niedziela, 16 września 2007

Parki

Przed przyjazdem do Tokio słyszałam, że miasto jest zalane betonem i w ogóle nie ma zieleni. Owszem, jest jej znacznie mniej niż w Polsce, ale "sam beton" to stwierdzenie krzywdzące. Z różnych zakątków wyglądają jakieś małe krzaczuszki, jest dużo mikro parków (które ciężko nazwać parkiem, a raczej placem zabaw z kawałkiem zieleni, no ale pisze na tym dumnie "kouen"). Fakt, niewiele jest dużych drzew czy trawników, no ale coś zielonego zawsze jest w zasięgu wzroku.
Jednak są też i takie miejsca, gdzie zieleni jest więcej, niż budynków.Więcej, niż sięga wzrok nawet. Takie miejsce to... CENTRUM TOKIO. To znaczy nie geograficzny środek miasta, ale centrum życia miejskiego (jedno z centrów). Ciut na wschód lub na północ od takich stacji metra jak: Ginza, Hibiya, Marunuchi i TOKIO właśnie... są PARKI i ogrody.
Dziś będzie więc o mojej wtorkowej wycieczce po parkach.

W poniedziałki mam wolne, ale w tym tyg. nie miałam żadnych specjalnych planów prócz zakupów w Shibuya, jak to pisałam w ostatnim poście. Po zakupach poszłam spać o bardzo nietypowej porze, czyli około 11, i wstałam po 3 z jakąś taką dziwną energią, którą postanowiłam spożytkować. Poszłyśmy więc z Magdą do DonQuijote. To zaowocowało śmiesznie tanim płaszczykiem (niecałe 3000y), sukienką (dość ładną dodam, niecałe 2000y) i majtkami Calvin Klein, których bym nigdy nie kupiła w Polsce, no ale raz się w Tokio żyje (1200y). Po co jeździć na Shibuye, skoro wszystko można w poczciwym DonKi kupić. Ach zapomniałabym o perfumach, umeshu i sake.

W związku z dużą ilością zakupów zeszło nam się nieco w tym sklepie, toteż wyruszyłyśmy gdy dochodziła już godzina 8 (mój pierwotny plan zakładał wyjazd o 6 rano). Wysiadłyśmy na stacji Hibiya (3 przystanki od Roppongi). Poszłyśmy rzucić okiem na budynek Tokio International Forum oraz Teatr Cesarski, który się okazał zawodem miesiąca, bo był to brzydki budynek, wyglądający trochę jak z PRL, a spodziewałam się czegoś w tradycyjnym stylu. Na osłodę były na nim plakaty sztuki (?) Dream Boys, gdzie grają piękni chłopcy, w tym Kamenashi Kazuya ^^ Następnie zaliczyłyśmy park Hibiya. Myślałam, że jest większy, szczerze mówiąc. Ale za to dość ładny. Dużo roślinek często opisanych tabliczkami z nazwą gatunku i jakimiś innymi info. W parku było peeeeełno kotów. Więc mi się park podwójnie podobał. Niestety kocurki nie były chętne do głaskania T_T. Było też klika nekochanów z tymi śmiesznie krótkimi ogonami. Z parku Hibiya udałyśmy się do Koukyogaien (Zewnętrzny Ogród Pałacu Cesarskiego), czyli następnego parku, otoczonego fosami, z którego widać zielone dachy pałacu cesarskiego oraz kilka budynków i bram w tradycyjnym stylu (Sakashitamon, Nijaabashi, Sakuradamon). Następnie Wadakura Fountain Park, gdzie, jak nazwa wskazuje, było kilka fajnych fontann, ale bez magii. Za parkiem była jeszcze rzeczka (a może kanał), którą zamieszkiwały wygłodniałe żółwie. Jak tylko podeszłyśmy do krawędzi mostu, to zarz podpłynęły tak ze 4 czy 5 i wychylały głowy nad wodę. Myślały, że im jakieś jedzonko rzucimy. Niedoczekanie! Ale duść słodkie były, trzeba przyznać. No i jak często się u nas widuje żyjące na wolności żółwie?! Zmęczone, ale szczęśliwe przekroczyłyśmy bramę Ootemon i znalazłyśmy sie w Koukyo Higashi Gyoen, ogrodach cesarskich udostępnionych turystom (wejście za darmo :D). Tam też wszystko pięknie, każda rośnika równo przystrzyżona, ład i porządek ewriłer, kilka starych budynków, w tym chashitsu (budynek do ceremonii parzenia herbaty), jakiś staw z spasionymi (przynajmniej dwa razy większe niż te, które się u mnie w domu na wigilie zjada) karpiami (zarówno te szare, jak i kolorowe), wodospad, mostek itp. Ogólnie nie ma co opowiadać, bo kiedyś (KIEDYŚ) będą zdjęcia. Zjadłyśmy lody, wysłuchałyśmy treningu kendo- który był w jakimś przypałacowym budynkiem z wielkim żywopłotem, więc słyszałyśmy tylko okrzyki, a zobaczyć mogłyśmy tylko, że coś tam faktycznie się rusza. I tak dobrze, że shoji były rozsunięte. No ale zawsze można sobie pomarzyć, że tam jakiś przystojny książę wymachuje bambusowymi mieczem ;D (taaak, wiem, że przystojnych książąt w rodzinie cesarskiej brak, bo same córki i jedeno niemowlę...). Olałyśmy znajdujące się w koukyo gyoen Narodowe Muzeum Sztuki Współczesnej, wyszłyśmy bramą północną z ogrodów, by za niecałe 100 metrów znaleźć się... w kolejnym parku: Kitanomaru Kouen. Park jak park, przynajmniej po tym, co już widziałyśmy nie miał jakiegoś większego uroku. No może był trochę bardziej dziki, trawa nie skoszona, gdzieniegdzie jakaś małe chaszcze, ale i tak wytyczone ścieżki, opisane drzewa itd. Olałyśmy Muzeum nauki, bo się nam jakieś takie dziecinne wydało (z gatunku pokręć, pomacaj, a dowiesz się, skąd się bierze prąd), no a jak już zaliczyłam londyńskie Muzeum of Science to chyba jestem usprawiedliwiona. Obeszłyśmy dookoła budynek Nippon Budoukan i poszłyśmy do Muzeum Rzemiosła (na obrzeżach owego parku). Najpierw byłam nieco niepocieszona, bo tam same współczesne przedmioty były, no ale w sumie nie ozna im było omówić urody lub pomysłowości, więc w sumie byłam zadowolona, chociaż mogliby mieć nico więcej tych eksponatów.
Dalej udałyśmy się do głównej atrakcji dnia czyli niesławnej Yasukuni-jinja, ("świątynia pokoju dla pastwa", która jest czymś jak nasz pomnik nieznanego rzołniera- czci się tam poległych w wojnach za ojczyznę. A że wśród nich są zbrodniarze wojenni z IIWŚ to wizyty członków rządu zawsze wywołują oburzenie w Chinach i Korei"). Do chramu wchodzi się przez wielkie, ważące 100 ton torii. Świątynia bardzo ładna, ale brak jej rozmachu Meijijingu czy atmosfery świątyń z Kamakura. Za to jest tam scena Nou (tradycyjny teatr japoński), więc się przyjrzałam dokładnie i nacieszyłam, są osadzone 3 sosny, wszystkie kolumny, malowidło na tylej ścianie, no jak w podręczniku. Wynagrodziło mi to zawód Teatrem Cesarskim z tego poranka. Obejrzałyśmy wszytko wkoło i... zaczęło padać. Właściwie to lać...I tak dobrze, że tak późno, bo ciemne chmury snuły się po niebie od amego rana. Myśl o dalszym zwiedzaniu (Ueno, Zoo i inne takie) minęła nam już wcześniej, bo się już po 14 zrobiło, i ogólnie padałyśmy z nóg i głodu, spokojnie zrobiłyśmy 20 kilometrów na nóżkach. Poszłyśmy coś zjeść (padło na curry i yakisoba) z nadzieją, że jak skończmy przestanie padać (a może i odpoczniemy i jeszcze nam sie zachce na to Ueno), ale oczywiście nie przestało lać i nie zapowiadało się, że przestanie, więc z deszczu poszłyśmy na najbliższą stacji metra, i otem musiałyśmy się przesiadać 3 razy (niewiele dalej była inna stacja z jedną przesiadką do domu, ale w deszczu nie było opcji, że tam pójdziemy). o 16 byłyśmy w domu. A wieczorem... hurra- do pracy T_T Spałam z otwartym oczami. na szczęście nie było bizi.

A teraz o rzeczy przykrej. Od 2 dni nie mam internetu. Zniknął! T_T Kradłam bezprzewodowy net sąsiadom, ale teraz go nie ma, a inne sieci są zahasłowane. Na szczęście jest inna niezahasłowana sieć w pobliskim parku, więc rano po pracy będę tam chodzić, jeśli nie będzie padać. Niestety wrzesień to pora tajfunów i może padać dość często T_T Więc jak mnie zobaczycie na gg to korzystajcie z okazji, bo nie wiadomo, kiedy znów będę, choć z moim uzależnieniem to pewnie nie tak długo... Generalnie strasznie cierpię bez tego netu, więc czekam na wyrazy współczucia.

Brak komentarzy: