No i jestem.
Podróż prawie mnie zabiła, ale co nie zabija to wzmacnia. Wstałam w czwartek o 19 i poszłam do pracy (tak, pracowałam do ostatniej chwili T_T). W pracy nuda. Meli mnie puścić godzinę wcześniej, ale na sam koniec zrobiło się bizi i nie dało rady. Więc w sumie nie miałam nawet czasu się pożegnać z (nie tak znowu licznymi) znajomymi. Szybkie zakupy w DonKim. W domku czekało mnie jeszcze pakowanie. (Nie zdążyłam do końca się spakować przed pracą). Oczywiście ogarnęła mnie lekka panika, bo miałam 1,5 h do wyjścia, a tyle rzeczy do spakowania. Walizka ciężka, jakbym wiozła zwłoki. Nie mogłam jej dopiąć. W końcu zostawiłam trochę rzeczy (miałam w osobnej torbie przygotowane rzeczy, które mogę ewentualnie zostawić, jak mi na lotnisku powiedzą, że za ciężka walizka, ale w końcu od razu to zostawiłam, bo nie mogłam dopiąć walizki).
Droga na autobus była okropna, wszystko takie ciężkie, że myślałam, ze mi rączki odpadną. W końcu byłam dużo przed czasem i musiałam czekać 20 min na autobus. Na lotnisku dostałam prawie zawału serca, jak położyłam walizkę na wagę, a tam wyświetla 26,9 kg. No ale ani pani za biurkiem, ani pan pakowacz nie powiedzieli ani słowa, nakleili naklejkę i tyle. Za to czekała mnie niemiła niespodzianka, musiałam dopłacić za bilet 195zł, za przebookowanie go na później (a mój szef mówił, że wszytko opłacone, bo to on przebookowywał). Potem jeszcze szybkie zakupy na lotnisku. Strasznie mi się nie chciało łazić, bo nadal miałam koszmarnie ciężki plecak, torebkę wypchaną książkami i torbę, ale miałam kilka zamówień, więc nie było rady. Shikata ga nai. Więc jeszcze nakupowałam trochę omiyage. Sobie kupiłam dość piękną kokeshi (drewnianą lalkę). Wiem, że to masowa produkcja, ale i tak jest absolutnie śliczna. Długo też miałam rozkminkę, czy nie kupić dziecięcej yukaty, bo były takie śliczne i tanie (posezonowa wyprzedaż). W końcu kupiłam kokeshi, a nie chciałam rozmieniać kolejnego mana, bo potem mi drobnych w kantorze nie przyjmą. A poza tym, kiedy ja będę mieć dziecko wysokie na 110 cm? Jeszcze zdążę do Jpn pinć razy w te i we wte pojechać ;D
W samolocie rozczarowanie- nie było ekraniku przy każdym siedzeniu, jak w Swissairze (którym leciałam do Jpn, wracałam Lufthanzą), tylko telewizory z przodu. Siedziałam tak, że niestety patrzyłam pod kątem jakichś 75 stopni i mnie szyja bolała. No ale nie puszczali znowóż takich interesujących filmów. Jedynie Smipsonowie byli fajni. Był polski dubbing do wyboru, co mnie zdziwiło, ale był tak koszmarny- sam dubbing zły a tłumaczenie koszmarne, że nie dałam ady nawet 5 minut oglądać i zmieniłam na angielska wersję. Obejrzałam sobie też 2 odcinki dramy na moim piękym notebooku.
Udało mi się też chwilę zdrzemnąć. A zasadniczo to nie umiem spać w pociągach/samolotach/samochodach i innych środkach lokomocji.
Jedzenie było dobre ^_^ Tu Lufthanza wyryw ze Swissair.
Sama podróż minęła mi bardzo szybko, aż się sama zdziwiłam. Jak leciałam do Japonii to po 10 godzinach już umierałam, a tu nim się spostrzegłam, już byliśmy na miejscu.
Przesiadka w Frankfurcie bez prolemów, w Wawie byliśmy 10 minut później. I stało się coś strasznego zgubili moją walizkę!!!!!! AAAAaaaa T_T
Nie mam się w co ubrać, nie mam kosmetyków. Nie ma flaszek i herbaty na omiyage. Nie ma przemyconego jedzenia (z którego część powinna teraz leżeć w lodówce- między innymi konnyaku albo renkon- korzeń lotosu.) Miałam dziś robić yakisoba dla Izy i Bartka, ale nici z tego.
Ogólnie cieszę się, ze jestem w domu,ale brak walizki skutecznie zepsuł mi humor!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz