środa, 3 października 2007

koniec tuż tuż

Jeszcze tylko 1 dzień...
Chodzę regularnie na zakupy, kupuję głównie omiyage, alkohol, jedzenie. Byłam też ponownie na Akihabarze, kupiłam kilka rzeczy. Jestem więc szczęśliwą posiadaczką słownika elektronicznego Casio Ex-word XD-SW6500. Warto było czekać do ostatniej chwili, bo od końca sierpnia (kiedy ten model miał premierę), staniał prawie 6000y (140zł). Zapłaciłam 24000, co jest ceną bardzo mnie satysfakcjonującą ^_^ Słownik Gosi staniał ponad 4000y. Aparat Izy w czasie ledwie 3 tygodni staniał o 6500y. Cóż, widać po miesiącu elektroniczna zabawka staje się tu starociem ;P I jak tu nie kochać Japonii.

Nie jestem jeszcze spakowana i nie wiem, jak ja mam to wszystko wpakować do mojej walizki. Do tego ciągle się martwię, że będę mieć nadbagaż i będę musiała zostawić jakieś umeshu (pyszne wino śliwkowe) i nie wiem, co jeszcze... A teraz, zamiast się pakować, piszę to.

Nie chciało mi się nigdzie jechać w tym tygodnu, tylko spać. Zaczynam rozumieć "bezsenność w Tokio". Albo leżę godzinami i nie śpę, albo nachodzi mnie fala senności , np w ten pponiedziałek spałam 13 godzin. Za to mam sny! To znaczy wiem, ze sny ma się zawsze, ale ja nigdy nie pamiętam, co mi się śniło. A tutaj mam bardzo płytki sen, własciwie tylko drzemki o najróżniejszych porach dnia i nocy bez żadnej zasady, i może przez to codziennie pamiętam co mi się śniło. Przynajmniej tuż po przebudzeniu. Potem w czasie dnia mogę co najwyżej przywołać jakąś jedna scenę. Ale jak mi się coś miłego śni i się obudzę, to jestem jakaś taka zadowolona i dobrze nastawiona do świata. często tak mam,że jak mi sie coś złego śni, to jak wstaję, to jestem zmęczona i rozdrażniona, nawet jeśli nie pamiętam, co mi się śniło. Teraz pierwszy raz doświadczam tego w druga stronę- śni mi się coś fajnego i dobrze się czuję (poza tym, że jestem ciągle niewyspana ^^;).
Więc nigdzie ostatnio nie jeździłam i teraz oczywiście żałuję. Nagle sobie myślę, mogłam pojechać tu, albo tam... Miałam nawet propozycję jechać od onsenu (gorące źródła), albo do Nikkou (gdzie też podobno jest onsen). Chyba o tym nie pisałam wcześniej, ale napisał do mnie pewnego razu na mixi.jp (japońskie grono.netp) koleś, który, miedzy innymi, zajmuje sie pisaniem ebooków. I pisał coś o Polsce, gajdzinach, a zwłaszcza o tym jak gajdzińskie kobitki postrzegają japońskich facetów ;D No i potrzebował materiałów do książki. Padło na mnie. Za kilka krótkich rozmów z nim (widzieliśmy się chyba 5 razy, gadaliśmy też 2 razy na skype) dostałam 30000y. Plus jakieś pyszny obiad za każdym razem :D A że dla dobrego jedzenia mogę wiele... :D Potem spotkałam się z nim już nie biznesowo, tylko tak sobie (czytaj: chciałam znów iść na koreańskie jedzenie). No i on właśnie mówił, żebym nie siedziała w ostatni wolny dzień w domu, tylko pojechała gdzieś na wycieczkę, on zaprasza >_< Nauczona złym doświadczeniem, postanowiłam odmówić, mimo pokusy wielkiej. W końcu onsenu tu jeszcze nie zaliczyłam. A poza tym, to jakoś nie specjalnie go lubię. Jest zupełnie nie japoński, za dużo gada i ma zbyt wysokie mniemanie o sobie. I oczywiście próbował mnie poderwać >_< Nie dałam mu cienia złudzeń, ale nigdy nie wiadomo, co na takiej wycieczce...
Za to się wyspałam.

Nie zwiedziłam nic ciekawego, ale za to najadłam się pyszności wszelakich na zapas. Byłam więc 2 razy na yakiniku (grilowane mięsko najczęściej wołowe, które się grillje samemu na takim małym grillu gazowym wbudowanym w stół, dostaje się gotowe przyprawione i pięknie ułożone pokrojone na apetyczne plasterki misęczka, a potem można sobie piec. Plasterki są cieniutkie i pieką się szybko, więc nie czeka się długo. Jest to świetna zabawa jak się jest w małej grupce. I jest pyszne.
Byłam też ponownie na jedzeniu koreańskim. Tym razem takie średnie było, bo było strasznie pikantne i właściwie pikanty to był jedyny smak, jaki to posiadało. Można sobie był zjeść, ale nie zaliczę tego to udanych wyborów.
A w Akihabarze, w przerwie między jednym elektronicznym sklepem a drugim, jadłam wafuu (styl jap.) burgera. Takiego podawanego na gorącej żeliwnej tacce, gdzie tłuszcz jeszcze pryska, polanego sosem teriyaki i majonezem, z jakimiś smaczni kiełkami i kukurydza w maśle jako surówką. To wszystko dopełnione oczywiście michą ryżu i zupą, tym razem nie miso, tylko czymś smakującym zupełnie jak nasz rosół,tyko nieco gęstsze, jakby ktoś ciut żelatyny wsypał. Tłuste to wszystko strasznie było, ale dobre^^. Oprócz tego nadal niemal codziennie jem gyuudon lub McDonaldsa. Nie myślcie sobie, że ciągle tylko jakieś pyszne eksperymenty szamam. Tyle Maka ile w Jpn zjadłam, to nie zjadłam jeszcze w całym życiu. Już dawno nadrobiłam zgubione w czasie największych upałów kilogramy.

Brak komentarzy: