia z żakietem- oczywiście nie było rozmiaru. W Polsce zdążyłmsię w ty roku przyzwyczaić do rozmiaru S, po który najpierw z dżą niemiałością sięgalam, a terz to już sę nawet nie zastanawiam. Ale tu w Jpn nadal jestem L, no czasem M. Niby schudłam jeszcze 3 kg tutaj po pierwszym miesiącu, ale jestem pewna, że już przytyłam, bo prawie codziennie jem w pracy lub po drodze do pracy w McDonadsie (bo szybko i tanio). (Nie myślcie sobie, że ciągle tylko w knajpkach jadam)
Well, zdążyłam się w owej spódnicy zakochać i byłam dość zrozpaczona, że nie mogę jej nieć. Do tego była tania, bo był ostatni dzień wyprzedaży w tamtym sklepie. Potem jeszcze trochę połaziłam, ale już nic ładnego nie znalazłam i o tej sukience, którą najpierw widziałam, też zapomniałam, więc jeszcze cały wieczór potem myślałam, że trzeba było ją kupić.
Yokohama wydała mi się przyjemnym miastem, wygodnym do życia. Ma zupełnie inną atmosferę niż Tokio, inne powietrze pachnąc morzem, ciut więcej przestrzeni, ciut mniej ludzi. Klimatem przypomina mi Gdynię i chyba to dobre porównanie. Miasto zbudowane stosunkowo niedawno, od razu z założeniem, że ma to być najważniejszy port kraju, nieco międzynarodowa atmosfera, obecnie w trakcie modernizacji, sporo inwestycji itd. Brakuje tam może nieco turystycznych atrakcji w porównaniu z sąsiednimi, starszymi miastami (Tokio, Gdańsk), ale jest port, muzeum morskie, statek muzeum, jakiś bulwar. Za to nie brakuje knajpek, klubów, sklepów, kin. Jakieś imprezy kulturalne też sie odbywają niekiedy. Tyle tylko, że Yokohama ponad 10 razy większa, niż Gdynia i trochę się to czuje w rozmachu budowli. Zobaczymy co wyjdzie w naszych Sea Towers^^;
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz